REKLAMA
REKLAMA

Buesa Arena wreszcie podbita!

Real Madryt wygrywa w meczu na szczycie
REKLAMA
REKLAMA

Choć mecz nie potoczył się po myśli Realu Madryt i to przeciwnicy byli bliżsi zwycięstwa jeszcze na kilka minut przed końcem, koszykarze Ettorego Messiny zaliczyli udaną remontadę, w szalony sposób odnosząc sukces i zachowując pozycję lidera na święta.

Nerwowa, słabo poukładana koszykówka była z początku dominującą. Koszykarze za bardzo chcieli, a za mało im wychodziło. Ponad wszystkich wyrastał Felipe Reyes, niezwykle aktywny pod obręczami. Z drugiej strony wyróżniał się Pape Sow, jeszcze nie tak dawno straszący nas w barwach Alicante.

Słabsza dyspozycja kolegów doprowadziła do tego, że Felipe trafił za trzy, co jest widokiem niezwykle rzadkim. Nasz kapitan rozszalał się, w ciągu dziesięciu minut gromadząc na koncie dwanaście punktów (17:22).

Sprawy skomplikowały się w drugiej kwarcie. Kilka błędów, niecelnych rzutów, zamieszanie w obronie, rozegranie się Stanka Baracia i goście mieli już osiem punktów na minusie (30:22). Real Madryt daleki był od koncertowej gry, a sytuację ponownie ratował Felipe.

Obawy wśród madridistas przed drugą połową były w pełni uzasadnione. Gdyby po wyjściu z szatni ich zespół odpuścił, prawdopodobnie byłoby po meczu. Real Madryt zaskoczył pozytywnie – w kilka minut odrobił straty i doprowadził do remisu (38:38). Po chwili Felipe wyprowadził ich na prowadzenie i to rywale znaleźli się pod ścianą (choć nie tak wysoką, jak jeszcze przed przerwą goście).

Ścianę tę, własnymi rękoma, zburzyli sami Los Blancos. Zabrakło zawodnika, który pociągnąłby grę drużyny w ataku. Wydawało się, jakby wszyscy uciekali od piłki. Poprawiło się po wejściu Sergio Rodrígueza i Sergio Llulla. Imiennicy zagwarantowali szybką grę z kontr, czyli to, co Madryt bardzo sobie w tym sezonie upodobał, a czego w tym spotkaniu zabrakło. Kwartę zakończył Carlos Suárez, trójką redukując straty do jednego punktu (50:49).

Po pierwszych minutach ostatniej części wydawało się, że szaleństwo i łakomstwo znów wygra z rozwagą. Koszykarze Baskonii, zgłodniali pod względem punktów z dystansu, pokusili się o trzy trójki z rzędu, natomiast Real Madryt potrafił odpowiedzieć „jedynie” udanymi penetracjami Rodrígueza i Llulla. Różnica w sposobie atakowania, różnica na tablicach (63:57).

Dwa trafienia później Królewscy rozpoczęli wielkie odrabianie. Dzięki dużej dozie szczęścia i rozkojarzeniu rywali, koszykarze z Madrytu zdobyli dziesięć punktów z rzędu i na dwadzieścia sześć sekund przed końcem objęli prowadzenie, po niesamowitej trójce Claya Tuckera. Końcowe kilkanaście sekund trwało niespełna dziesięć minut, lecz seria rzutów osobistych tylko utwierdziła w przekonaniu, że Real Madryt tego zwycięstwa już nie odda.

Bohaterami dwójka koszykarzy, wychowana przez Estudiantes: Felipe Reyes i Carlos Suárez. Obaj pokazali ducha walki, ani przez chwilę nie zrażając się ani faulami, ani słabym wsparciem partnerów z drużyny.


67 – Caja Laboral (17+21+12+17): Logan (7), Ribas (8), San Emeterio (3), Teletović (18), Barać (19) – Huertas (2), Oleson (2), Sow (6), Bjelica (2).

72 – Real Madryt (22+9+18+23): Prigioni (2), Llull (7), Suárez (15), Reyes (21), Fischer (12) – Rodríguez (6), Tucker (5), Tomić (4), Garbajosa (-), Vidal (-), Mirotić (-).

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (19)

REKLAMA