Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Powrót na Vallecas i na miejsce zbrodni

Zapraszamy do lektury!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Kilka spraw wagi państwowej sprawiło, że niniejsza odsłona „Bananowego Madrytu” ląduje na stronie nieco później niż zwykle. Relacja ta nie będzie się jednak ograniczała jedynie do przybliżenia wam tego, co działo się za kulisami meczu z Levante, ponieważ w tej serii gier po raz kolejny miałem okazję zameldować się także na Vallecas. Tradycyjnie zapraszam do lektury.

W miniony weekend na Estadio de Vallecas i Santiago Bernabéu nie byłem sam. Towarzyszyła mi bowiem rzeszowsko-krakowsko-warszawska (chyba warszawska) delegacja w postaci przeprowadzających inspekcję w stolicy Hiszpanii Karola, Dominiki i Rafała, których z tego miejsca w oficjalny sposób w najlepszym czasie antenowym pozdrawiam. Jako „gospodarzowi” szczególnie zależało mi na tym, by w jak najlepszy sposób pokazać gościom klimat panujący na Vallecas. Samo Rayo w mojej opinii również zasługuje na nieco więcej niż tylko wrzucony jakiś czas temu przeze mnie artykuł.

Ostatnim razem na mecz Rayo wchodziłem na karnecie znajomego (przez co oficjalnie przez prawie dwie godziny nazywałem się Javier), więc nie było za bardzo okazji napisać o cenach biletów, a te jak na Primera División wydają się naprawdę atrakcyjnie, tym bardziej, że dla Rayistas przewidzianych jest wiele promocji. Nasze wejściówki kupiliśmy po 12 euro za sztukę, choć normalnie kosztują one 25 euro. Zapłaciliśmy mniej, ponieważ wchodziliśmy jako osoby towarzyszące posiadaczy karnetów. Mało tego, mieliśmy miejscówki na trybunie biegnącej wzdłuż lini bocznej. Gdybyśmy zdecydowali się usiąść za bramką, wydatek wynosiłby 8 euro. Od czasu do czasu w klubie jest również zniżka dla osób bezrobotnych. Za okazaniem ważnego dokumentu potwierdzającego brak zatrudnienia na obiekt można dostać się za 5 euro. Pamiętajmy, że, choć Rayo nie jest globalną marką, wciąż mówimy o oglądaniu meczów najlepszej ligi świata.


Starcie poprzedzało kilka istotnych z punktu widzenia Rayisty wydarzeń. Pierwszym był pochód mający na celu wyrażenie niezadowolenia z powodu metod, jakie wobec fanów Rayo stosuje policja. Przypomnijmy, ze chodzi o zatrzymanie przed potyczką z Levante przez funkcjonariuszy Bukaneros, którzy na Estadio de Vallecas odpowiedzialni są za doping. Marsz zakończył się pod fasadą stadionu, gdzie z kolei nastąpiło odsłonięcie pamiątkowego malunku w hołdzie zmarłemu niedawno byłemu bramkarzowi Rayo, Wilfredowi Agbonavbare. Uroczystości towarzyszyły także antyfaszystowskie przyśpiewki. Rayo to klub mocno lewicowy, widok ludzi odzianych we flagi z sierpem i młotem nie jest niczym nadzwyczajnym. To prawdopodobnie jedyny stadion, na którym byłem, a gdzie bez strachu mógłbym założyć koszulkę z podobizną Che Guevary. Nie uświadczysz tu także absolutnie żadnych oznak tak rozsławionego w Hiszpanii problemu rasizmu na stadionach.
Malowidło na cześć Wilfreda

Rayo to w swojej dzielnicy coś więcej niż klub, to głos ludu. Pod stadionem rozdawane są ulotki z zaproszeniami na manifestacje oraz wydarzenia kulturalne i związane z życiem instytucji. Nie brakuje też ogłoszeń czysto sportowych. Jeśli chcesz, możesz się na przykład dowiedzieć o zapisach do sekcji... krav magi czy muay thai. Buntownicy z Vallecas nie mają wiele – okolica raczej nie należy do najbogatszych, stadion wygląda jak obiekt Łódzkiego KS, zaś celem samej drużyny jest prędzej utrzymanie niż bicie się o europejskie puchary. Tak czy inaczej, Rayo jest tu traktowane jako ostatni bastion ludzkich wartości i forteca broniąca się przed kapitalistycznym zepsuciem.
„Vallecas niezależne, dla wszystkich i nieposłuszne”

Sam styl gry zespołu Paco Jémeza w moim odczuciu również oddaje mentalność kibiców. Potyczka z Granadą była tego doskonałym przykładem. Mimo straty bramki Rayo ani przez chwile nie miało zamiaru się poddawać. Z resztą polskiej brygady doszliśmy wspólnie do wniosku, że nawet wygrywając już 2:1 gospodarze grali, jak gdyby wciąż musieli gonić wynik. Szczerze, właśnie takiego podejścia brakowało mi w ostatnich tygodniach u piłkarzy Realu Madryt. Oglądanie spotkania 14. z 19. drużyną ligi z pozoru może wydawać się piłkarskim hipsterstwem, jednak możecie mi wierzyć, naprawdę warto. Jeśli będziecie kiedyś w stolicy Hiszpanii i będziecie mieli okazję wpaść na Rayo, nie wahajcie się. Jest to naprawdę świetne doświadczenie nie tylko pod względem poziomu sportowego, lecz także całej otoczki. Karol, Dominika i Rafał dali się namówić (zadziwiająco łatwo poszło) i nie żałują. Tak przynajmniej mi mówili, a ja im ufam. Jeśli mimo wszystko mnie okłamaliście, będę zmuszony zastosować metody Franza Maurera.



Podobnie jak poprzednim razem zanim zameldowałem się na trybunach poszedłem spróbować szczęścia u bukmachera. Tym razem w hazardzie miałem większe szczęście niż w miłości i udało mi się wygrać całe 1,50 euro. Rayo, a konkretniej Alberto Bueno, funduje pomeczowy kebab. Kto nie ryzykuje, ten nie je baraniny w picie.
Jestem milionerem


***
Niedziela to już z założenia danie weekendu, czyli wcale nie kebab na Vallecas, lecz pojedynek Realu Madryt z Levante. Po pięciu dniach Królewscy wrócili na miejsce wtorkowej zbrodni, by choć odrobinę poprawić nastrój kibiców przed niedzielnym Klasykiem. Czy się udało? Śmiem wątpić, choć najmniej winiłbym Kotorowskiego samych piłkarzy.

Coraz mniej wierzę w to, że Real Madryt jest klubem, z którym kibice potrafią być na dobre i na złe. Na trybunach było naprawdę mało ludzi, zostało bardzo dużo wolnych krzesełek. Mecz Królewscy kończyli natomiast przy niemalże pustych trybunach. Co prawda wychodzący przed końcem fani to na Santiago Bernabéu normalny widok, jednak jeszcze nigdy nie widziałem tak pustego obiektu Los Blancos na dziesięć minut przed końcem. Do tego gwizdy przed rozpoczęciem spotkania na Carlo Ancelottiego i Ikera Casillasa. Dobrze, że szkoleniowiec i kapitan nie zostali jeszcze, podobnie jak Franciszek Smuda w Krakowie, zwyzywani od, w rozumieniu więziennego slangu, mężczyzn zmuszanych do odbywania stosunków homoseksualnych (źródło definicji: słownik języka polskiego).
Idźcie do domu, my nie powiemy nikomu

Refleksje co do starcia nasuwają mi się dość jasne. Zdecydowanie widać różnicę, gdy na boisku przebywają Luka Modrić i Sergio Ramos. Wydaje mi się, że szukanie w nich zbawców w obliczu niedzielnego El Clásico wcale nie musi być pozbawione sensu. Drugi wniosek jest jednak mniej optymistyczny. Dotyczy on Jesé. Szczerze mówiąc, trudno wyobrazić mi sobie, że wróci on jeszcze do formy sprzed kontuzji. Gość stracił praktycznie całą szybkość, co było przecież jego największym atutem. Mam nadzieję, że Kanaryjczyk nie stanie się drugim Kaką, ale na tę chwilę prognozy nie są zbyt optymistyczne. W mojej opinii wypożyczenie go do innego klubu w obecnym momencie byłoby najlepszą opcją.

Konferencja trenera gości była z pewnością najkrótszą jaką widziałem. Dwa pytania, dwie szybkie odpowiedzi i do spania. Z Carlo do rozmowy, co nie może dziwić, było zdecydowanie więcej chętnych. Mówcie, że jestem naiwny, ale on mnie naprawdę przekonał, że z Barceloną wcale nie musi być tragedii.
Andrzej Lepper

W strefie mieszanej znowu pojawił się Lucas Silva. Kiedyś już wspominałem, że Brazylijczyk jako pierwszy piłkarz od niepamiętnych czasów zatrzymał się przy stanowisku dla prasy pisanej. Tak jak przypuszczałem, pomocnik nabrał już ogłady i wyciągnął wnioski z ostatniej wizyty w mix zonie. Po udzieleniu wypowiedzi dla radia od razu grzecznie udał się za banery reklamowe przechodząc obok najbardziej wzgardzonego stanowiska, w którym przyszło stać między innymi mnie. Na następnego piłkarza trzeba było czekać dobre pół godziny. Okazał się nim Sergio Ramos. Nigdy nie był on moim ulubieńcem, jednak jako człowiek ma coś w sobie. Jestem daleki od stwierdzenia, że jest on inteligentną osobą, ale sprawia wrażenie bardzo sympatycznego faceta. Kamery go lubią, a on lubi kamery. Najlepszym dowodem na to jest to, jak długo udziela on wypowiedzi. Przy stoisku dla radia stał naprawdę długo. Łysy z Madrytu, którym okazał się być – jak poinformował mnie El Jarek – Carlos Carbajosa, dyrektor prasowy klubu, co i rusz poganiał drugiego kapitana, jednak ten twardo kontynuował dialog z żurnalistami.
Carlos Carbajosa, pseudonim „Łysy” i Sergio Ramos

Jako że zdjęcie Carlosa Carbajosy zostało oficjalnie zaprezentowane na łamach serwisu, dzisiejsze posiedzenie uważam za zamknięte. Przeczuwam, że w tym miesiącu nasze losy (moje i wasze, nie Łysego) jeszcze się skrzyżują. Na razie jednak się żegnam. Trzymajcie się ciepło. Życzę sobie i wam zwycięstwa w Klasyku, a uczestnikom zlotu we Wrocławiu dodatkowo dobrej zabawy.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!