Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Bananowe Toledo, derby Madrytu i tropem Ikera

Zapraszamy do lektury!

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Dzisiejsza odsłona cyklu nie ogranicza się wyłącznie do sobotnich derbów z Rayo Vallecano. Wraz z wciąż rezydującą w Madrycie pomorską gwardią wybraliśmy się bowiem w piątek do oddalonego o 70 kilometrów od stolicy Hiszpanii Toledo – miejscowości niezwykle istotnej z historycznego punktu widzenia, w której zresztą rozkochać zdążył się ostatnio nawet sam Carlo Ancelotti. Jako że Carletto rzadko się myli, postanowiliśmy nie być gorsi i również złożyć wizytę w położonym nad rzeką Tajo mieście. W końcu mowa o byłej stolicy kraju.



Podróż w czasie
Zapewne niejeden z was wyobrażał sobie hiszpańskie miasteczka jako labirynty pełne wąskich, uliczek prowadzących między starymi budynkami. Toledo jest świetnym przykładem takiego właśnie miejsca. Nie uświadczycie tam nowoczesnej architektury, wieżowców czy wielkomiejskiego przepychu. Zamiast tego zobaczyć można kilkuwieczne gotyckie, renesansowe czy barokowe katedry, kościoły i zamki. Nawet fasady banków, czy to krajowych, czy zagranicznych, które normalnie rażą po oczach neonami, w Toledo są dopasowywane pod resztę krajobrazu, by nie kontrastowały ze starą zabudową.


Przemierzanie miasta nie należy do najłatwiejszych zadań. Ciągłe wspinanie się i schodzenie drogami wyłożonymi kostką brukową oraz omijanie samochodów przebijających się wąskimi ulicami nie jest jednak aż taką torturą, jeśli w tym samym czasie skupiasz się na podziwianiu krajobrazu. Człowiek momentami ma wrażenie jakby przeniósł się w czasie lub przebywał w odseparowanej grubymi murami od reszty świata enklawie. Mimo ciągłych nierówności terenu, dzieciaki wcale nie zniechęcają się i chętnie grają w piłkę na ciasnych i stromych ulicach. Byliśmy świadkami sytuacji, gdy trójka młodych chłopców biegała niezrażona za futbolówką po nachylonej pod dość sporym kątem ulicy, strzelając na bramkę, którą był... zaparkowany przy wejściu do kamienicy samochód. Zderzak pojazdu obrywał dość regularnie. Po pewnym czasie z naprzeciwka wyszedł właściciel auta. Niemniej daleki był on od krzyków i przeganiania młodych pasjonatów. Po prostu spytał ich spokojnym tonem, czy mogliby już nie kopać więcej w jego pojazd. Jak widać, sprawy można załatwiać w inny sposób niż krzykiem lub wieszaniem na ścianach plakietek z napisem „Zakaz gry w piłkę”.


Już w trakcie wycieczki zacząłem zadawać sobie pytanie, czy mógłbym w takim miejscu ewentualnie zamieszkać. Mimo wszystko, nie. Uważam, że wypad do Toledo był fantastycznym doświadczeniem, jednak podejrzewam, że tak naprawdę życie codzienne byłoby tam przepełnione monotonią, której szczerze nie znoszę. Warto zobaczyć wszystkie te zabytki i napawać wzrok widokami, jednak mając to na co dzień nie stanowiłoby to już żadnej atrakcji.

Derby Madrytu nie tylko z Atlético
Dzień meczu zawsze stoi pod znakiem zabijania czasu i przeczekiwania do wieczora. Obudzić się jak najpóźniej, zrobić jak najwięcej kompletnie niepotrzebnych rzeczy, jak chociażby wysprzątanie pokoju czy przygotowanie się do zajęć na uczelni. Przed każdym spotkaniem wychodzę szybko, by jak najwcześniej odebrać akredytację i wejść na stadion. Gdy już jestem pod Bernabéu zaczynam żyć na nowo.

Starcie z Rayo miało o wiele więcej z derbowej atmosfery niż mogłem się spodziewać. Choć kibiców z Vallecas nie było zbyt wielu, bo zaledwie sześciuset (nie dostali więcej biletów, na co zresztą mocno się skarżyli), jednak zdecydowanie potrafili zedrzeć gardło. O ile w sektorach kibiców Los Blancos można było zobaczyć podczas Klasyku fanów Barcelony, tak teraz nie zauważałem rayistas wśród madridismo. Stosunki naszych ultrasów z miłośnikami Vallecano nie są przyjazne i idzie to zauważyć od razu. Co prawda wciąż nie jest to poziom polskiej międzyklubowej nienawiści, jednak dawało się wyczuć pewne napięcie. Same przyśpiewki na Bernabéu z obu stron również nie brzmiały na poezję z epoki romantyzmu.


Przebieg meczu niczym nie zaskoczył. Gładkie zwycięstwo, kolejna bramka Cristiano i trzynaste zwycięstwo z rzędu. Tym razem w wyjściowej jedenastce zabrakło niestety Isco, który jednak utrzymał owację od publiki, gdy tylko wyszedł na rozgrzewkę. Na pocieszenie od pierwszej minuty wystąpił drugi z moich ulubieńców – Nacho Fernández. Choć znowu widziałem na własne oczy goleadę, muszę przyznać, że wcale mnie to nie nudzi. Nawet jeśli jesteś na każdym meczu Realu Madryt, nigdy ci się to nie przeje. To tak, jak w słowach hymnu Décimy – Królewscy przyciągają do siebie zarówno z bliska, jak i z daleka. Przyciągają i już nie puszczają. Na Santiago Bernabéu 90 minut mija w sekundę, to zdecydowanie największy negatyw. No, może nieco dłużyła mi się druga połowa El Clásico.

Po ostatnim gwizdku sędziego udałem się na konferencje Paco Jémeza i Carlo Ancelottiego. Od mojej ostatniej wizyty Carletto nie stracił gracji, a jego brew tradycyjnie stale szła w górę. W mix zonie z zawodników Królewskich pojawili się Nacho Fernández i Sergio Ramos. Szczególne wrażenie zrobił na mnie ten drugi. Jak przystało na rdzennego Andaluzyjczyka, drugi kapitan Los Blancos nigdzie się nie spieszył, cierpliwie odpowiadał, natomiast z jego twarzy nie znikał uśmiech. Pisałem już kiedyś, że stanowiska dla mediów pisanych raczej nie są uprzywilejowane, jeśli chodzi o zadawanie pytań. Tak więc wraz z innymi dziennikarzami stojącymi obok mnie doszliśmy do identycznego wniosku. Skoro już dopchanie się na wywiad graniczy z cudem, to chociaż można zatrzymać kogoś do zdjęcia. W ten sposób udało mi się zdobyć selfie z Ramosem. Obrońca zatrzymał się przy każdym, kto tylko go o to poprosił. Gdy ktoś chciał wyrwać się przed szereg, uspokajał, że nie będzie problemu ze zrobieniem sobie wspólnej fotografii. Zawodnik z numerem 4 na plecach nigdy nie należał do moich ulubieńców, jednak muszę przyznać, że swoim nastawieniem sporo zyskał w moich oczach.


Śladami Casillasa
W niedzielę udaliśmy się do Móstoles, w którym urodził się Iker Casillas. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyliśmy tuż po wyjściu z metra był... sklep z polskimi produktami. Gdy weszliśmy do środka okazało się jednak, że sprzedawczyni nie była Polką, a obywatelką któregoś z krajów zza naszej wschodniej granicy. Mimo to znała nasz język. Samo miasto wygląda niemal wszędzie tak samo. Dość niska zabudowa z czerwonej cegły, sporo zieleni (momentami sztucznej) i czyste ulice. Nasz cel był jednak inny...


Można lubić kapitana Królewskich bądź nie, jednak mając okazję podążyć choć trochę jego śladami, zdecydowanie warto to zrobić. Nie jest to jedynie krótka uliczka, którą nazwano jego imieniem wyłącznie dlatego, że tak wypadało. Avenida de Iker Casillas ciągnie się przez dość sporą część miejscowości. To jedynie pokazuje jak wielkim uznaniem cieszy się golkiper Realu Madryt w swoim rodzinnym mieście.



W tym tygodniu to by było na tyle. Na następny mecz podopiecznych Carlo Ancelottiego przyjdzie nam trochę poczekać, jednak w międzyczasie na pewno czymś jeszcze się z wami podzielę. Do następnego!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!