"Jose Mourinho co rusz wyciąga podwładnych na długie, indywidualne pogawędki i z każdym, z kim to możliwe, rozmawia w jego ojczystym języku. Tylko wtedy bowiem, jak sam twierdzi, jest w stanie nawiązać z piłkarzem naprawdę intymny kontakt, tylko wtedy piłkarz jest w stanie precyzyjnie przekazać, co czuje i czego potrzebuje, tylko wtedy obaj interlokutorzy są w stanie budować między sobą silną więź.
A ponieważ Mourinho zna biegle aż pięć narzeczy - angielskie, francuskie, hiszpańskie, portugalskie i włoskie - to żadnym klubie nie wpada na wielu graczy, których musi pytać, jaki język uważają za swój „drugi”. W szerokiej kadrze Realu Madryt pełnego komfortu nie ma tylko na spotkaniach z Niemcami Khedirą i Ozilem oraz naszym Dudkiem.
Myślałem o tej jego językowej giętkości, gdy patrzyłem - jednym okiem, drugim podglądałem oczywiście Podbeskidzie - jak piłkarze z Madrytu zrównują z murawą drużynę Lyonu, od lat Real prześladującą. Piłkarze bezlitośnie agresywni i wygłodniali triumfu, w niczym nie przypominający samych siebie sprzed kilku tygodni (Karim Benzema) albo samych siebie sprzed sezonu (cały zespół). Nie wiem, czym ich trener uwodzi, ale zaczynam podejrzewać, że jego ludzie rzeczywiście biegają z rozszerzonymi źrenicami i w ogóle wyostrzonymi wszystkimi zmysłami. Tylko czasem Portugalczyk dociera do nich drugim sezonie (Inter), a czasem w pierwszym (Real?)" - pisze na blogu Rafał Stec.
Ile światów podbije Mourinho
Felieton redaktora Rafała Steca
REKLAMA
Komentarze (32)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się