Menu
Qras / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Katalonii: Środa dla Madrytu

<em>Manita</em> Realu, problemy Pepa G. i o tym, co śmierdzi w Katalonii

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Katalonia wita człowieka zapachem... gnoju. Ten specyficzny zapach unosi się w powietrzu wszędzie poza miastami i wybrzeżem Costa Brava. Najszybciej uderza w nozdrza, na przykład tuż po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Gironie.

Kilka miesięcy temu, w zimie tego roku, gościłem kilku znajomych Szwedów, którzy często podróżują po Europie. Zgodnie twierdzili, że po wylądowaniu na warszawskim Okęciu pierwszy zapach, jaki daje się wychwycić, to zapach dymu z domowych kominów, z pieców ogrzewanych węglem. To zapach charakterystyczny dla krajów byłego bloku wschodniego tak bardzo, że po wylądowaniu w obojętnie którym mieście byłych demoludów natychmiast czuć, po której stronie dawnego muru berlińskiego jesteś.

A w Katalonii śmierdzi gnojówką. Przyczyna jest prosta - druga połowa sierpnia to czas nawożenia pól uprawnych, które urodziły już, co swoje, wydały plony i muszą zostać zasilone, aby za rok utrzymać wydajność. A nawóz, produkowany przez bydło głównie, jest nie tylko naturalnym, ale i jednym z najbardziej wartościowych, o czym można się przekonać, przejeżdżając we wrześniu przez Polskę choćby, gdzie gnojowy zapach jest również mocno obecny, ilekroć opuścić miasto na rzecz terenów poza nim.

Tyle tytułem wprowadzenia, przejdźmy do tematów bardziej sportowych, niż lanie gnojówki na pola.

W pirenejskim miasteczku Sant Joan de los Abadesses, urokliwie położonym między zalesionymi szczytami gór, oglądam mecze Realu Madryt z Borussią Dortmund i Barcelony z Manchesterem City. W barze Metro, o którym niedawno pisałem. Mecz Realu Madryt nie przyciąga wielu kibiców. W zasadzie oglądam ja i jeden, dwóch innych gości baru, którzy akurat wolą siedzieć wewnątrz, niż na gęsto zaludnionym placu przed barem.

Atmosfera rozkręca się dopiero w drugiej połowie, gdy nadciągają kibice Barcelony, a i zjawia się jeden z kilkudziesięciu w tym katalońskim miasteczku kibiców Realu Madryt, Xavi. Oklaskując kolejne bramki Królewskich, ostentacyjnie demonstrujemy, że wcale nie jesteśmy zadowoleni z gry zespołu, że chłopaki grają tak sobie, na góra trójkę z plusem, że Cristiano jeszcze jakiś taki nieswój (co, akurat, jest prawdą) i w ogóle nie ma się nad czym rozwodzić. Kibice Barcelony powstrzymują się od komentarzy, co, samo w sobie, jest wystarczającym komentarzem.

Spotkanie pomiędzy Barceloną a tym uboższym w sukcesy Manchesterem, rozpoczyna się tuż po niemieckiej manicie Realu. Oczekiwania są ogromne, ubiegły sezon rozbudził apetyty cules, przyjście Ibrahimovicia, jedynej odpowiedzi na wielkie transfery Realu, tylko rozbudzone oczekiwania podsyciło.

Guardiola zaczyna jednak spotkanie składem mocno rezerwowym, bez choćby jednej gwiazdy w ataku, a młodzież ze szkółki La Masia prowadzić do boju ma Gudjohnsen. Personalne decyzje trenera spotkały się zresztą ze sporą krytyką w Katalonii, tym bardziej, że stosunkowo prestiżowy mecz o Puchar imienia legendy klubu Barça przegrała. Kibice wyrażali oburzenie tym, że słono płacąc za bilety (jeden z kelnerów z baru Metro, członek penyi Barcelony w Sant Joan, za bilet na miejsce pod dachem zapłacił 80 euro), zobaczyli zawodników z Barcy B. Doszło do tego, że Guardiola został zmuszony do otwarcia dla nieusatysfakcjonowanej publiczności czwartkowego, pomeczowego treningu drużyny, który początkowo miał mieć status zajęć zamkniętych.

Wieść niosła, że Pep podobno osobiście otwierał publiczności bramy boiska treningowego. Tak słyszałem, nie widziałem, nie potwierdzę.

Wracając do meczu, odnotować należy debiut Ibrahimovicia w drugiej połowie i dobrą, choć nieskuteczną postawę gospodarzy. Anglicy Katalończyków ograli sposobami najprostszymi z możliwych.

Jakie jest ulubione słowo kibiców Barcelony? Falta! Rzeczoną "faltę", czyli faul, widzą wszędzie, przy niemal każdym dotknięciu piłkarza FCB przez rywala. Gdyby pole karne przeciwnika rozciągało się na całą jego połowę, drugim ulubionym słowem byłoby penalti. Na szczęście, w ten sposób mecz komentują co młodsi kibice w barze, typowe, rozkrzyczane viska-dzieci wieku gimnazjalnego i szkoły średniej, które przeżywają burzę hormonów równie silną, co w hormonalnych odżywkach, jakimi jeszcze niedawno faszerowany był Messi. Stół tuż za mną jest równie głośny, co bezproduktywny.

Starsi kibice spotkanie i porażkę Barcelony komentują ze spokojem podszytym zawiedzeniem i rozchodzą się do domów dziwiąc się, że "Madryt wygrał aż 5:0". A ja dochodzę do wniosku, że powinienem częściej oglądać mecze Realu i Barcelony w barze w Sant Joan. Dopiero co widziałem dwa, a Real już do przodu, a Barça na tarczy.

Ogłoszenie o wyjeździe na mecz o Puchar Gampera organizowanym przez penyę Barcelony w Sant Joan

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!