Menu
/ RealMadryt.pl

Stefan Szczepłek specjalnie dla RealMadryt.pl!

Legenda polskiego dziennikarstwa sportowego o Realu i nie tylko

Pana Szczepłka nikomu w futbolowym światku nie trzeba przedstawiać. Redaktor „Rzeczpospolitej” może pochwalić się bodaj największym zbiorem książek o tematyce piłkarskiej w Polsce. Jak nikt inny potrafi również opowiadać o piłce – z pasją, z rozrzewnieniem, z błyskiem w oku. Przenieśmy się zatem w ten romantyczny świat futbolu. Świat Stefana Szczepłka.

Uchodzi pan za posiadacza jednej z największych kolekcji poświęconych piłce nożnej w Polsce.
Zbieram wszystko, co dotyczy piłki, przede wszystkim koszulki. Mam ich ponad czterysta i są to koszulki oryginalne, które dostałem od piłkarzy. Gdy mam możliwość, zbieram na nich autografy. Poza tym kupuję książki poświęcone piłce nożnej. Są wśród nich bardzo cenne pozycje, jak słynne roczniki futbolu z Anglii, których mam wszystkie 39 numerów. Kolekcjonuję też programy meczowe, bilety i wiele innych rzeczy, na pozór nie mających nic wspólnego z piłką nożną. Jest ich tak dużo, że powoli nie mieszczą mi się w mieszkaniu, dlatego przekazuję je mojemu synowi. Wszystkie te pamiątki mają dla mnie wartość sentymentalną i nie ma szans, żebym komuś je sprzedał.

Zapewne wiąże się z nimi wiele ciekawych historii.
Oczywiście. Jedna z nich przydarzyła mi się, gdy w 2005 roku do Polski z reprezentacją Azerbejdżanu przyjechał Carlos Alberto Torres, kapitan mistrzów świata z 1970 roku. Gdy prowadził trening na stadionie Legii, podszedłem do niego z koszulką Brazylii, programem FIFA z tamtych mistrzostw, którego nie można było kupić, i z biletem z finału MŚ ‘70. Gdy zobaczył ten bilet, w jakiejś odległej Polsce i gdy jeszcze zacząłem opowiadać, jak pamiętam go z meczu na Stadionie Dziesięciolecia, to zaczął płakać. Miałem tak zresztą wielokrotnie, zwłaszcza z koszulkami. Po meczu z Austrią we Wiedniu w 2004 roku poszedłem na konferencję prasową. Trenerem Austriaków był wtedy Hans Krankl. Były piłkarz był wtedy załamany, wszak przegrał mecz u siebie, a gdy poprosiłem go o autograf na jego koszulce, w której grał przeciwko Polsce, całkowicie zmienił się na twarzy, bardzo się rozchmurzył. Podobnie było z Franzem Beckenbauerem. Byłem w Zurychu, kiedy Niemcom została przyznana organizacja mistrzostw świata w 2006 roku. Beckenbauer, jako szef niemieckiej federacji, był wtedy w centrum wydarzeń, wszyscy dziennikarze wręcz się na niego rzucili. Pomyślałem sobie, że nie mam szans, żeby się do niego dostać. Stanąłem w pewnej odległości od niego, na wprost, i pokazałem mu jego koszulkę, w której zmierzył się z Polakami na Stadionie Dziesięciolecia. Franz to zauważył, odtrącił wszystkich reporterów i podszedł do mnie z zapytaniem, skąd mam tę koszulkę, a cała wataha dziennikarzy i kamerzystów skierowała się na mnie. Tych historii jest tak dużo, że już nawet nie wspominam o butach Jurka Dudka czy rękawicach Łukasza Fabiańskiego.

Podobno w swoich bogatych zbiorach związanych z piłką nożną ma pan korek z szampana, którego pili Roberto Carlos z Zinedine'em Zidane'em po zwycięskim finale Ligi Mistrzów w 2002 roku.
Zawsze korzystam z możliwości wejścia po meczu na boisko. Teraz nie chcą już na nie za bardzo wpuszczać, ale jak kończę pisać sprawozdanie z meczu jakąś godzinę po końcowym gwizdku, to zazwyczaj jest taka szansa. Po finale mistrzostw Europy w Portugalii udało mi się to. Przeszedłem się przez całe boisko, podszedłem do punktu, skąd wykonuje się rzuty karne, z którego David Beckham fatalnie przestrzelił „jedenastkę” w ćwierćfinale z gospodarzami. Usiadłem sobie na ławce rezerwowych w tych niesamowicie wygodnych fotelach. Inaczej się to wszystko wtedy przeżywa, człowiek czuje się częścią piłkarskiego widowiska. Na podobnej zasadzie wszedłem do szatni Realu po finale Ligi Mistrzów na Hampden Park w Glasgow. Wszystko się tam wtedy walało – puste butelki, opatrunki, korki od szampanów, odżywki, które piłkarze piją po meczu. Oczywiście nikomu nie udowodnię, że to jest korek z szampana, z którego pili Carlos i Zidane, ale ja to wiem i nikt mi tego nie zabierze. Wiem, że wychodzę na dziwaka, bo jestem stary, a mówię o tym jak dzieciak, ale to jest moja pasja, to, co mnie fascynuje.

Z tego, co wiem, pana idolem jest Alfredo di Stéfano.
Przede wszystkim kocham się w piłce brazylijskiej. Jak to ja mówię, jestem z kościoła brazylijskiego. Wiąże się to z czasami mojego dzieciństwa, bo wtedy zaczynał Pelé. Dlatego też moim pierwszym rozumem ogarniałem Brazylię Pelégo i Garrinchy. To uczucie było tym większe, że nie było możliwości obejrzenia jej meczu, co z kolei bardzo działało na wyobraźnię. Brazylijczycy byli wtedy dla mnie legendami, wydawało mi się, że wszystko potrafią. Natomiast nigdy jakoś przesadnie nie zachwycałem się piłką argentyńską, a niemieckiej wręcz nie cierpię, bo jest bardzo toporna, ale cenię ją za skuteczność. Podobny stosunek mam do Włochów, którzy wychodząc na boisko, już się cieszą, bo można bronić bezbramkowego rezultatu.

Wracając do di Stéfano...
Moje osobiste spotkanie z moim idolem było swego rodzaju rozczarowaniem. Czekaliśmy w Nowym Jorku na samolot do Europy po mistrzostwach świata w 1994 roku. Mieliśmy dużo czasu, ale ciężko nam się było porozumieć. Nie dość, że don Alfredo słabo mówił po angielsku, to w dodatku upił się z obawy przed lataniem.

Naprawdę frapujące historie. Czy będąc małym chłopcem, wierzył pan, że kiedyś będzie miał do czynienia z wielkimi postaciami futbolu?
Marzyć – marzyłem, ale nie miałem zielonego pojęcia, że to mnie spotka. Mnie było o tyle łatwiej i te marzenia były takie bardziej realne, bo mniej więcej od dziesiątego roku życia chodziłem na wszystkie możliwe mecze i zawody lekkoatletyczne. Można było kupić bilety w niskiej cenie albo wchodziło się ze starszą osobą. Poza tym nie było fotelików na trybunach, można było się ścisnąć w razie potrzeby. Zbierałem też autografy i w związku z tym rzeczywiście mogłem tego piłkarza czy lekkoatletę dotknąć. Myślałem sobie wtedy: „Kurczę, jak ja będę dziennikarzem, to ja z nim jeszcze pogadam”. I dlatego uważam się za szczęśliwego człowieka, bo spełniły mi się marzenia, w które całe życie marzyłem.

Czasy studenckie wspomina pan z równie wielkim rozrzewnieniem?
Skończyłem nauki polityczne na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie grałem w reprezentacji uczelni. Studia to był piękny, a zarazem ciężki okres, bo to były czasy marca ’68. Cały czas grało się w piłkę, nie piło się w ogóle, nie paliło. A już na pewno ja tego nie robiłem, bo wmawiałem sobie, że dzięki temu będę grał jak Pelé. Co było z mojej strony dużą naiwnością. Chodziło się na Legię, bo Polonia była w III lidze. Nie obchodziło nas to, że to był klub wojskowy, gdy przyjeżdżały kluby ze Śląska krzyczeliśmy „śmierć hanysom”. Teraz wspominam to ze śmiechem, bo mam wielu przyjaciół ze Śląska. Podobnie z innych stron kraju. Piłka zbliża do siebie ludzi.

Dziękuję za rozmowę.

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!