Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Manita na przystawkę

Następny odcinek cyklu prosto ze stolicy Hiszpanii

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Tak jak obiecałem, dziś kolejna część Bananowego Madrytu. Tym razem oczywiście powrócimy do spraw bezpośrednio związanych z futbolem. Wszystko dlatego, że wczoraj Real Madryt zainaugurował maraton hitowych spotkań na Santiago Bernabéu. Przy Concha Espina zameldował się Athletic Bilbao, następnymi drużnami w kolejce są natomiast Barcelona i Liverpool. Prawdziwa piłkarska uczta złożona z trzech dań. Wszyscy madridistas z pewnością mają nadzieję, że potrawy te koniec końców nie okażą się ciężkostrawne.

Bankiet rozpoczęliśmy od przystawki, czyli spotkania z Baskami. Athletic Club, który choć obecnie znajduje się w sporym dołku (co jednak wciąż nie zmienia faktu, że podopieczni Ernesto Valverde są uczestnikiem tegorocznej edycji Ligi Mistrzów), to drużyna absolutnie zjawiskowa w skali światowego futbolu. Wyobrażacie sobie, by z najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce nigdy nie spadła drużyna składająca się wyłącznie z zawodników pochodzących z jednego województwa? Ja szczerze mówiąc nie. Nawet mimo wzajemnych niechęci między kibicami Królewskich i Athletiku, ci pierwsi nie mają problemu z przyznaniem, że jest to coś naprawdę godnego podziwu.

Stadion, jak przewidywano, rzeczywiście zapełnił się niemal co do ostatniego miejsca. Bernabéu jest jednak na tyle sporym obiektem, iż podejrzewam, że sumując liczbę wolnych miejsc, i tak uzbierałoby się ich tyle, ilu kibiców chodziło na mecze Amiki Wronki, gdy ta występowała jeszcze w Ekstraklasie. Oczywiście bez urazy dla kibiców Amiki, która ponoć jeszcze gdzieś istnieje (a przynajmniej istniała jakiś czas temu).


Jeśli już jesteśmy przy fanach, których jeszcze na dziesięć minut przed rozpoczęciem potyczki nie było na obiekcie Los Merengues zbyt wielu, po raz kolejny zaobserwowałem coś, co odróżnia Hiszpanię od Polski. Na dwie godziny przed meczem po mieście można było już oczywiście zauważyć przechadzających się baskijskich kibiców. Co jednak interesujące, wśród nich dużo było młodych dziewczyn. Nie jestem wyjazdowym weteranem jeśli chodzi o nasze rodzime stadiony, ale chyba nie jest to zbyt częsty obrazek. A już na pewno niecodzienny jest widok całych rodzin z dziećmi. No bo jak to tak? Przecież między Realem Madryt i Athletikiem panuje „kosa”... Niektórzy fani zespołu gości siedzieli również wśród kibiców Los Blancos. Mi to jednak kompletnie nie przeszkadzało. Przeciwnie, dawno temu przestałem należeć do grona fanatyków, którzy na mecze przychodzą głównie w celu głośnego krzyczenia. Dlatego też obserwowanie poczynań podopiecznych Carletto z loży prasowej nie stanowi dla mnie problemu. Brakuje mi jedynie tego, że na trybunę przeznaczoną dla mediów zdecydowanie nie wypada przychodzić przywdzianym w klubowe barwy.

W czasie rozgrzewki natomiast Gareth Bale postanowił chyba zademonstrować swoje umiejętności wyniesione żywcem z gry Counter Strike 1.6. Walijczyk podczas serii strzałów na bramkę z chirurgiczną precyzją trafił bowiem w głowę (tak to wyglądało przynajmniej z mojej perspektywy) pewną pracowniczkę ochrony. Uderzenie na szczęście było niezbyt mocne. W innym wypadku mogło dojść do prawdziwej tragedii. Gdy spiker wyczytywał nazwiska zawodników gości, szczególna porcja gwizdów skierowana została oczywiście w stronę Iturraspe i Gurpeguiego, bohaterów zeszłosezonowego incydentu na San Mamés, po którym z boiska usunięty został Cristiano Ronaldo. W szeregach Królewskich gwizdy pod adresem Casillasa zostały raczej zagłuszone aplauzem. Iker mimo to nie uniknął manifestacji niezbyt przyjaznego nastawienia Bernabéu, gdy akurat znajdował się przy piłce. Tak czy inaczej, na początku tylko Cristiano Ronaldo przywitano większą owacją. Feeling Portugalczyka z madridismo jest bardzo widoczny. Bez trudu można zauważyć, że gwiazdor Królewskich czuje się kochany i nie ma problemu z odwzajemnianiem uczucia.


Co do samego meczu, po wczorajszej konferencji Carlo Ancelottiego nie było zaskoczeniem, że w pierwszym składzie zabrakło mojego ulubieńca – Isco. Zmuszony więc byłem tym razem wziąć pod lupę innych zawodników. Padło na Modricia i Jamesa. Mówcie co chcecie, ale mi gra Chorwata przypomina stylem tylko jednego piłkarza – Zinédine Zidane'a. Francuz być może częściej wpisywał się na listę strzelców, jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ruchy i gracja byłego pomocnika Tottenhamu są mi dziwnie znajome. Co do Jamesa, Ancelotti podczas sobotniego spotkania z dziennikarzami mówił, że Kolumbijczyk nie jest Di Maríą. Mimo wszystko zdołałem znaleźć między nimi pewną wspólną cechę – Carletto żadnego z nich nie musiał długo przekonywać do poświęcania się w defensywie. Jeśli chodzi natomiast o poczynania z przodu, wydaje mi się, że były gracz Monaco raczej nie był z siebie zadowolony. O ile po pierwszym golu miał jeszcze ochotę na tańce, o tyle po drugim trafieniu Benzemy, podczas gdy cała drużyna świętowała bramkę, James był już praktycznie na własnej połowie. Miałem wrażenie, że zaraz zdejmie koszulkę, pod którą będzie miał następną, z napisem „Why never me”. O samym przebiegu potyczki nie będę pisał, bo wynik przecież każdy zna. To, co działo się na boisku najlepiej podsumuje chyba cytat z zajmującego tuż obok mnie hiszpańskiego dziennikarza, który nie ukrywał swoich sympatii: „Teraz jeszcze chcemy tylko whisky, kilka panienek, a nawet rock and rolla”.


Czas na mniej przyjemną część relacji, ponieważ muszę przyznać się do błędu. Po meczu z Elche byłem nieobecny podczas konferencji Carlo Ancelottiego, gdyż czekałem w strefie mieszanej na piłkarzy. Okazało się jednak, że spokojnie zdążyłbym wziąć udział i w spotkaniu Włocha z dziennikarzami i w wysłuchiwaniu wypowiedzi graczy. W każdym razie oglądanie na żywo uniesionej brwi Carletto sprawia, że człowiek zaczyna nabierać do niego jeszcze większej sympatii. Choć jego hiszpański wciąż jest jeszcze do poprawy, niewątpliwie dodaje mu to uroku. Ancelotti potrafił błysnąć poczuciem humoru, jak choćby podczas odpowiadaniu na pytanie dotyczące celebracji pierwszej bramki, a mówiąc ostatnie zdania, nie krępował się zwrócić do rzecznika prasowego w celu upewnienia się, czy słówko, którego właśnie użył istnieje również w języku Cervantesa. Byłego szkoleniowca PSG słuchało się z dużo większym rozbawieniem niż podłamanego Ernesto Valverde. Tak więc tym razem na konferencji byłem, ale... w mix zonie jak na złość nie pojawił się żaden z zawodników Królewskich. Z żurnalistami rozmawiali jedynie zdołowani Baskowie, których, wybaczcie, z twarzy oraz imienia i nazwiska nie kojarzę. Niemniej nie zmienia to faktu, że i tak kocham swoją pracę.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!