Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Oscar d'Or i Illarra król

Jak zwykle zapraszamy do lektury!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Kolejny mecz, kolejne zwycięstwo, kolejny odcinek cyklu… A jednak wcale mnie to nie nudzi. Przeciwnie. Półgodzinny pieszy spacer z mojego lokum na Moncloi w kierunku Santiago Bernabéu za każdym razem pokonuję z równie wielkim entuzjazmem. Mimo że w Madrycie jestem dopiero od września, już teraz mogę powiedzieć, że obiekt Królewskich odwiedzałem w tym roku częściej niż rodzinny dom. Być może jest to i nieco smutne, jednak cóż poradzić. Pogoń za realizowaniem się w pasji i spełnianiem marzeń ma swoją cenę.

Już w zeszłotygodniowej relacji pisałem, że Real Madryt uzależnia. Od wtorku nic się nie zmieniło. Tym razem na „białym głodzie”, i nie chodzi mi rzecz jasna o żadne środki zmieniające świadomość, było jednak zdecydowanie więcej osób. Zarówno wśród kibiców, jak i dziennikarzy wczorajsze starcie z Celtą Vigo cieszyło się bardzo dużym zainteresowaniem. W końcu po niemal miesiącu na stadionie Los Blancos po raz kolejny zawitały ligowe rozgrywki. Była to zresztą ostatnia potyczka w Primera División na Bernabéu w tym roku, ponieważ ze względu na Klubowe Mistrzostwa Świata już wcześniej przełożono starcie z Sevillą. Muszę przyznać, że odkąd bywam na trybunie prasowej, jeszcze nigdy nie widziałem tak dużej liczby dziennikarzy. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, że z perspektywy dziecka lepszego Boga nie miałem okazji obserwować El Clásico.

Odbiór plakietki, przejście przez bramkę (bez przeszukiwania!), winda na piąte piętro, rozłożenie sprzętu, zerknięcie na kartkę ze składami i rubrykami na statystyki, których prawie nikt nie uzupełnia, widok twarzy dziennikarzy, którzy przewijają się podczas każdego domowego spotkania Królewskich, zdjęcie na fanpejdża naszej strony, wyjęcie słonecznika, pstryknięcie puszki coli, którą będę sączył przez pierwszą połowę (w przerwie dostanę kolejną, tym razem darmową). Tak niemal za każdym razem wyglądają moje przedmeczowe rytuały. Potem obserwowanie rozgrzewki, zejście piłkarzy do szatni oraz oczekiwanie na hymn Décimy i pojawienie się zawodników na murawie.


Hiszpański futbol wciąż żyje zeszłotygodniowym zajściem nad Manzanares, gdzie w ustawce radykałów Atlético i Deportivo życie stracił ultras drużyny z Galicji. Zawodnicy wyszli na boisko w koszulkach, na których widniał napis „Fútbol sin violencia”, czyli, jak nietrudno się domyślić „Futbol bez przemocy”. Dodatkowo na murawie przed meczem rozłożono pokaźną makietę nawiązującą do wyplewienia z piłki rasizmu i przemocy. W tym wszystkim najbardziej cieszy chyba fakt, że problem jest postrzegany całościowo, a społeczna dyskusja nie ogranicza się jedynie do piętnowania fanatyków Colchoneros i Dépor.
Jeszcze tylko wywalimy przemoc i rasizm ze stadionów i możemy zaczynać.

Nie będę komentował dokładnego przebiegu boiskowych wydarzeń, od tego macie pomeczówki. Pokuszę się jednak o kilka subiektywnych refleksji dotyczących wczorajszego spotkania. Pierwsza sprawa dotyczy rzutu karnego. Mówcie co chcecie, ja jestem zdania, że najlepszemu piłkarzowi świata zwyczajnie nie wypada w ten sposób nurkować. Być może moja wizja futbolu wciąż jest zbyt romantyczna, jednak według mnie – nawet przy wyniku 0:0 – Portugalczykowi nie przystoi kłaść się na murawie od podmuchów wiatru zupełnie jak… nie dokończę zdania. Polityczna poprawność zabrania.

Pod lupę wziąłem również występ Asiera Illarramendiego, który dostał szansę, ponieważ zawieszono mojego idola (chyba nie muszę już pisać, o kogo chodzi). Według mnie Bask był wczoraj bardzo dobry. Moim zdaniem to, że wciąż ciągnie się za nim zła sława po feralnym starciu w Dortmundzie w zeszłym sezonie jest dla niego bardzo krzywdzące. Oczywiście, kto będzie chciał, i tak będzie zwracał uwagę jedynie na zagrania do najbliższego kolegi z drużyny albo straty. Widziałem na żywo Illarrę kilkukrotnie i tak naprawdę ani razu nie schodził poniżej przyzwoitego poziomu. Nie wiem, jakim cudem dziennikarze AS-a i Marki mogli ocenić jego wczorajsze poczynania podobnie jak występ Kroosa, który przecież był, nie tylko według mnie, zdecydowanie słabszy od byłego gracza Realu Sociedad. No nic, może po prostu się nie znam. Jak dla mnie, Illarramendi gra fajnie. Koniec, kropka.
Tak, ja też dziękuję za dzisiejszy mecz, ale czas już iść, bo zimno.

To wszystko, czym chciałem się dziś z wami podzielić. Następnego odcinka możecie spodziewać się już w środę. Tym razem Bernabéu pożegna się, na szczęście tylko w tym roku, z Ligą Mistrzów. Szczerze mówiąc już boję się na samą myśl o tym, że po potyczce z Łudogorcem przyjdzie mi czekać ponad miesiąc na kolejny domowy mecz. Ostatnio miałem adwent, tym razem będzie post. To nie trenerzy i zawodnicy powinni narzekać na terminarz, lecz ja. Tym pesymistycznym akcentem żegnam się z wami. Do środy!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!