Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Uwaga, Królewscy uzależniają!

Zapraszamy do lektury

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Cóż, to już chyba uzależnienie. Gramy z trzecioligowcem, a ja żyję meczem od samego rana. Tak, zdecydowanie, Real Madryt uzależnia. Na wczorajsze spotkanie na Bernabéu przyszło mi, a raczej nam wszystkim czekać 24 długie dni. W kalendarzu adwentowym nie została ani jedna czekoladka, ostatnią skonsumowałem we wtorek tuż po przebudzeniu w poczuciu dobrze wykonanego zadania.

Mecz z Cornellą był z pewnością szczególny ze względu na powrót Jesé Rodrígueza. To właśnie młody Hiszpan był na ustach wszystkich madridistas. Osiem długich miesięcy. Szmat czasu. Przez ten czas można przejść już prawie całą ciążę, a na upartego nawet urodzić. Nadzieja Królewskich była do wczoraj, nie licząc trzeciego bramkarza, jedynym graczem ze stałej kadry Realu Madryt, którego nie miałem okazji jeszcze obserwować z wysokości trybun. Przywitanie, które zgotowano zawodnikowi z numerem 20 na plecach, było niezwykle emocjonalne. Owacja na stojąco i ogromna wrzawa. Pokuszę się o stwierdzenie, że Morata swego czasu mógł jedynie o czymś takim pomarzyć. Reakcja publiki na bramkę Kanaryjczyka była co najmniej taka, jakby Real dopiero wyszedł na prowadzenie z jakimś wymagającym rywalem. Wtorkowe spotkanie było dla mnie ważne również z innego powodu, mianowicie zdobyłem swoją prywatną potrójną koronę: zaliczyłem mecze Realu Madryt z loży dziennikarskiej we wszystkich rozgrywkach – lidze, Champions League, a teraz także Copa del Rey. CV coraz bogatsze.

Na ten obrazek czekaliśmy osiem miesięcy.

Przed meczem byłem dość ciekaw tego, ilu kibiców stawi się na obiekcie Los Blancos. Wejściówki nabyć można było już od 10 euro, co w przypadku Realu Madryt jest ewenementem. Trudno się jednak dziwić, mając na względzie okoliczności starcia. Frekwencja jak na pojedynek z reprezentantem Segunda B nie była jednak zła. Oczywiście, nie było wielkich tłumów, ani krążących pod Bernabéu koników, jednak meczowa atmosfera była zdecydowanie odczuwalna.

„Bez przemocy, bez rasizmu, tylko jedno uczucie – Real Madryt i nic więcej”.

Co do samego pojedynku, wszystko potoczyło się oczywiście zgodnie z planem. Drugi garnitur spokojnie sobie poradził z Cornellą, która jednak zaprezentowała się, mimo dużego bagażu zaaplikowanych bramek, z korzystnej strony. Przyznam, że jest mi po ludzku żal Boniqueta, który nie wykorzystał rzutu karnego. Następna okazja na strzelenie gola Realowi Madryt na Santiago Bernabéu może już nie nadejść. Gdybym to ja znalazł się w takiej sytuacji myślę, że jedenastka ta śniła by mi się po nocach bardzo długo.

Jeśli chodzi o naszych zawodników, niestety, ale zawiódł mnie Álvaro Medrán, który wśród części krakowskiego madridismo dorobił się nawet super tajnej grupy na Facebooku. Nie szukając porównań zbyt daleko, z Isco miał tyle wspólnego, że obaj grali w butach o tym samym kolorze. Nie wątpię w to, że canterano będzie triumfował w białej koszulce, ale wydaje mi się, że mimo wszystko jeszcze nie nadszedł jego czas.

Po spotkaniu jak zwykle konferencja. Pytań do trenera Cornelli było bardzo mało. Z początku nikt nawet nie kwapił się do rozmowy ze szkoleniowcem Katalończyków, przez co chwilowo zapanowała dość niezręczna atmosfera. U Carlo to, co zawsze. Spokój, uniesiona brew i hiszpański do poprawy.


Ciekawiej było natomiast w strefie mieszanej. Tam, co dzieje się bardzo rzadko, głównymi bohaterami byli piłkarze gości. Wywiady z nimi trwały naprawdę długo, a uśmiechy, mimo porażki, nie znikały z ich twarzy. Widać było, że gra na Santiago Bernabéu była dla nich niezapomnianym przeżyciem. Zawodnicy Cornelli chętnie pozowali do zdjęć z podpisanymi przez Los Blancos koszulkami i wylewnie odpowiadali na pytania. Nie sposób było nie odczuć sympatii w ich kierunku. Od nas w mix zonie pojawił się natomiast, zgodnie z moim przeczuciem, Jesé. Młody atakujący został moją kolejną selfie ofiarą, choć przy robieniu fotek Kanaryjczyk jest równie szybki jak na boisku, ponieważ zdjęcie wyszło ostatecznie dość rozmazane.

Na dziś to wszystko, jeśli wszystko potoczy się zgodnie z planem, kolejna odsłona cyklu pojawi się na stronie po ligowym starciu z Celtą Vigo. Do następnego, zatem.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!