Menu
Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: (Nie)codzienność

Drugi odcinek cyklu

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Jako że Królewscy dwa ostatnie spotkania rozgrywali na wyjeździe, dzisiejszy wpis będzie dotyczył pierwszych obserwacji i refleksji, które nasunęły mi się po dwóch tygodniach pobytu w stolicy Hiszpanii. Tak więc tym razem raczej zdystansuję się od tematyki związanej stricte z futbolem. Nie widzę bowiem zbytnio sensu w opisywaniu tego, jak oglądało mi się mecze z Villarrealem i Łudogorcem w madryckich barach. Szczerze, uważam, że obserwowanie poczynań Realu Madryt nie może być przyjemniejsze niż w towarzystwie warszawskiego madridismo.

Rozmyślając nad tym, co zawrzeć w niniejszym wpisie, doszedłem do wniosku, że dobrym punktem wyjścia byłoby pokuszenie się o pierwsze porównania życia w dwóch wielkich miastach – Warszawie i Madrycie. Po głębszym zastanowieniu stwierdziłem jednak, że to niemożliwe. Dlaczego? Po prostu się nie da. Czasami człowiek nie jest w stanie stwierdzić, czy coś jest lepsze czy też gorsze. Zwyczajnie zdałem sobie sprawę, że jest inaczej. W mojej opinii to trochę jak porównywanie Cristiano i Messiego. Można prześcigać się w argumentach na temat tego, który jest numerem jeden, jednak analizując sprawę na chłodno okazuje się, że ich styl gry jest kompletnie odmienny, przez co tak naprawdę zestawianie Portugalczyka z Argentyńczykiem mija się z celem. To jednak tylko i wyłącznie mój punkt widzenia.

Po zeszłotygodniowym starciu z Elche z Santiago Bernabéu wyszedłem po 23.00. Jako że nie mieszkam aż tak daleko od stadionu, wracałem do domu pieszo. Po drodze znajduje się duży otwarty kompleks sportowy – Instalación Deportiva Canal Isabel II. Kilka boisk ze sztuczną nawierzchnią, korty tenisowe, bieżnie, a nawet pole golfowe. Abstrahując już od tego, że sam ośrodek prezentuje się doprawdy okazale, wrażenie zrobiła na mnie jedna rzecz. Jest wtorek, zbliża się północ. W środku znajduje się jednak masa osób. Nie jestem z tych, którzy powtarzają jak mantrę, że za dzieciaka podwórka były pełne i nikomu nie przeszkadzało, że bramkę trzeba było ustawiać z dwóch kamieni, natomiast teraz Orliki stoją puste, bo lepszą rozrywką w dzisiejszych czasach jest granie w Minecrafta. Niemniej fakt, że boiska o tak późnej porze wciąż były zajęte przez młodych pasjonatów futbolu, mocno mnie zaskoczył. Nie mam zamiaru porównywać poziomu, jaki prezentowali hiszpańscy nastolatkowie, bo wszędzie trafiają się zarówno podwórkowi wirtuozi, jak i, że tak to nieładnie określę, leszcze (kop po nogach albo stawaj na budzie). Tak czy inaczej myślę, że poznałem chociaż częściowo odpowiedź na pytanie, jakim cudem Hiszpanie osiągają tak dobre wyniki w sporcie.


Druga sprawa, o której napiszę jest nieco bardziej przyziemna. Mianowicie chodzi o... zwyczaj przechodzenia na czerwonym świetle. Odnoszę wrażenie, że sygnalizacja w Madrycie jest kompletnie zbędna. Możesz to zrobić nawet w obecności obserwującego cię policjanta czy strażnika miejskiego. Prawdopodobieństwo, że otrzymasz mandat jest bliskie zeru. Mi samemu zdarzało się przechodzić kilka razy przez ulicę w niedozwolonym momencie/miejscu, gdy zaledwie kilka metrów ode mnie znajdował się pracownik służb mundurowych. Jeśli poruszamy już kwestie związane z pracą policji, z mojej poprzedniej wizyty w Madrycie zapamiętałem to, że w miejscach, gdzie skupiają się duże grupy ludzi, funkcjonariusze mimo wzmożonych patroli nie wyłapują tych, którzy spożywają alkohol w miejscu publicznym, a głównie imigrantów bez pozwolenia na pracę. Do momentu, kiedy nie zaczniesz robić zbytniego hałasu, raczej nic ci nie grozi. Choć wiadomo, zawsze może trafić się ktoś wyjątkowo złośliwy. Nie mam jednak na celu w żaden sposób krytykować polskiego prawa, ponieważ nasze poczucie kontroli i poczucie kontroli Hiszpanów to raczej dwa odrębne pojęcia.

Najgorszym dniem tygodnia dla mnie były do tej pory niedziele. Nagle w czteromilionowym mieście zapada cisza. Na ulicach, nie licząc oczywiście tych najważniejszych, pustki. Większe grupy osób dostrzec można jedynie w barach. Atmosfera kompletnego lenistwa. A przecież nad mapą mojej dzielnicy wyraźnie można przeczytać napis Madrid centro. Jeśli potrzebujesz się zaopatrzyć w coś, co nie jest jedzeniem, lepiej pomyśl o tym wcześniej. No chyba, że wybierzesz się do Chińczyka. Tak czy inaczej, tym razem zakończenie tygodnia zapowiada się nieco bardziej ekscytująco, ponieważ na Bernabéu zawita Athletic Bilbao. Nie uważam, bym zdradził wam jakiś wielki sekret, jeśli napiszę w tym momencie, że możecie spodziewać się relacji z tego spotkania.


Teraz trochę o edukacji. Przyznam szczerze, że moja wiedza w zakresie hiszpańskiej polityki nie jest zbyt duża. Gołym okiem widać jednak, że studenci raczej nie są przychylni władzy. Na kampusie Universidad Complutense, która jest jedną z najstarszych uczelni w Europie, co kilka metrów można zobaczyć na ścianach napisy i rysunki krytykujące rząd, jedne bardziej, drugie mniej wyszukane. I nie chodzi tu tylko o tych, którzy aktualnie sprawują władzę. Duża część haseł jest bowiem przesiąknięta ideologią anarchistyczną. Przez pewien moment przeszło mi przez głowę, że być może wszystkie te dzieła sztuki po prostu nie zostały usunięte z murów, że treść już jest nieaktualna. Moje wątpliwości zostały jednak rozwiane po wejściu na jeden z wydziałów. Kluczowym jest wspomnieć, że studia w Hiszpanii, w odróżnieniu od Polski, są płatne. Cytując treść zawartą na zdjęciu poniżej: „Skracacie studia pierwszego stopnia, zwiększacie zapotrzebowanie na absolwentów studiów drugiego stopnia, choć nas na nie nie stać”. Bronimy państwowej edukacji. Strajk 22,23 października".


Tym optymistycznym akcentem na dziś się z wami żegnam. Jak pisałem na wstępie, są to jedynie moje odczucia, subiektywne do bólu. W końcu to mi nikt nie wlepił mandatu za przechodzenie na czerwonym świetle, to moja dzielnica przypomina w niedziele bezludną wyspę i tak dalej, i tak dalej... Ktoś mógł przecież mieć zupełnie inne przygody w stolicy Hiszpanii. Tak czy inaczej w poniedziałek możecie spodziewać się kolejnego odcinka, w którym podzielę się wrażeniami ze spotkania z Athletikiem.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!