Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Święta i Nowy Rok w hiszpańskim wydaniu

Zapraszamy do lektury!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Ponoć jaki Sylwester, taki cały rok. Tak więc postanowiłem go rozpocząć, robiąc coś pożytecznego zarówno dla was, jak i dla siebie. Dla was, ponieważ mam nadzieję, że choć części czytelników RealMadryt.pl będę w stanie zapewnić chwilę rozrywki lub zapomnienia o morderczym kacu. Dla siebie, ponieważ cykl ten ma dla mnie szczególne znaczenie. Bananowy Madryt stanowi dla mnie bowiem świadectwo mojego pobytu w stolicy Hiszpanii. Już dziś wiem, że do tych tekstów będę powracał samemu, by móc sobie powiedzieć z czystym sumieniem, że wyciągnąłem z tego wyjazdu maksimum. Gdy już popadnę w marazm i rutynę będę czytał z łezką w oku relacje spisane w czasie moich najlepszych jak dotąd chwil w życiu.

Minione Święta i Sylwester były dla mnie szczególne. Po raz pierwszy w życiu okres ten spędzałem kompletnie sam. O ile z każdym rokiem coraz bardziej narzekałem na to, że nie jestem już w stanie poczuć świątecznej atmosfery, o tyle teraz naprawdę wiem, co to tak naprawdę znaczy. Tak czy inaczej, nie przeszkodziło mi to we wcieleniu się w rolę obserwatora i poczynieniu kilku spostrzeżeń na temat tego, jak czas ten wygląda w Hiszpanii.

Misa de gallo...
...czyli po prostu pasterka. Choć nie było u mnie choinki, lampek, siana pod obrusem i opłatka, po raz pierwszy od kilku lat wybrałem się na pasterkę. Trochę głupio się przyznać, głównie przed samym sobą, ale moje wyprawy na bożonarodzeniową mszę zazwyczaj kończyły się w okolicach kościoła. Tym razem było inaczej. Była to moja pierwsza nie tylko pasterka, ale i msza, której wysłuchałem w języku hiszpańskim. Tak jak się spodziewałem, sam jej przebieg nie różnił się znacznie od tego, czego można doświadczyć w Polsce. Różnice były naprawdę nieznaczne. Inny repertuar kolęd, krótka przerwa na uklęknięcie w trakcie Wyznania Wiary i masowe spóźnienia parafian. Najbardziej godne odnotowania jest to, że podczas momentów, w których w Polsce wszyscy klęczą, w Hiszpanii do wyboru jest jeszcze jedna opcja – można pozostać w pozycji stojącej.

Narodził się Bóg.

Udając się do kościoła byłem jednak ciekaw innej rzeczy, a mianowicie tego, jaka będzie frekwencja. W ojczyźnie Cervantesa religia jest tematem jeszcze bardziej kontrowersyjnym niż w innych krajach. Wpływ na to miała trwająca 35 lat dyktatura generała Franco, który z jednej strony uczynił z Hiszpanii państwo kościelne, z drugiej natomiast przy śniadaniu podpisywał wyroki śmierci na tysiące osób. Nie bez wpływu na obecne postrzeganie kościoła mają tutaj również kontrowersje, które stale budzi Opus Dei. Frekwencja jednak dopisała. Praktycznie cała świątynia zapełniła się wiernymi. O ile obecność dużej liczby słynących z religijności Latynosów nie powinna nikogo dziwić, o tyle widok Azjatów nieco mnie już zaskoczył.

Ludzi jak mrówek
Przechadzając się na co dzień ulicami Madrytu, człowiek nie ma problemu z tym, by uwierzyć iż stolica Hiszpanii jest zamieszkiwana przez ponad pięć milionów ludzi. Gdy jednak ucinałem sobie spacery w okresie przedświątecznym, odnosiłem wrażenie, że ludzi jest pięć razy więcej. Tłumy praktycznie uniemożliwiały normalne poruszanie się po centrum miasta. Przejście z Gran Víi na Puerta del Sol zajmowało trzy razy więcej czasu (to jedynie szacunek, przecież nie chodziłem po mieście ze stoperem). Już pod koniec listopada w całym mieście rozstawiono całe mnóstwo bożonarodzeniowych targów. Rozkładanie podobnych, nieco "odpustowych" straganów to zresztą coś bardzo typowego dla Hiszpanów. Od rękodzieła, po plastikową, cieszącą się mimo wszystko sporą popularnością, tandetę.

Największy świąteczny targ na Plaza Mayor

W samą wigilię, nie licząc pasterki, również urządziłem sobie przechadzkę. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, ludzi było już zdecydowanie mniej. W pierwszy dzień świąt po ulicach spacerowało już jednak znacznie więcej osób. Jedyną różnicą między dniem 25 grudnia, a każdym innym był taki, że na Calle de la Montera nie można było zobaczyć (i nie tylko zobaczyć) prostytutek. Jak widać nawet w tej profesji obowiązuje pewna etyka zawodowa. Chińskie sklepy oczywiście otwarte do późna, ale Chińczycy akurat, jak opisywałem ostatnio, żyją w innym świecie. W drugi dzień świąt natomiast normalnie można było już zrobić zakupy w Kerfurze, co też z uśmiechem na twarzy uczyniłem.

Trafił ci się grubas?
Jedną z najbardziej zakorzenionych świątecznych tradycji w Hiszpanii jest kupowanie losów na loterię. La lotería de los Gordos, czyli w wolnym tłumaczeniu "Loteria Grubasów", generuje kilometrowe kolejki. Na Puerta del Sol rozstawiona jest również masa stoisk z innymi loteriami, już niekoniecznie państwowymi, co nie oznacza oczywiście, że nielegalnymi. Jeszcze przed przyjazdem do Hiszpanii wiedziałem, że podobne zakłady są tu niezwykle popularne, ale nie sądziłem, że kolejki pod kolekturami mogą być aż tak długie. Mają rozmach skurczybyki. Znowu ich nie doceniłem.

Tutaj jeszcze nie widać aż takich tłumów, ale wgłąb placu trzeba było się już napocić, żeby przejść

Los Reyes Magos
To, co najbardziej różni polskie święta od hiszpańskich to fakt, że tutaj prezentów nie przynosi Święty Mikołaj/Gwiazdor/Dziadek Mróz (niepotrzebne skreślić), lecz Los Reyes Magos, czyli Trzej Królowie. Tak więc w sprytny sposób można podzielić świąteczne wydatki na dwie części, wykrwawiając się z kosztami na jedzenie i prezenty na raty. Niemniej nie oznacza to, że na banerach reklamowych nie znajdziemy wynalezionego oryginalnie przez producentów Coca Coli sympatycznego grubaska w czerwonym stroju i z długą białą brodą. Choć to Trzej Królowie hojnie obdarowują podarunkami, cała sława i tak spływa na Świętego Mikołaja. Świat nigdy nie był sprawiedliwy.

Nowy Rok
Rok w rok polska telewizja raczy nas obrazkami tego, jak Nowy Rok przywitano w Atenach, Sydney czy Paryżu. Jak to wygląda w Madrycie? Na Puerta del Sol wybrałem się jeszcze 30 grudnia, w zamyśle, na zwyczajny spacer. Co tam zobaczyłem? Dzikie tłumy świętujące Nowy Rok już dzień wcześniej. Przysięgam, że w pewnym momencie aż spojrzałem na kalendarz, by upewnić się czy aby na pewno nie pomyliły mi się daty. Szampany, winogrona (o tym za chwilę), śpiewy... No, sztucznych ogni jeszcze nie było.

Mimo, że Nowy Rok dopiero jutro, na Puerta del Sol postanowili sobie urządzić Sylwester z Polsatem już dzień wcześniej

Po rozmowie ze znajomym dowiedziałem się, że chodziło o... próbę dzwonów. Oraz o to, by ci, którzy nie będą mogli na Sol pojawić się na drugi dzień, nie czuli się pokrzywdzeni i smutni. Tak więc już przedwczoraj miałem przedsmak tego, co wydarzy się następnego dnia.

Albo i nie do końca, bowiem w Sylwestra na Sol... było mniej ludzi niż dnia poprzedniego. Fajerwerków również nie było. Zamiast tego jedzenie winogron tuż przed północą. Kto nie da rady zjeść dwunastu w dwanaście sekund, może spisać rok na straty. Ludzie się najedli i zaczęli rozchodzić. Nie było muzyki, nie było fajerwerków. Gdyby nie zupełnie przypadkowo spotkani rodacy, mój Sylwester skończyłby się pewnie koło 1 w nocy. A tak, było jednak całkiem przyjemnie. Mama mówiła: „Idź, może będą jacyś Polacy”. Nie myliła się.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!