Menu
Leszczu / Klatus / Piwwwko

RealMadryt.pl w Barcelonie: Tyle wygrać…

Relacja prosto z Camp Nou

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!


Kilka godzin przed Klasykiem postanowiliśmy jeszcze trochę zaczerpnąć uroków samego miasta, które jest przecież określane jako jedno z najładniejszych w tej części Europy. Spodziewaliśmy się też, że w okolicach centrum spotkamy sporą rzeszę fanów ubranych w bordowo-granatowe koszulki, ale ich liczba nie odbiegała od tego, co widzieliśmy w poprzednich dniach. Poza pojedynczymi kibicami Barcelony obecni byli też fani Realu Madryt, którzy nie kryli się z szalikami czy trykotami drużyny ze stolicy.

W stronę Camp Nou ruszyliśmy dopiero na około godzinę przed meczem – z naszego miejsca zameldowania można podejść pod stadion w kilka minut. Z powodu niezbyt dobrej pogody nasze barwy były schowane pod kurtkami, ale Hiszpanie, którzy dziś kibicowali gościom, nie ukrywali białych czy różowych koszulek. Pod samym stadionem roiło się od służb porządkowych, ale policja przed spotkaniem była niemal bezrobotna. Mimo odmiennych poglądów kibicowskich pod samym Camp Nou było po prostu spokojnie i o dziwo nie byliśmy nawet świadkami żadnych przekleństw w stronę fanów jednych czy drugich.

Wejście na sektor gości nie należy do przyjemnych rzeczy. Najpierw trzeba pokazać bilet trzy razy, pozwolić na przeszukanie toreb i… siebie samych, a później wejść na kilka pięter w górę. Hiszpańska prasa zapowiadała, że trybuna dla przyjezdnych wypełni się w całości, ale było trochę wolnych siedzeń. Liczyliśmy na to, że znów przyjdzie nam zasiąść na sektorze z najzagorzalszymi kibicami – tak jak rok temu na Calderón – ale zdecydowaną większość tworzyli albo obcokrajowcy, albo starsi fani, dla których samo przyjście na Camp Nou było nie lada wydarzeniem – trudno więc oczekiwać od 60-latka, by wspierał graczy głośnymi okrzykami. Od jednego z kibiców, który na Klasyk wybrał się z Izraela, dowiedzieliśmy się też, że bilet u konika kosztował go 500 euro. Po meczu mogliśmy mu tylko współczuć. Swoje wejściówki nabyliśmy za nieco ponad cztery razy mniej – cena widniejąca na bilecie to bowiem 111 euro.



Camp Nou nie zaproponowało nic ciekawego na przedmeczowym wyczytywaniu składów przez spikera. Tradycyjnie jedenastka Realu Madryt zebrała burzę gwizdów, zaś każde nazwisko zawodników Dumy Katalonii kwitowano głośnym ĄOlé!. Trzeba jednak przyznać, że spore wrażenie wywarła na nas kartoniada.

Sam mecz niemal każdy z was oglądał albo wkrótce obejrzy powtórki czy skróty, ale nam w oczy rzuciła się gra Karima Benzemy, który nie tylko pokazywał się do gry, ale też podczas próby zakładania pressingu dyrygował wręcz pozostałymi graczami. Poza tym Francuz w świetny sposób brał na siebie odpowiedzialność na połowie rywala, a swój występ podsumował świetną asystą przy bramce Cristiano. Portugalczyk był z kolei notorycznie wyzywany i wygwizdywany przez publiczność na Camp Nou, jednak po golu fani gospodarzy wyraźnie ucichli i do głosu doszli kibice Realu Madryt. Jeśli chodzi o atmosferę na stadionie, szału jednak nie było. Kilka razy głośniejsze „Barça, Barça, Barça”, parę okrzyków wobec pojedynczych piłkarzy – zwykle w stronę Messiego oraz dwukrotnie – w siedemnastej minucie obu połów – „Independencia” w ramach nieskończonej walki o niepodległość Katalonii.

Po samym meczu – podobno ze względów bezpieczeństwa – przetrzymano nas na stadionie. Pogoda nie była najlepsza, dlatego ten proceder był dość irytujący, zwłaszcza że po 30 minutach fanów pod Camp Nou wciąż było sporo i na widok barw Królewskich raczej nie rzucali się na nas z nożami i maczetami. Co ciekawe, w naszym sektorze nie wszyscy kibicowali Królewskim – dało się zauważyć parę osób w czapkach czy szalikach Barcelony – im także się nie oberwało, ale za karę za pomylenie sektora musieli czekać razem z nami na otwarcie bram wyjściowych. Po Klasyku nie było szczególnej fiesty pod stadionem i raczej wszyscy udawali się w stronę domów czy hoteli, chyba że kogoś naszła ochota na zakup koszulki z nazwiskiem Messiego czy Neymara – stragany oficjalnego sklepu Barcelony były bowiem otwarte także po meczach i ruch w ich okolicach był całkiem spory.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!