Spacer wokół Estadio Santiago Bernabéu w dniu meczu to nader pouczające doświadczenie. Poprzedniego wieczora otaczające stadion ulice były ciche i spokojne, jeśli nie liczyć normalnego ruchu samochodów i pieszych. Wczoraj zaś od rana – co w tych okolicach oznacza godzinę mniej więcej dziesiątą – zaczęły jak spod ziemi wyrastać prowizoryczne stoiska z gadżetami dla kibiców, i to nie tylko gospodarzy. Dominują oczywiście flagi i szaliki, ale handlarze mają też na stanie koszulki, breloczki i popielniczki. Co bardziej szaleni kibice – a w Iberii czy Italii o takich nietrudno – mogą nawet kupić seksowną (choć nie najwyższej jakości) bieliznę dla swoich żon, dziewczyn i kochanek, a jeśli akurat zawieruszył się tu jakiś Katalończyk, bez trudu znajdzie jak najbardziej koszerną pod względem treści flagę FC Barcelona.
A tego, że trafili tu jacyś obywatele Comunidad Autónoma de Cataluńa , jestem pewny z co najmniej dwóch powodów. Jeden to moje spotkanie w metrze, o którym już wspominałem, drugi zaś dowód dostałem na papierze. Z nagromadzenia ludzi wokół stadionu korzystają przedstawiciele wszelakich organizacji i stowarzyszeń charytatywnych. Sam wsparłem finansowo tutejszą organizację działającą na rzecz głuchoniemych, a zrobiłem to nie tyle z dobrego serca, co z chęci przyjrzenia się liście ofiarodawców. I faktycznie, mój podpis – wraz z nazwą miasta, w którym mieszkam – znalazł się pod autografami ludzi z Madrytu i Mediolanu, ale także Rzymu, Paryża i Barcelony właśnie, a przy tym kilku pomniejszych hiszpańskich miast. Urocza wolontariuszka potwierdziła, że wszystkie te datki zebrała właśnie pod Santiago Bernabéu, ale jej koleżanki spotkałem dziś jeszcze w kilku innych miejscach, między innymi pod Królewskim Ogrodem Botanicznym.
Na marginesie, jeśli kiedyś będziecie mieli okazję go zwiedzić, skorzystajcie. Nie jest to drogie – ledwie dwa euro – nie musi też zająć dużo czasu, a pozytywne wrażenia gwarantowane. Nie należę do ludzi, którym imponuje piękno świata roślinnego, a jednak niecała godzina, którą tam spędziłem, okazała się wyjątkowo udaną inwestycją we własne samopoczucie.
Wróćmy jeszcze pod stadion. Oprócz przejawów handlowej zaradności Hiszpanów – której przejawem są nie tylko owe stragany, ale i sprzedawcy biletów „z drugiej ręki” czyli koniki wołający (nawet do stojących w kolejce do kasy!) „tickets for football?” – można też na własne oczy zobaczyć, jak kreowana jest rzeczywistość medialna. Oto z metra wychodzi grupka kibiców Milanu przyodzianych w klubowe barwy. Młode chłopaki, zachowują się spokojnie, choć bez przesadnej nieśmiałości. Podchodzi do nich człowiek ciągnący za sobą kamerzystę i jeszcze jednego faceta. Milaniści rozmawiają z nim przez chwilę, potakują głowami, po czym zawracają do tunelu. Dali się spłoszyć? Zostali obrażeni?
Nic z tych rzeczy. Kilkanaście sekund później wracają po schodach na powierzchnię, ale tym razem z klubowymi przyśpiewkami na ustach oraz wyeksponowanymi szalikami i flagami. Kamerzysta oczywiście wszystko filmuje. I jak tu wierzyć mediom?
RealMadryt.pl w Madrycie: Zmysł do interesów
Jak będę duży, też zostanę konikiem
REKLAMA
Komentarze (17)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się