Menu
Vesna / RealMadryt.pl

Skromna wygrana i fotel lidera

Mecz 5. kolejki Ligi Mistrzów

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Dwa tygodnie temu ograliśmy u siebie Alcorcón w stosunku 1:0. W zeszły weekend takim samym wynikiem zakończyło się starcie z Racingiem. I dzisiaj jesteśmy zwycięzcami, ale znów drużyna wykonała plan minimum – pilnowała, abyśmy mieli na koncie o jedną bramkę więcej niż rywale. Podobnie jak w sobotę, do siatki trafił Gonzalo Higuaín, nawet w podobnym momencie. Przewagi Królewskich nie można podważyć, a w obliczu remisu Milanu z Marsylią i awansu Los Blancos na szczyt tabeli, brak skuteczności schodzi na dalszy plan.

Nie wyobrażałam sobie scenariusza innego niż ten zakładający triumf gospodarzy i wiele wskazywało na to, że z podobną wizją w głowach wyszli na murawę gracze ze Szwajcarii. Głównie ich nieśmiałej i słabej postawie zawdzięczamy tak bezstresowo zdobyte trzy punkty. W pierwszej odsłonie często zamykaliśmy ich na połowie boiska, raz za razem szturmując bramkę. Po dwudziestu minutach za sprawą Gonzalo Higuaina wyszliśmy na prowadzenie, kilka chwil później Leoniego testował Xabi Alonso, a później w słupek trafił Marcelo. Okazji do pokonania golkipera Zurychu nie brakowało, ostatniego podania lub skuteczności – i owszem.

Po powrocie na drugą połowę goście przez dosłownie kilka minut próbowali udowodnić, że potrafią grać ofensywnie albo przynajmniej chcą z bliska zobaczyć Casillasa, który po raz setny wystąpił w Lidze Mistrzów. Podobnie jak przed przerwą ambicje szybko ich opuściły, a jedynym zawodnikiem, który stanowił choć drobne zagrożenie dla Królewskich, był Alphonse. Los Merengues niezmiennie i na nieskończoną ilość sposobów forsowali obronę Szwajcarów, ale efekty były porównywalne do tych z potyczki przeciw Racingowi.

Publiczność na Santiago Bernabéu przebudziła się raptem dwa razy – przy trafieniu Gonzalo oraz wejściu na murawę Cristiano Ronaldo. Na dwadzieścia minut przed końcem na boisku pojawiło się bożyszcze tłumów, niecierpliwie wyczekiwany Portugalczyk. Już chwilę później pokazał, że nie stracił szybkości, gorzej jednak wychodziły mu dryblingi, ale do niedzieli zdąży nad tym popracować. W samej końcówce mógł zresztą wpisać się na listę strzelców, jednak zabrakło wprawy.

Generalnie zawodnicy zagrali dobre zawody, ciężko postawić komuś ocenę poniżej średniej. Ładną asystę zanotował Kaká, jak zwykle aktywny i pożyteczny był Marcelo, naprawdę krzywdą dla drużyny jest wystawianie go w obronie, przyzwoicie zaprezentował się duet ze środka pola - Lass i Xabi. Niby w porządku, ale niedosyt przed Gran Derbi pozostaje.

Real Madryt: Casillas; Sergio Ramos, Pepe, Albiol, Arbeloa (Van der Vaart, min. 56.); Lass, Xabi Alonso; Marcelo, Kaká (Granero, min. 90.), Raúl (Cristiano, min. 71.), Higuaín.

FC Zürich: Leoni; Stahel, Barmettler, Tihinen, Koch; Gajic (Vonlanthen, min. 77.), Aegerter, Rochat, Djurić (Schönbächler, min. 89.); Margairaz, Alphonse (Mehmedi, min. 87.).

Bramki:
1:0, min. 21.: Higuaín - UploadMirrors

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!