Menu
Klatus / Leszczu

RealMadryt.pl w Madrycie: Derby w rytmie Ultras Sur!

O spotkaniu z Atlético widzianym z trybuny gości

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Jeszcze po południu byliśmy w Palacio de los Deportes, gdzie z trybuny prasowej oglądaliśmy kolejną wygraną koszykarzy. Oczywiście udaliśmy się do mix zone gdzie przeprowadzaliśmy krótki wywiad z jednym z naszych graczy, ale na razie niech pozostanie to niespodzianką. Relację z tej wizyty przeczytacie już jutro. Po meczu nie mieliśmy za wiele czasu i czym prędzej popędziliśmy na metro, by udać się na Vicente Calderón. Oczywiście nie mogło się obyć bez niespodzianek. Metro postanowiło się zepsuć i wielu sfrustrowanych kibiców Atleti w pośpiechu opuszczało stację, by złapać jakąś taksówkę, by nie spóźnić się na Derby Madrytu. Nam nie pozostało nic innego, jak podążyć ich drogą.

Gdy z okien samochodu widzieliśmy już stadion Atlético, postanowiliśmy czym prędzej wysiąść i pokonać pozostałą odległość pieszo, ponieważ drogi były zapchane kibicami Los Colchoneros i policyjnymi wozami. Przy wejściu na stadion spodziewaliśmy się, że zostaniemy przetrzepani od stóp do głów, a obyło się właściwie tylko na okazaniu biletów. Ciekawe, bo jeden z nas miał dość pokaźnych rozmiarów torbę, w której mieliśmy schowane napoje i lustrzankę. Nikt nawet do niej nie zajrzał. Na dobrą sprawę na Calderón można było wnieść nawet niewielką bombę, a nikogo by to nie obeszło. A potem ludzie dziwią się, że po niektórych stadionach latają łby świni. Jeśli tak funkcjonuje ochrona na tak zwanych meczach podwyższonego ryzyka, to aż ciężko wyobrazić sobie, jak wygląda kontrola przy meczach z jakimiś ogórkami z dolnej części tabeli.

Po pokonaniu kilkunastu schodów i wejściu na nasz sektor oniemieliśmy. Jeszcze rano byliśmy nieco zasmuceni wiadomością, że na sektorze gości będzie tylko garstka kibiców i nastawiliśmy się na spokojny doping wśród madridistas z wszystkich zakątków świata, jak to było w tym sezonie na Camp Nou. Nic bardziej mylnego. Calutki sektor był wypełniony samymi Ultras Sur! Nie pozostało nam nic innego jak stanąć obok nich i zdzierać gardła do ostatniej minuty. Warto odnotować, że w takich wypadkach rząd i miejsce nie mają żadnego znaczenia. Ustawiasz się tam gdzie akurat jest wolne miejsce i niech nawet przez myśl nie przechodzi ci posadzenie swoich czterech liter na krzesełku. Dla nas bomba, zawsze marzyliśmy o tym, by móc w pełni oddać się dopingowaniu swoich piłkarskich idoli od pierwszej do ostatniej minuty. O Ultrasach i ich poglądach politycznych można napisać wiele, ale tak naprawdę żaden inny kibic nie oddaje bardziej serca i duszy za ten klub, niż oni. Dopingowanie razem z nimi było dla nas wielką przyjemnością, tym bardziej, że wielu z nich z aprobatą klepało nas po plecach i dziwiło się, że mimo że jesteśmy z Polski to doskonale znamy zdecydowaną większość przyśpiewek.

A co działo się na murawie? Pewnie wiecie lepiej od nas, wszak my nie mogliśmy liczyć na telewizyjne powtórki i analizę wszystkich akcji klatka po klatce. W zasadzie jeszcze po wyjściu ze stadionu nie mieliśmy stuprocentowej pewności kto w ogóle strzelił gole dla gospodarzy. Zwłaszcza, że sektor gości na Calderón to bez wątpienia najgorsze miejsce do oglądania meczu. Jedyny plus jest taki, że nie jest on oddzielony siatką tak jak sektor na Camp Nou. W każdym razie, według nas, graczem meczu bez dwóch zdań był Xabi Alonso. Z perspektywy trybun wyglądało to tak, jakby Bask biegał za trzech, zostawił na boisku hektolitry potu i był gotów oddać życie za zwycięstwo. Podobało nam się też wejście Isco, który poderwał zespół do walki. Za to byliśmy mocno sfrustrowani wieloma nieudanymi zagraniami Cristiano i Bale’a, na których przed meczem liczyliśmy najmocniej. Po pierwszej bramce żartowaliśmy, że w piątek Florentino miał rację, mówiąc nam „Y Benzema, y Benzema”.

Emocje na trybunie były naprawdę niewiarygodne, chociaż oczywistym jest, że po otwarciu wyniku meczu Ultras Sur, a z nimi i my, głośno śpiewaliśmy – i nie wróży to nam nic dobrego, od kilku dni zmagamy się bowiem ze sporym przeziębieniem. W Internecie można już znaleźć filmiki z na przykład reakcją kibiców po golu Benzemy. Gdzieś tam widać nasze ręce, ale oglądaliśmy ten filmik już z pięć razy i wciąż nie mamy pewności, które są nasze. Ultrasi zaprezentowali calutki repertuar przyśpiewek. „Como no te voy a querer”, „Madrid campeón”, „Real Madrid, hoy yo te vengo a ver”, „Puto indio el que no bote eh, eh”, „Ohhh, vayas donde vayas” i tak dalej. Oczywiście gdy tylko Diego Costa był przy piłce, intonowaliśmy głośne: „Diego Costa, nie jesteś Hiszpanem”, a gdy Simeone machał rękoma, słychać było: „Rogacz, Cholo Simeone”. Po bramkach dla Atleti nasza trybuna nieco ucichła, ale po golu Cristiano znów byliśmy najgłośniejsi na stadionie, a moment gdy Sergio Ramos poprosił nas o wsparcie jeszcze bardziej rozgrzał serca wszystkich zgromadzonych na trybunie gości. Wspólne dopingowanie Królewskim podczas tak „bliskiego” meczu wyjazdowego to po prostu coś niewiarygodnego, czego nie doświadczy się ani na Santiago Bernabéu, ani na Camp Nou. Dobrze, że nie pracujemy w radiu, bo nie moglibyście od nas usłyszeć zbyt wiele. Pisząc tę relację porozumiewamy się jedynie kiwnięciami głowy, ponieważ gardła mamy tak zdarte, że nie możemy wydusić z siebie nawet słowa. Ale było warto.

Trzeba jednak wspomnieć jeszcze o kibicach Atlético. Frente było na stadionie w przeważającej większości i gdy zaczynali głośno skandować „Atleti, Atleti”, to za nimi szła reszta kibiców i doping niósł się prawdopodobnie daleko poza bramy stadionu. Momentami robiło to spore wrażenie, ale ostatnie minuty zdecydowanie należały do Ultras Sur. Pięknie też prezentowała się mozaika utworzona przez fanów Materacy, ale nie jesteśmy przecież od tego, by zbytnio chwalić naszych rywali.

Tuż po meczu za doping dziękowali głównie Sergio Ramos i Marcelo, a także nieco z oddali Gareth Bale i Diego López. Oczywiście jeśli stajesz w szeregi Ultras Sur, to nie ma mowy o tym, by opuścić stadion równo z końcowym gwizdkiem sędziego. Ochrona przetrzymała nas na stadionie dobre czterdzieści minut po meczu, nie przeszkadzało nam to jednak w dobrej zabawie i intonowaniu kolejnych przyśpiewek, które fantastycznie niosły się po opustoszałym już stadionie. W międzyczasie piłkarze zdążyli wziąć prysznic i jeszcze raz pokazać się naszym oczom. Najlepiej widać to na tym filmiku, gdy Pepe czy Ronaldo idą przez murawę w kierunku wyjścia ze stadionu, a my razem z Ultrasami wiwatujemy na ich cześć. To był niezapomniany wieczór, szkoda że niezakończony wygraną, ale nie napalaliśmy się zbytnio, gdyż obaj nie mamy ostatnio szczęścia do wizyt na meczach Realu. Jeden z nas oglądał już w tym sezonie porażkę z Atlético, a drugi porażkę z Barceloną. Niech tym razem szklanka będzie do połowy pełna i mimo wszystko cieszmy się, że utrzymaliśmy pozycję lidera.

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!