Menu
Leszczu / RealMadryt.pl

Piotr Laboga dla RealMadryt.pl: To Ancelotti przegrał Klasyk

Rozmowa z komentatorem <i>nc+</i>

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Piotr Laboga jest komentatorem sportowym nc+ i w ciągu kilku minionych sezonów wielokrotnie komentował spotkania z udziałem Realu Madryt. Postanowiliśmy porozmawiać z nim o Realu Madryt po sobotnim Klasyku.

Na początku chcę oczywiście spytać o sobotnie wyzwanie, bo chyba tak można nazwać komentarz, w którym jednym z głównych zadań było sprzyjanie Realowi Madryt. Wiem, że prywatnie zdecydowanie bliżej Panu właśnie do drużyny Królewskich niż do drużyny z Katalonii. Mimo wszystko domyślam się, że to i tak było jedno z najtrudniejszych zadań jako komentatora sportowego.
Powiem szczerze, że to ciekawe, że ma pan informacje, według których bliżej mi do Realu Madryt. Nie będę potwierdzał ani zaprzeczał, natomiast co do meritum sprawy – faktycznie, to było bardzo trudne wyzwanie. Kibice Barcelony i Realu Madryt, może to są mocne słowa, ale wielu z nich ma takie zacięcie stricte szowinistyczne. Mam wrażenie, że te antypatie są znacznie większe na tym gruncie polskim niż hiszpańskim, czego dowodem może być fakt, że można na trybunach zobaczyć kibiców Realu Madryt siedzących pośród fanów Barcelony i odwrotnie. Odnoszę wrażenie, że byłoby to mało realne, gdybyśmy próbowali wypełnić stadion osobami wywodzącymi się z Polski. Rzeczywiście to było ogromne wyzwanie, ponieważ komentator nawet jeśli kieruje się jakimiś sympatiami do drużyn, ma gdzieś z tyłu głowy sygnał alarmowy. Miałem nawet kolegę, nie będę zdradzać nazwiska, który komentował jeden z pierwszych meczów w swoim życiu, mając świadomość, że sympatyzuje jedną z grających drużyn. Tak komentował, że następnego dnia na forach pisano zupełnie w odwrotnym kierunku. Oskarżali go o stronniczość wobec drużyny, której kibicem absolutnie nie był. Ta ostrożność zawsze jest gdzieś wpisana w nasz zawód. Fajnie, że w sobotę trafiłem na Tomka Wieszczyckiego, który sobie świetnie poradził. Czasami schodził naprawdę w stronę królewską aż za bardzo i przy jednej z sytuacji, kiedy Bale wyskoczył wyprostowaną nogą w Gerarda Piqué tak to podsumował, że sam ugryzłem się w język. Pomyślałem, że naprawdę przeginamy. Fakt, że to bardzo ciekawe doświadczenie, ponieważ komentator zakłada „ciuszki” komentatora nieobiektywnego. Jest to sztuka, aby umieć kibicować, w komentarzu trzymać za nią kciuki, ale też nie pozbywać się realizmu i obiektywizmu. Jeżeli jest faul, to trudno, żeby komentator krzyczał, że absolutnie przewinienia nie ma. Eksperyment był ciekawy, ale uważam, że w takie coś można się zabawić raz na kilka sezonów. Nie jestem zwolennikiem tego, by takie praktyki były stosowane często, tym bardziej jeśli chodzi o na przykład ligę polską. W tym wypadku to mogłoby być niebezpieczne nawet dla samego komentatora.

Nie ma już José Mourinho, którego wielu, zwłaszcza z Katalonii, obwiniało za Gran Derbi, po których rozmawiało się przede wszystkim o sędziach. Portugalczyka w Madrycie już nie ma, ale po tym meczu trudno mówić bez wspomnienia o Undiano Mallenco. O ile Muńiz Fernández po fatalnym sędziowaniu w meczu z Elche został odsunięty do tak zwanej „lodówki”, o tyle Undiano trzeba by wysłać na Syberię.
No właśnie, tutaj przejawia się u pana jednak takie spojrzenie stricte promadryckie. Muńiz Fernández jest człowiekiem, który nigdy nie powinien dostać gwizdka do ręki, tym bardziej na poziomie ekstraklasowym. Undiano Mallenco według mnie jest arbitrem z najwyższej półki. Zgadzam się, że w sobotę popełnił błąd w sytuacji, w której Cristiano Ronaldo był popychany w polu karnym. Jedenastka jest bezdyskusyjna. Czasami nadinterpretował pewne sytuacje. Oczywiście w ferworze walki przytrafiały mu się decyzje nie do końca optymalne, ale też twierdzenie, że to było sędziowanie skandaliczne, porównywalne do tego, co wyrabia Muńiz, jest nieuprawnione. Zresztą pamiętam, że zawsze gdy pojawiało się nazwisko Undiano Mallenco, madrycka prasa albo traktowała to neutralnie, albo nawet pojawiały się opinie, że to jest niezły sędzia dla Realu Madryt – zwłaszcza po wygranym Pucharze Króla w 2011 roku. Barcelona natomiast zawsze była antyMallenco, bo twierdziła, że on pozwala na trochę ostrzejszą grę. Na pewno mu te zawody nie wyszły, nie ma go co bronić, to nie był optymalny mecz. Jest to jednak na tyle dobry arbiter, że wysyłanie go do „lodówki” czy gdzieś na Syberię to nie jest dobry pomysł. Natomiast jeśli chodzi o Muńiza, jego już dawno w sędziowaniu być nie powinno. Zresztą w meczu Levante z Espanyolem podyktował rzut karny w sytuacji, gdzie faul miał miejsce dwa-trzy metry przed polem karnym.

Jeśli chodzi o Mourinho, ponownie podgrzał Klasyk. Nie będę go bronił, nie będę go krytykował. To była jego forma funkcjonowania. Ludzie zapominają jednak o jednym – ten antagonizm między Realem Madryt a FC Barcelona był już wiele lat temu. Młodsi kibice już tego nie pamiętają. Wtedy naprawdę dochodziło do skandalicznych sytuacji – plucia, deptania, wymierzanie sobie ciosów, obrywania koszulek i tak dalej. Oczywiście dziś sytuacja tych starć się zmieniła, bo kontekst polityczny jest inny. Barcelona nie walczy z reżimem, nie wspomina czasów po zakończeniu dyktatury i tak dalej. To natomiast są mecze wyjątkowe, specjalne, wszystkie mecze derbowe, a to są Gran Derbi, mimo że nie są z jednego miasta, charakteryzują się temperaturą powyżej pewnej średniej. Oczywiście palec w oku Tito Vilanovy był niedopuszczalny, natomiast budowanie atmosfery wokół El Clásico poprzez mówienie, że wszyscy się kochamy, poklepujemy się po plecach czy całujemy, nie ma sensu. Jeśli relacje między zawodnikami są w porządku, jak u Casillasa i Xaviego czy innych reprezentantów Hiszpanii, to super, nie ma sensu tego podgrzewać. Natomiast jeśli dochodzi do spięcia w ferworze walki, powstają naturalne konflikty w każdym spotkaniu. Klasyk powinien mieć swoją temperaturę, oczywiście wyważoną, ale to nie jest teatrzyk. Regularne poklepywanie się nie ma sensu, bo byłoby to zaprzeczenie historii, tradycji, bo jednak są to mecze dwóch odwiecznych rywali.

Carlo Ancelotti zdecydował się na eksperymenty z Bale’em na środku ataku i Ramosem w środku pomocy. Ani jedno, ani drugie nie wypaliło. Uważa pan, że trener jest głównym winowajcą porażki Królewskich?
Tak, rzadko mi się to zdarza, ale muszę przyznać, że meczu nie przegrał Real Madryt, ale trener Realu Madryt i to chyba na własne życzenie. Może to za daleko idące stwierdzenie, ale przy tak dysponowanej Barcelonie każdy z wyborów taktycznych był zły. Mam wrażenie, że Ancelotti miotał się i koncepcja, którą zaczynał wdrażać, zostaje porzucona. Piłkarzowi nie wyjdą dwa spotkania i Włoch nagle zmienia koncepcję, dowodem tego jest Isco. Postawienie Ramosa na pozycji defensywnego pomocnika było szaleństwem. Byłem przekonany, że zagramy à la Juventus – trójką środkowych obrońców i bardzo ofensywnymi Carvajalem i Marcelo, ale to też wydawało się średnim pomysłem, mając z przodu Ronaldo i Bale’a. Jeśli ktoś ze stoperów miał grać jako defensywny pomocnik, to prędzej oczekiwałbym tu Pepego, który w tej roli bardziej by się sprawdził, bo ma na tej pozycji doświadczenie z klubu i reprezentacji, którego Sergio Ramos nie posiada. Ten mecz przegrał Carlo Ancelotti, a problemów, jakie są przed nim, jest co niemiara. Skład jest ogromny, ale te klocki trzeba jeszcze umiejętnie dopasować. Jeśli wystawiamy na prawej stronie Arbeloę czy Carvajala albo w przyszłości Xabiego Alonso czy Illarramendiego, to nie jest łatwy wybór, bo wszystkie pozostałe klocki muszą być dopasowane do tego. Problem polega na tym, że Real Madryt nie rozegrał do tej pory żadnego dobrego spotkania poza meczem z Athletikiem Bilbao, po którym publiczność skandowała nazwiska Modricia czy Isco, którzy zagrali świetnie. Poza tym gra Realu Madryt jest obecnie na poziomie nieakceptowalnym jak na wymagania klubu na tym poziomie. Z brakiem decyzyjności, powiedzenia „tak, opieram się na tym planie” daleko się nie zajedzie. Z taką grą, bez tego planu, Real Madryt nie wygra z Bayernem czy Borussią i jeśli nic się nie zmieni, szans na dziesiąty Puchar Europy po prostu nie ma.

Katalończycy świętują nie tylko zwycięstwo na Camp Nou, ale także wygraną w okienku transferowym. Neymar był ważną postacią w zespole gospodarzy, Bale z kolei nie sprawiał wrażenia zawodnika gotowego do gry na tym poziomie. Czy według Pana nie za wcześnie na takie świętowanie? Uważa Pan, że Bale jeszcze w tym sezonie wróci do takiej formy, jaką prezentował na White Hart Lane?
Powiem tak – na dwoje babka wróżyła. Mogę przytoczyć sytuację z zeszłego sezonu, kiedy w głosowaniu na najgorszy transfer sezonu wśród czytelników Marki zwyciężył Luka Modrić, zaś na najlepszy Jordi Alba. Chorwat w kilku meczach wiosną zademonstrował wielką i bardzo potrzebną Realowi dyspozycję, która przełożyła się choćby na awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów po golu na Old Trafford. Jest za wcześnie na gdybanie. Neymar płynnie wszedł w gotowy mechanizm. To piłkarz, który od początku pasował do tego systemu, bo ta strona była trochę na siłę przejęta przez Iniestę, zostawiając często środek Xaviemu i Busquetsowi. Odszedł David Villa i przyjście innego gracza operującego w tej strefie to był naturalny ruch. Barcelona buduje kolejną, tym razem lewą, mocną stronę, po której będą grać właśnie Neymar i Jordi Alba bądź Adriano. Transfer Bale’a jest dla mnie kompletnie zagadkowy. Wydanie tak ogromnych pieniędzy na piłkarza grającego na pozycji, na którą są już zawodnicy, to jest według mnie ruch przede wszystkim prezesa, jego prywatna rywalizacja o piłkarza, który uznawany był za jednego z dwóch-trzech najlepszych piłkarzy na świecie, których brakuje w Klasyku. Myślę, że skreślanie Bale’a nie ma sensu. Najważniejsze jest to, by odnaleźć mu pozycję na boisku, ale wpuszczanie go od pierwszego gwizdka, w takim meczu, przeciwko takiemu rywalowi, na takiej pozycji nie miał sensu i było dla mnie kolejnym przykładem, że Ancelotti nie do końca panuje nad tym, co się dzieje. Może się okazać, że Bale, który będzie trenować i systematycznie poznawać tę drużynę, może eksplodować w najważniejszym momencie, choćby wiosną w fazie pucharowej. Jeśli chodzi o transferową politykę, powstaje zasadnicze pytanie – czy Ancelotti jest jej autorem, czy osobą stojącą z boku, której ktoś drużynę układa? Może to zbyt daleko idący zarzut, ale przypominam sobie wypowiedzi Manuela Pellegriniego, który nie chciał piłkarzy, których dostał, za to koniecznie chciał mieć w składzie Robbena czy Sneijdera i ten zespół inaczej budować, tylko Perez z ekipą mu dobrali innych zawodników, bo chodziło o kwestie finansową i marketingową – to było budowanie potęgi finansowej i ekonomicznej, ale niekoniecznie sportowej. To przyniosło taki, a nie inny efekt. Ja, chociaż to może być niecodzienne z perspektywy kibica Realu Madryt, jestem przeciwnikiem Florentino Péreza jako prezesa. Jeśli weźmiemy ogrom nakładów, to, że za jego czasów ściągnięto takich piłkarzy, liczne konflikty między ludźmi Pereza, tak jak między Valdano a Mourinho, to co stało się z Del Bosque. Można to mnożyć, to, jakie decyzje podejmował, jakich trenerów zatrudniał… Tacy szkoleniowcy jak García Remón czy Vanderlei Luxemburgo to jak na standardy Realu Madryt była katastrofa, kolejne zmarnowane sezony i ciągłe marzenia o odbudowaniu potęgi. Trzeba sobie niestety drastycznie powiedzieć, że górą była Barcelona. Real, który wcześniej był wyżej od Barcelony, którego to Barcelona goniła, radował się, kiedy uszczknął Puchar Króla, „tutaj może mistrzostwo, ale nie połączymy tego”, co dla wielkości Realu Madryt to jest sytuacja nie do przyjęcia. Ja jako kibic ligi hiszpańskiej starej daty pamiętam rządy, chociaż jasne, pewnie na kredyt, za czasów Lorenzo Sanza. I jeśli spojrzymy na składy, na trofea, to różnica jest dość znacząca. Nie wydawano po kilkadziesiąt milionów euro. Oczywiście w normalnej drużynie jest tak, że to trener decyduje o zawodnikach, jacy przychodzą czy odchodzą, ale trzeba pamiętać o tym, czy są pieniądze na takiego piłkarza i czy on jest ich wart. Mam wrażenie, że w Madrycie często jest odwrotnie. To, w jaki sposób pożegnano się z Mesutem Özilem, to, w jaki sposób doszło do transferu, to jest dla mnie kompletny brak ładu i składu. Jest decyzja, że pozbywają się Ángela Di Maríi, nie ma słowa o transferze Mesuta Özila, nagle okazuje się, że forma Di Maríi wybuchła, ale ona tak samo szybko może zaraz zgasnąć. To jest bałagan totalny. Mówi się o napastniku, ale nagle stawia się na Benzemę, który gdyby nie to, że jest transferem Péreza, już dawno byłby poza Madrytem. Prezes nie umie się przyznać do błędu. Pół dobrego, królewskiego sezonu z czterech w wykonaniu Benzemy to jest problem Realu Madryt.

Kto według Pana powinien wygrać Złotą Piłkę i jak wyglądałaby pierwsza trójka?
Powiem jednoznacznie. Dla mnie takim piłkarzem jest Franck Ribéry i będę szedł tym tropem. Ani Messi, ani Ronaldo nie zasłużyli w tym sezonie na ten tytuł. To wybitni piłkarze, zawsze problemem jest stawianie ich obok siebie, bo to są zupełnie inne filozofie futbolu. Oni się odnajdują w zupełnie innych schematach, jeden ma swoje zalety, drugi ma swoje zalety, obaj mają też inne wady. W tym roku zdecydowanie na tę nagrodę zasługuje jednak Ribéry. Co do pozostałych miejsc na podium – to kwestia dłuższego przemyślenia. Z Bayernu Monachium można by stworzyć wielką trójkę jak kilka lat temu z Barcelony – wtedy na podium byli Messi, Iniesta i Xavi. Teraz tak samo można komponować trójkę z Bayernu, ewentualnie zastępując jednego z nich jakimś piłkarzem Borussii. Strzelam – na przykład Ribéry plus Philipp Lahm i, zupełny strzał, trzeci na przykład Lewandowski czy Reus. Real Madryt w poprzednim sezonie nie zdobył niczego, Ronaldo w tych największych meczach aż tak nie pomógł. Nie można powiedzieć o nim: „tak, poprowadził Real Madryt do tytułu”, jak zrobił to na przykład Robben w najważniejszych meczach. Piłkarz, który prowadził jakieś tam wojenki potrafił wynieść drużynę na szczyt w decydujących momentach. Tego Ronaldo nie dokonał. Messi jest nieprawdopodobnie regularny, dzięki niemu Barcelona zdobyła mistrzostwo, ale nie był taki istotny w Lidze Mistrzów. Facet, jak i cała Barcelona, nie istniał w meczach z Bayernem Monachium. Wiadomo jednak, że głosujący kierują się czasem liczbą trofeów, czasem liczbą bramek i dlatego na przykład wygrywa pan X. Inni z kolei uważają, że jednym z najlepszych jest pan Y, ale zdobył jakieś trofea i to on jest na pierwszym miejscu.

Całkiem dobrą zmianę dał według mnie Asier Illarramendi. Czy druga połowa w wykonaniu Baska to jest ten poziom, który zadowoli kibiców Realu Madryt? Czy fani mogą liczyć na jeszcze lepszą grę środkowego pomocnika?
Jeśli Real Madryt ma toczyć boje z najlepszymi drużynami świata, to Illarra musi dawać więcej. Wiem, ze na tle słabej pierwszej połowy nagle urósł w oczach wszystkich, ale to jest piłkarz zaledwie poprawny. To nie jest piłkarz zdolny, nie był takim w Realu Sociedad, nie jest kreatywny. Powiem szczerze, że zdecydowanie wyżej cenię Casemiro, chociaż widziałem go w dosłownie dwóch meczach o punkty. Ma świetny przegląd pola, dobrze odbiera piłkę, robi to czysto, sprawnie, pojawia się tam, gdzie pojawiać się powinien i już pierwszym podaniem potrafi dobrze rozegrać piłkę. Illarramendi jest dla mnie zawodnikiem, który umie załatać dziurę, walczy, poświęca się, który wykonuje czarną robotę, której nie jest w stanie wykonywać teraz wyżej przesunięty Sami Khedira, który obecnie z rolą defensywnego pomocnika nie ma wiele wspólnego. Nawet Andrzej Twarowski, który Illarry nie ogląda na co dzień, był wręcz załamany. Powiedział, że jeśli to jest piłkarz wart 30 milionów euro, to on czegoś nie rozumie w piłce nożnej. Może to wypowiedź skrajna, ale też wiele mówiąca. Wiem, że to jest poprzeczna bardzo wysoko zawieszona, ale Illarramendi musi iść śladami Javiego Martíneza, Bastiana Schweinsteigera czy İlkaya Gündoğana‎. To musi być zawodnik kreatywny, to nie są czasy Paula Ince’a, który odbierał, a dalej z piłką radził sobie Paul Gascoigne. To musi być piłkarz zupełnie innej jakości. Sociedad grał dwójką typowych defensywnych pomocników – Illarra i Markel Bergara. Wystarczyło, że w miejsce jednego z nich wstawiło się Zurutuzę czy Pardo i ta kreacja była o wiele większa, miała więcej jakości. Illarra to oczywiście piłkarz przyszłościowy, warto na niego stawiać, ale musi się jeszcze bardzo, bardzo dużo uczyć, na przykład od Xabiego Alonso. Nie ma jednak gwarancji, że osiągnie odpowiedni poziom. Na pewno nie jest na dziś warty 30 milionów euro, bo to była kwota po prostu astronomiczna. Jeśli Isco też jest warty 30 milionów euro, to przepraszam, ale dla mnie ktoś tu coś źle policzył.

Czego brakuje Realowi Madryt, jeśli chodzi o personalia? Mówi się o nowym napastniku, wymieniany jest Falcao i jego tajemnicza klauzula z Monaco, Robert Lewandowski, którego może jednak nie chcieć w Bayernie Guardiola. Benzema na razie nie spełnia oczekiwań i mówi się, że w kolejnym sezonie do Madrytu zawita właśnie napastnik z topu.
Benzema to nie jest piłkarz, który gwarantuje gole i równą formę. Jeśli chodzi o atak, możliwe, że to będzie Luis Suárez. Álvaro Morata wnosi dużo jakości, entuzjazmu, ale nie ma jeszcze doświadczenia, więc trudno oczekiwać, że zacznie strzelać gole na zawołanie i publiczność na Santiago Bernabéu powie: „zobacz Ancelotti, to my mieliśmy rację, a ty się nie znasz”. Nie, nie, to takie proste nie jest. Uważam jednak, że stawienie na dwójkę Morata-Jesé to jest bardzo dobry kierunek. Ten drugi to zresztą według mnie piłkarz o jeszcze większym potencjale niż Morata i jego pozbycie się byłoby wielkim błędem. Ba, to piłkarz o być może nawet większym potencjale niż Juan Mata. Jeśli chodzi o pozostałe pozycje, wszystkie są dublowane, jest w kim wybierać. Dla mnie idealnym rozwiązaniem byłoby zostawienie Özila. Ancelotti miałby „potrójność” wyboru. Modrić, który możę grać na „10”, Isco, który gra bliżej lewej strony, podobnie jak Santi Cazorla i wreszcie Mesut Özil. Dziś jego funkcje może poniekąd przejąć Di María, ale z drugiej strony, tak jak mówiłem, jego forma tak jak wybuchła, zaraz może zgasnąć. Równie dobrze za dwa miesiące można orzec, że pierwszym na ławkę albo nawet do sprzedania jest właśnie Argentyńczyk. Nie rozumiem natomiast, dlaczego tak ignorowany jest Fábio Coentrão, bo według mnie jest o wiele skuteczniejszy, ambitniejszy i waleczniejszy niż Marcelo, chociaż to Brazylijczyk gra bardziej efektownie. Pamiętam Klasyk z 2011 roku i tam praca wykonana przez Coentrão była nieprawdopodobna. On potrzebuje zaufania, bo bez tego piłkarz nie jest w stanie prezentować pełni umiejętności. To samo powiedział niedawno Khedira. Jeśli przy każdym niepowodzeniu są pierwszymi do odstrzelenia, to piłkarz może to odczuć. Psychika to może nawet połowa sukcesu. Moim zdaniem Coentrão daje więcej drużynie, natomiast Marcelo popełnia czasem wielbłądy w defensywie i musi go asekurować Sergio Ramos, który czasem popełnia pięć fauli w jednym momencie. Kolejny problem to Diego López i Iker Casillas. To problem, którego nie można rozwiązać. Dziś każdy powie, że Diego López powinien bronić, chociaż uważam, że przy drugiej bramce mógł się lepiej zachować. Rozmawiałem nawet z Jerzym Dudkiem, który jak przychodził do Madrytu, słyszał od piłkarzy pokroju Ruuda Van Nistelrooya, że to nieprawdopodobny bramkarz, niesamowity i w każdym innym klubie broniłby w pierwszym składzie i byłby gwiazdą. Mimo że mógł być lepszy na treningach, bronił Iker Casillas. Nie oznacza to oczywiście, że Casillas to słaby bramkarz, wręcz przeciwnie, to bramkarz wybitny, który wraz z Buffonem wyznacza epokę ostatnich 20 lat. To wielki problem i nie wiem jak to będzie wyglądało. Może się okazać, że Casillas straci cierpliwość, spakuje zabawki, a López straci formę i Real zostanie w takiej sytuacji, w jakiej za chwile znajdzie się Barcelona, czyli bez bramkarza. Kłopot bogactwa czasami niestety przeszkadza, w Madrycie przeszkadza. Ancelotti nie ma planu. Nie umie powiedzieć: „panowie, stawiam na takich piłkarzy, rywalizacja trwa, ale na dziś dla mnie numerem jeden tutaj jest Carvajal, tam Di María, a tam na przykład Marcelo czy Isco”. Dziś tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Rotacja trwa permanentnie. Nie ma gradacji, nie wiadomo kto jest numerem jeden. Tak to niestety wygląda z punktu widzenia sympatyków Realu Madryt.


W świetnej formie od początku sezonu jest Atlético Madryt, które wygrało też na Bernabéu i postawiło się Barcelonie w Superpucharze. Drużyna Simeone jest w stanie przetrwać w takiej formie do końca sezonu i przerwać hegemonię Realu Madryt i Barcelony?
Powiem szczerze, że kiedy osiągali nadspodziewanie dobre wyniki, twierdziłem, że to sufit. Okazało się, że ta drużyna może zrobić jeszcze więcej. Wielka w tym zasługa metamorfozy psychicznej, tego, co zrobił Diego Simeone i eksplozji formy takich zawodników jak Arda Turan, Koke czy Diego Costa. Dyspozycja tego ostatniego nie jest zresztą dla mnie żadną niespodzianką, ponieważ dla mnie piłkarsko jest nawet lepszy niż Falcao. W zeszłym sezonie twierdziłem, wciąż zresztą się tego trzymam, że właśnie Costa jest ojcem sukcesów Atlético niż w mojej ocenie troszkę przereklamowany Kolumbijczyk. Problem polega na tym, czy ta drużyna jest fizycznie w stanie przez cały sezon być w takiej formie. W zeszłym sezonie wiosną wszystko zaczęło się sypać. Trzeba dokonać wyboru – czy odpuszczamy puchary i gramy w lidze, czy odwrotnie. Moim zdaniem kołderka, czyli ławka rezerwowych, jest trochę za krótka, mimo obecności takich piłkarzy jak Raul Garcia. W zeszłym sezonie przegrywali z gigantami, a w tym już postawili się Barcelonie i ograli bezdyskusyjnie Real Madryt. Narzucili rywalowi swój styl gry, co na Bernabéu bardzo rzadko zdarzało się nawet Barcelonie. Cieszę się, bo mamy wreszcie alternatywę. To dowód na to, że wybitny trener, a za takiego musi uchodzić Simeone, potrafi z przeciętnych piłkarzy, ewentualnie z tych, których sam wykreował na gwiazdy, stworzyć zespół. Drużyna traciła takie gwiazdy jak Kun Agüero, Diego Forlán czy teraz Falcao i nie kupuje wybitnych graczy, ale takich jak Léo Baptistão z Rayo. Na razie wielkim wzmocnieniem nie jest co prawda Villa, ale nie wiadomo czy za dwa miesiące to on nie będzie motorem napędowym zespołu. Jest zespół, który może skończyć z przynudnawym duopolem i oby ta trójka jak najdłużej walczyła o mistrzostwo. Atlético jest nadzieją, by przewaga pierwszej drużyny nad kolejnymi nie miała 15 punktów. Oby w tym roku do ostatniej kolejki trzy drużyny walczyły o tytuł. Tego życzyłbym sobie jako neutralny kibic ligi hiszpańskiej.

ROZMAWIAŁ: Maciej Leszczyński (@MatijaPL na Twitterze)

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!