Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Nareszcie!

Zapraszamy do lektury!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Miesiąc i jeden dzień. Dokładnie tyle czasu trzeba było czekać na powrót Królewskich na Santiago Bernabéu. Cała wieczność wypełniona mniejszą lub większą, ale jednak pustką. Może lepiej zniósłbym tę posuchę, gdybym był choć odrobinę bardziej cierpliwą osobą. NIejednokrotnie słyszałem, że cechę tę można w sobie wyrobić, ale mimo usilnych prób, nigdy mi się to nie udało. Jestem jednak przekonany, że za Realem Madryt grającym u siebie stęskniłem się nie tylko ja, lecz także całe madridismo.

Wraz z Los Blancos do stolicy Hiszpanii wróciła także ładna pogoda. Gdy rozpoczynał się mecz, na dworze Słońce świeciło pełnym blaskiem, a termometry wskazywały około 13-14 stopni Celsjusza. Choć wieczory cały czas bywają chłodne (szczególnie na Calderón, chyba najzimniejszym miejscu na Ziemi w Madrycie), za dnia, nie licząc poranków, śmiało można obejść się bez zimowej kurtki. No ale przecież nie o pogodzie miał być ten wpis. Nie ukrywam jednak, że zwyczajnie chciałem się pochwalić tym, że temperatura u mnie była nieraz taka sama jak w Polsce, z tym że z odwrotnym znakiem. Co prawda na opalanie się jeszcze za wcześnie, ale niejedna osoba przestrzegała mnie już przed madryckim latem.

Zanim rozbrzmiał pierwszy gwizdek arbitra Iker Casillas zaprezentował trofeum za Klubowe Mistrzostwo Świata, a następnie cały stadion uczcił minutą ciszy ofiary ostatniej masakry w Paryżu. Później liczył się już tylko futbol. Futbol w najlepszym wydaniu, na który tyle czasu czekało wyposzczone Bernabéu. Jak zwykle daruję sobie streszczanie boiskowych wydarzeń i przejdę do opisania moich osobistych spostrzeżeń dotyczących potyczki oraz tego, co działo się na trybunach.
Iker Casillas prezentuje trofeum za Klubowe Mistrzostwo Świata

Najżywsze dyskusje wśród kibiców Królewskich budzi ostatnio Gareth Bale. Walijczyk przekonał się wczoraj o tym, jak wymagająca jest publika na Bernabéu. Mimo fantastycznego gola i udziału przy pierwszej bramce, były gracz Tottenhamu kilkukrotnie słyszał gwizdy pod swoim adresem. Najbardziej oberwało mu się, gdy w sytuacji sam na sam strzelił obok bramki, choć mógł podać do lepiej ustawionego Cristiano Ronaldo, któremu pozostałoby jedynie skierować futbolówkę do pustej bramki. Piłkarza w obronę wzieła jednak Grada Joven, która zaczęła skandować jego imię. Cóż, Bale to ciekawy przypadek. Tak naprawdę, jeśli chodzi o liczby, nie można mu zbyt wiele zarzucić. Z drugiej strony natomiast długimi momentami Walijczyk razi nieporadnością. Przy wystawianiu pomeczowych ocen od zawsze miałem z nim największe problemy. Niejednokrotnie myślałem już, że za chwilę z czystym sumieniem będę mógł dać mu słabą notę, aż nagle strzelał pięknego lub bardzo ważnego gola. Na jego postawę nie patrzę z perspektywy ceny transferu, bo przecież nie dokładałem do niego ani centa, ani też osobistych sympatii, ponieważ Gareth jest akurat jednym z zawodników, którzy są mi raczej obojętni. W moim odczuciu jest po prostu strasznie trudno w miarę obiektywnie go ocenić.

Żadnych wątpliwości nie budzi natomiast gra Toniego Kroosa. Dziś Niemiec schodząc z boiska, został nagrodzony owacją na stojąco. I nic dziwnego. W Madrycie chyba nikt już nie płacze po Xabim Alonso. Czasami mam wrażenie, że nawet jeśli były zawodnik Bayernu specjalnie chciały źle zagrać, nie udałoby mu się to. To, co mnie urzeka u niego najbardziej, to fakt, że potrafił on uczynić z gry w poprzek boiska prawdziwą sztukę. U innych graczy często potrafi to niesamowicie irytować. W przypadku Kroosa tak się nie dzieje.

Po meczu udałem się na konferencję prasową oraz do strefy mieszanej, w której nie miałem okazji przebywać od starcia z Cornellą. Pani Patrycja z biura akredytacyjnego chyba jednak już się na mnie nie gniewa i postanowiła przywrócić mnie do łask. Jak zawsze na konferencję prasową wyszedł najpierw szkoleniowiec drużyny gości. Pierwsze pytanie zawsze jest identyczne: „Czy wyjeżdżacie z Bernabéu zadowoleni?”. Może kiedyś któryś z trenerów w końcu odpowie, że czuje się szczęśliwy po kilkubramkowym laniu. Nie traćmy nadziei. Jeden z dziennikarzy zadał również trenerowi gości pytanie w języku katalońskim, co, sądząc po minach niektórych, raczej nie spotkało się ze zbyt wielką akceptacją uczestnikow konferencji. Sergio González nie miał jednak zamiaru wchodzić w tę gierkę i odpowiedział po hiszpańsku. Jeśli chodzi o Carletto natomiast, zastanawiam się, jakie pytanie trzeba byłoby mu zadać, by wyprowadzić go z równowagi.
– Kto będzie bronił z Atlético?
– Khedira. Przepraszam, Keylor.


Do strefy mieszanej wyszli bohaterowie ostatniej akcji bramkowej – Álvaro Arbeloa i Nacho. Swoją drogą, ktoś przypomina sobie, kiedy ostatnio Królewscy strzelili bramkę, którą wychowanek strzelił po asyście innego wychowanka? Co ciekawe po raz pierwszy zdarzyło mi się, że służby porządkowe zabraniały dziennikarzom robienia zdjęć. Jaki jest tego powód? Nie mam zielonego pojęcia. Tak czy inaczej udało mi się coś uchwycić. Doceńcie moje poświęcenie. Ryzykowałem specjalnie dla was.


Tyle na dziś. To już ostatni odcinek cyklu. Na szczęście tylko w tym miesiącu. Najbliższe trzy tygodnie spędzę w Polsce. Prawda jest taka, że jak dobrze by mi się nie żyło w Madrycie, człowiek na wygnaniu zdaje sobie dopiero tak naprawdę sprawę z tego, że z miejscem pochodzenia wiąże go więcej niż początkowo myślał.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!