Menu
dziobo / RealMadryt.pl

Fiesta polskiego madridismo

Relacje ze spotkań kibiców z okazji meczu z Barceloną

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Na Camp Nou trwała właśnie 36. minuta gry, gdy po trójkowej akcji Raul-Ruud-Baptista, gola kapitalnym strzałem zdobył ten ostatni. W drużynie Realu zapanował szał radości, co możemy zaobserwować na zdjęciu obok. Czy podczas spotkań kibiców, po raz kolejny zorganizowanych pod hasłem iMadridismo unido!, doszło do podobnych wybuchów euforii, przekonajcie się, czytając relację z poszczególnych miast. Przeżyjmy to jeszcze raz!

Warszawa

Już na godzinę przed pierwszym gwizdkiem pana Mejuto Gonzáleza warszawski pub Champions zaczął wypełniać się koneserami futbolu. Zorganizowana grupa kibiców Realu Madryt z forum RealMadrid.pl, w liczbie około trzydziestu paru osób, zajęła część bilardową lokalu, gdzie zbudowała swoistą białą twierdzę. Większość ubrana na biało, obowiązkowo z szalikami bądź innymi rekwizytami, zasiadła do dwóch wielkich stołów, chyba nieprzypadkowo przykrytych białym obrusem. Znalazły się również trzy flagi, które dumnie powiewały nad głowami madridistas bądź zostały przymocowane do ściany. Jedna flaga z herbem Królewskich, druga z logo Ultras Sur oraz trzecia (świętej pamięci, o czym później) z wizerunkiem stadionu Santiago Bernabeu. W dalszej części lokalu dostrzec można było około kilkunastu "braci w wierze", ubranych w królewskie barwy bądź bez żadnych emblematów. Ich poklepywania po plecach i słowa otuchy wskazywały jednak na obecność białej duszy. Dostrzec można było także wszechobecnych kibiców Barcelony. Tak jak w szatni na Camp Nou, tak i w pubie bordowo-granatowi byli rozproszeni, niezorganizowani, z niepewnymi minami czekający na rozpoczęcie meczu. Osobiście dostrzegłem tylko jedną żółto-czerwoną flagę Katalonii, która leniwie dyndała nad głowami culés. Pewni siebie madridistas zamawiali kolejne piwa i z napięciem czekali na obraz z Barcelony. Oczywiście przed meczem nie mogło zabraknąć kilku gorzkich słów w kierunku zadeklarowanego culé, Zbigniewa Kumidora, który raczył nas swoimi analizami ze studia Canal+. Całe szczęście, że dźwięk był wyciszony i poziom agresji spadł. :)

Gdy piłkarze obu drużyn wychodzili na murawę, na Camp Nou odśpiewano klubowy hymn. Niestety, kibice Barçy w Championsie nie postarali się i jedyne, na co był ich stać, to oklaski i kilka prostych okrzyków. Nasi natomiast nie zawiedli. Odśpiewaliśmy dumnie dwie zwrotki hymnu i z gromkim okrzykiem na ustach "Ąvamos!" zaczęliśmy oglądać długo wyczekiwane spotkanie. Początek meczu w wykonaniu naszej drużyny był całkiem niezły, toteż każde dobre zagranie piłkarza z koroną na piersi nagradzane było burzą oklasków. Wszyscy byliśmy tak podekscytowani i zdenerwowani, że w siódmej minucie meczu kompletnie zapomnieliśmy o odśpiewaniu tradycyjnego "ĄIlla Illa Illa, Juanito maravilla!", co zaplanowaliśmy tuż przed pierwszym gwizdkiem. Po każdej odzyskanej piłce wszyscy zgodnie darli się "Ąvamos (tu nazwisko piłkarza, który piłkę odzyskał)!" i zagrzewali naszych do walki. Każda strata i niecelny strzał powodowały jęk zawodu i chwilę refleksji m.in. "Gdzie jest Guti?" czy też "Capello, wróć!". Z kolei dobra gra obrony była zgodnie oceniona jako wielka zasługa Pepego ("Ależ on gwałci Eto’o, dajcie mu Bojana na pożarcie!").

Wreszcie nadeszła magiczna 36. minuta. W pamięci mam jedynie świetnie podanie Ruuda, potem zaś wspaniały strzał Baptisty. O tym, że piłka zerwała pajęczynę, przekonał się każdy w promieniu kilometra od pubu. Ogromny szał radości, wielki hałas, skakanie na krzesłach, ściskanie się, szydercze śmiechy w stronę kibiców Blaugrany, a także zaintonowane przyśpiewki typu "Ąasi, asi, asi gana el Madrid!" – jednym słowem, wszystkie białe dusze eksplodowały ze szczęścia.

Później obraz kibicowania się nie zmienił. Nerwowa atmosfera trwała do końca meczu. W 89. minucie ktoś krzyknął "Panie Turek, kończ pan ten mecz!" Rzeczywiście, wszyscy chcieli, aby te upragnione trzy punkty stały się już faktem, a Camp Nou zostało zdobyte. I tak się w końcu stało. W 93. minucie meczu arbiter spotkania gwizdnął po raz ostatni, czego efektem był kolejny szał radości, znów okraszony śpiewem "Ąasi, asi, asi gana el Madrid!", a także odważnym "Ącampeones, campeones, oe oe oe!". Wszyscy byli wniebowzięci.

Nie obyło się również bez przykrego incydentu, o którym postanowiłem mimo wszystko wspomnieć. Tuż po zakończeniu spotkania niektórzy madridistas opuścili pub, inni zaś kontynuowali celebrację i święto. Zaintonowane przyśpiewki "ĄEto’o, cabrón, saluda al campeón!" oraz "Ąputa Barça, puta Barça, e e!" podziałały jak płachta na byka na niektórych podłamanych i odrobinę podchmielonych kibiców Blaugrany. Kiedy wydawało się, że zakończy się tylko na małej przepychance, doszło do przykrego zdarzenia. Jeden z kibiców w bordowo-granatowej koszulce, z logiem Unicefu na piersi, nie mógł pogodzić się z porażką swoich pupilów i postanowił ukraść jedną z białych flag. Do tej pory nie została ona zwrócona i jeden Guti wie, gdzie teraz się podziewa. Cóż, nie każdy potrafi pogodzić się z porażką i nie każdy chyba wie, co naprawdę oznacza dla niego hasło "mes que un club".

Generalnie jednak wszyscy byli bardzo szczęśliwi i zadowoleni, że ich drużyna pokazała odwiecznemu rywalowi miejsce w szeregu i oddaliła się w tabeli o kolejne trzy punkty. Nie obyło się bez pamiątkowych fotek, serdecznych uścisków i życzeń, aby jak najczęściej spotykać się w podobnym, "białym" gronie. Warszawskie madridismo zdało egzamin!

Serpico

Zdjęcia:
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11


Kraków

Już o godzinie 18 na ulicy Mikołajskiej 5 zebrało się grono zagorzałych fanów Blancos. Na godzinę przed meczem, w pełnej napięcia atmosferze, przy "napoju bogów", dyskusjom na temat zbliżającego się piłkarskiego święta nie było końca. "2:0, Raul na pewno coś strzeli", "No coś ty… 2:1 po pięknych golach Ruuda i Robinho…", oraz wiele innych przepowiedni i prób wytypowania poprawnego wyniku spotkania w klimatyzowanej sali z ogromnym telebimem padało mnóstwo. Im bliżej pierwszego gwizdka, tym coraz ciaśniej robiło się w wyznaczonym dla kibiców pomieszczeniu. Pomimo braku kilku stałych bywalców i niezbyt dogodnego terminu Świąt Bożego Narodzenia, sala zapełniła się i blisko 20 krakowskich kibiców Realu zasiadło, by oglądać najważniejsze spotkanie tej rundy.

W trakcie meczu nikt nie siedział z założonymi rękoma. Wszyscy jak jeden mąż żyli tym, co działo się tego wieczoru na Camp Nou. Kulminacja nastąpiła w 36. minucie, kiedy to Baptista przepięknym strzałem nie dał szans VV. Całe EFC oszalało! No może za wyjątkiem kibiców Barcelony, którzy zajmowali stolik zaraz obok naszych. Radość była ogromna, a Baptista na ustach każdego kibica. Później były jeszcze piękne dryblingi Robinho, wspaniałe interwencje Pepe, Ramosa i oczywiście Casillasa, które wzbudziły wielki aplauz. Jeszcze tylko końcowy gwizdek i znów mogliśmy usłyszeć głośne "JEEEEST!".

Mecz wspaniały, wynik jeszcze lepszy. Krakowscy kibice spisali się na piątkę. Wieczór z Primera Division jak najbardziej można zaliczyć do udanych.

Wojtas0001

Zdjęcia:
1 2 3 4 5


Wrocław

Po kilkumiesięcznej rozłące, wrocławscy madridistas spotkali się po raz kolejny, aby wspólnie emocjonować się najwspanialszym pojedynkiem europejskiego futbolu, Gran Derbi. Nasze szacowne grono uszczupliło się o kilka osób, które najwyraźniej po szalonym, czerwcowym świętowaniu Mistrzostwa zdecydowały o dłuższym odpoczynku, ale i zostało wzbogacone wspaniałymi kibicami (również tymi najmłodszymi), których w zeszłym sezonie nie miałam przyjemności poznać. Z dość chaotycznych i niedokładnych wyliczeń wynika, iż w Creatorze stawiło się madridismo w ilości 40-50 osób oraz pojedynczy, zaprzyjaźnieni sympatycy Dumy Katalonii.

Czas przed rozpoczynającym mecz gwizdkiem spożytkowaliśmy na rozmowy o sytuacji kadrowej obu zespołów, typowaniu wyników oraz strzelców bramek czy refleksjach dotyczących odwiecznej wojny między Madrytem i Barceloną. Pierwsza połowa upłynęła w dość spokojnej atmosferze, przerywanej sporadycznymi śpiewami, które miały zdopingować naszych pupili, wymusić błąd na Victorze Valdesie lub wyrazić dezaprobatę dla decyzji sędziego. Swoje brawa otrzymał oczywiście strzelec, jak się okazało jedynej, bramki, który wprawił nas w taką euforię, że nikt nie myślał nawet o pstrykaniu zdjęć. Jeszcze przez dobrych kilkadziesiąt minut słychać było pełne podziwu pytania: "Jak on to zrobił?!". W przerwie część wrocławskiej publiki pędem udała się do toalety, nikt bowiem nie śmiał zmarnować w wychodku choćby sekundy tego pasjonującego spotkania.

Kiedy rozpoczęła się druga odsłona, wszystkie miejsca były już zajęte, a w naszych szeregach zapanowała pełna mobilizacja. Wraz z każdą upływającą minutą, z każdym kolejnym atakiem Barcelony wzmagał się nasz, niemrawy dotychczas, doping, co niewątpliwie przełożyło się na dzielną postawę madridistas. O emocjach, jakie wśród nas panowały niech świadczy fakt, iż pokojowo nastawione na co dzień niewiasty w krytycznych momentach krzyczały do zawodników Schustera: "fauluj go, fauluj. Zabij go!". Wspaniałej atmosfery nie popsuły ordynarne komentarze pseudokibica Blaugrany, który nieskutecznie starał się zepsuć naszą zabawę. Prawdziwi cules godnie i z podniesioną głową przyjęli porażkę, czym zasłużyli sobie na pomeczowe pocieszanie. Koniec pojedynku przyniósł bowiem wybuch naszej niepohamowanej radości, chóralne okrzyki i ogólnie rozumiane szaleństwo. Zanim udało mi się dojść do siebie, część osób niestety zdążyła się zmyć, jednak pozostali – z szerokimi uśmiechami na ustach – zdecydowali się pozować do wspólnego zdjęcia, które udokumentowało wrocławską fiestę. I chociaż nie spełniła się część marzeń ("po kwadransie ma być 0:1, do przerwy przynajmniej 0:2" czy "niech Baptista zdobędzie bramkę przewrotką"), to nikt chyba na brak powodów do euforii nie narzekał.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich obecnych i dziękuję za wspaniałą zabawę. Niech Warszawa i Kraków drżą, następny ogólnopolski zlot kibiców Realu Madryt musi się odbyć we Wrocławiu. ;)

Vesna

Zdjęcia:
1 2 3 4 5 6 7 8


Lublin

Od rana gdy tylko wstałem, nosiło mnie. Nie mogłem usiedzieć, reszta ekipy pewnie też. A to wszystko z jednego powodu – Gran Derbi już dziś! Szukałem sobie zajęcia, aby ten czas jak najszybciej zleciał. A im było bliżej, tym czas się wydłużał.

Z resztą ekipy ustawieni byliśmy już od kilku dni, w pubie ‘Fabryka’. Lecz najpierw ustawiliśmy się w bardziej dostępnym i dogodnym miejscu dla wszystkich, czyli pod "Novą". Gdy dojechałem na miejsce, oczom moim ukazała się grupa ponad 30 osobowa, wszyscy (no prawie) w barwach Realu. Uśmiech na mej twarzy pojawił się bardzo szybko i razem z kolegą, ruszyliśmy do naszych madridistas. Większość z nas widziała się pierwszy raz na oczy, bo na poprzednim spotkani u było tylko 8 osób. Wszystko było pięknie, brakowało tylko Apsika, którego serdecznie pozdrawiamy.

Gdy dotarliśmy do baru, każdy zajął jakieś miejsce w lożach wynajętych przez Żabsona, zamówił piwko lub też coca-colę i z niecierpliwością oczekiwał na Gran Derbi. W pubie, spotkaliśmy też kilku innych kibiców Realu, którzy z nami nie przyszli, no i znalazło się kilku "blaugraniastych". Bez bluzgów się nie obeszło, ale może ten aspekt pominę. Flaga powieszona (po półgodzinnej męce), każdy lekko podenerwowany i mecz w końcu się zaczął. Od początku razem Żabsonem, Rauerem i innymi (których nie sposób wymienić, przepraszam) nie mogliśmy usiedzieć na miejscach.

Po kilkunastu minutach zaczęliśmy ostro dyskutować na temat kto powinien wejść, zejść i takie tam. Rauer chyba co pięć minut krzyczał, żeby zszedł Baptista, a wszedł Guti albo Robben. W końcu naszedł ten moment na który wszyscy czekaliśmy, czyli 36. minuta meczu i Julio Baptista pakuje piłkę do bramki! Szał radości przy naszym stoliku, każdy wyskoczył z miejsca jak z rakiety, krzyczał, śpiewał, co tylko na język naszło. Nie obeszło się bez szkód, bowiem wyskakujący jak Michael Jordan Rauer, rozbił szklankę pełną piwa, które całe wylał na mnie. Na stoliku obok, także poszła szklanka, ale na szczęście bez piwa. Nie minęła chwila, a kolejne piwo znalazło się na moich spodniach.

W przerwie, sytuacja się uspokoiła, każdy oceniał grę Realu i Barcelony. Troszkę napinki było, ze strony kibiców Barcelony, ale ignorowaliśmy to (no może nie wszyscy…). Druga połowa się zaczęła i, tak jak w pierwszej, nie mogliśmy usiedzieć w miejscu, tak że rozpoczęliśmy na stojąco bijąc brawo po kolejnych akcjach Realu, czy też zatrzymanych akcjach Barcelony przez Pepe. Pośmialiśmy się trochę - a to z Puyola, a to z Bojana, i tak jakoś czas mijał. A im bliżej końca tym napięcie większe. Ale w końcu jest, sędzia gwiżdże po raz ostatni i Real Madryt wygrywa na Camp Nou! Euforia przy naszym stoliku, jak i w sąsiednich, a przez usta przechodziły tylko jedne słowa… Barca cabron, saluda al campeon!

Po wyjściu z baru zrobiliśmy pamiątkowe, grupowe zdjęcie (coś mi się wydaje, ze nie wszyscy tam byli). Później całą grupą szliśmy przez miasto, ciesząc się ze zwycięstwa Królewskich. Po pewnym czasie, każdy udał się do domu lub dalej opijać zwycięstwo.

Było to z pewnością spotkanie, którego ani ja, ani nikt inny z lubelskich madridistas na pewno nie zapomni.

Dimhil

Zdjęcia: klik!


Bydgoszcz

Atmosferę wielkiego święta, wcale nie chodzi tu o Boże Narodzenie, czuć było już od kilku dni. Czas płynął nieubłaganie, napięcie rosło, a zniecierpliwienie przybierało na sile. Bydgoskie Gran Derbi trwało przez dwa wspaniałe wieczory, które upłynęły pod znakiem sportowej rywalizacji.

Sobota to mecz futsalu pomiędzy kibicami. Drużyna lokalnych madridistas, po heroicznym boju, poległa w starciu z ekipą cules. Fani Barcelony dominowali doświadczeniem i precyzją w wykańczaniu akcji, a poza tym mieli świetnego bramkarza (lepszego od VV). Różnica w zdobyczy bramkowej to około 10-12 bramek (zależy, kto liczył) nie oddaje faktu, że graliśmy
momentami dobry futbol. Niestety przestoje rodem z żeńskiej siatkówki i bezlitosny rywal pozbawiły nas złudzeń o zwycięstwie.

No i niedziela... dzień, na który wszyscy czekali. Już o 17 45 plac Wolności w centrum miasta zaczął zapełniać się kibicami. Z małej grupki w mgnieniu oka staliśmy się ponad 20 osobową ekipą, która nie mogła nie zostać zauważona. Zaniepokojeni mieszkańcy podesłali nam patrol złożony z policjanta i strażnika miejskiego. Rutynowa kontrola, sportowe pozdrowienie i już można było maszerować do klubu Kuźnia.

Wspólne świętowanie z barcelonistami wraz z pierwszym gwizdkiem Mejuto Gonzaleza zamieniło się w gorący doping. Doping, który nie ustawał od pierwszej do ostatniej minuty! Widok blisko 40 madridistas i 20 cules niczym w amoku wpatrujących się projektor najlepiej obrazuje magię tego meczu. Słowa uznania należą się wszystkim uczestnikom spotkania, którzy po raz kolejny dowiedli, że Barca i Real to przede wszystkim kibice!.

Euforia wybucha w 35. minucie meczu. Julio Baptista pakuje piłkę do bramki strzeżonej przez Victora Valdesa, a bydgoskie madridismo eksploduje nieopisaną radością. Od tego momentu doping jeszcze przybrał na mocy i nie uciszył go nawet sędzia odgwizdując koniec spotkania. To była nasza niedziela! I tylko żal, że takie mecze zdarzają się dwa razy
do roku.

Fufu

Zdjęcia:
1 2 3


Olsztyn

Olsztyńscy madridistas jako miejsce spotkania wybrali Enkę. Jest to nieduży pub położony w centrum miasta (należy dodać, że dość dobrze zamaskowany, co skutecznie utrudnia jego odnalezienie). Jeśli mowie już o pubie, to grzechem byłoby nie wspomnieć, że jest to miejsce w którym czas lubią spędzać kibice… FC Barcelony. Mimo to, zebrało nas się około 40 osób, a w tym kibice Realu, Barcelony oraz miejscowego Stomilu Olsztyn. W każdym razie - pub wypełniony był po brzegi i przychodząc 30 min przed meczem, byłem zmuszony usiąść pod samym telewizorem.

Przed meczem Realu w telewizji była transmisja meczu Chelsea, lecz w pubie słychać było rozmowy tylko na temat zbliżającego się klasyku. Część osób typowało wynik i strzelców, inni głośno sprzeczali się z na temat wyższości jednej drużyny nad drugą. Jednak gdy tylko zabrzmiał pierwszy gwizdek, wszyscy przerwali rozmowy i uwagę skupili na El Clasico. W ciągu upływu kolejnych minut atmosfera cały czas się podgrzewała, aż nadeszła 36. minuta… Cały pub wstał z krzeseł (niektórzy nie mieli z czego wstawać), część z okrzykiem radości, a inni z jękiem rozczarowania. W każdym razie słychać było głośne brawa, które niebywale należały się strzelcowi tej cudownej bramki. Praktycznie do końca pierwszej połowy wszyscy mówili jeszcze o tym golu. W przerwie część kibiców postanowiła odwiedzić toaletę, aby nie przegapić ani sekundy meczu.

W drugiej połowie to gracze Królewskich przycisnęli Dumę Katalonii i dało się to odczuć również u nas w pubie, ponieważ doping stawał się coraz głośniejszy i częstszy. Niestety, sporo okrzyków dotyczyło sędziego, który to co chwile popełniał jakąś pomyłkę, co ewidentnie psuło widowisko. Dla rozluźnienia ktoś nadmuchał…"balonika" i wszyscy zebrani mieli dobra zabawę odbijając go. Końcówka tego meczu była naprawdę niesamowita, a ręce same zbierały się do oklaskiwania coraz to lepszych interwencji Pepe. Serce wszystkim biło w szybkim rytmie, a w 93. minucie tego spotkania, gdy rozległ się ten wyczekiwany przez wszystkich gwizdek nastąpił niesamowity wybuch radości wśród madridistas. Zaczęły się śpiewy "Campeones, campeones…" Po częściowym opadnięciu emocji część osób zaczęła opuszczać lokal, inni zostali opić zwycięstwo. Wielkie słowa pochwały należą się kibicom Barcelony zebranym tamtego wieczora w Ence, po meczu pogratulowali nam zasłużonego zwycięstwa i porażkę przyjęli z honorem.

Pozdrawiam wszystkich olsztyńskich madridistas, zarówno tych obecnych 23 grudnia w Ence, jak i tych którzy z różnych powodów przyjść nie mogli. Dziękuję za dobrą zabawę i liczę na następne spotkanie, już przy okazji najbliższego ligowego meczu. Hala Madrid!

wasile22

Zdjęcia:
1 2 3 4 5 6 7


Rzeszów

Stolica Podkarpacia również w barwach blancos! Po tym, jak przy okazji meczu kończącego ubiegły sezon doszło do wspólnego kibicowania w symbolicznej liczbie osób, spotkanie z okazji Gran Derby odbyło się już pod oficjalnym patronatem RealMadrid.pl, a co za tym idzie – w większym gronie.

Już przed 18 rzeszowski pub Corner jął się zapełniać sympatykami Realu, którzy stawili się w liczbie około 20. Co prawda, na początku kibicowanie szło nam dość niemrawo, gdyż ciężko się było nam zjednoczyć dopiero się poznawszy i – w większości – po raz pierwszy oglądając mecz swojego ukochanego klubu w większym gronie. W dodatku początkowo atmosferę udało się zepsuć kilku lekko rozmiękczonym kibicom Barcelony, którzy co rusz rzucali w nas marnymi, niczym późniejsza gra ich pupili, inwektywami. Ech, nie ma to jak konstruktywna krytyka... Niepotrzebnie wyzwolone emocje tonował pewien starszy pan, kibicujący Barcelonie, ale potrafiący trzeźwo ocenić sytuację na boisku.

My również zaczęliśmy zważać tylko na to, co działo się na Camp Nou, przez co każde udane zagranie Królewskich było okraszane gromkimi brawami i odgłosami zachwytu. Kulminacją naszego zachowania była sytuacja z 36. minuty, po której to naszej radości nie było końca, a euforyczne okrzyki z pewnością było słychać nie tylko w najbliższej okolicy Rynku. Nasze nastroje poprawił w dodatku jeden z kibiców, z uporem maniaka (a może raólofrustrata ;)) twierdzący, że największy udział w zdobytej bramce miał Raul ;)

Druga połowa to nie tylko śledzenie z zapartym tchem kolejnych kapitalnych interwencji Pepe w obronie, jęki zawodu po niewykorzystanych kontratakach Realu, ale również usilne wypatrywanie Gutiego, który ku naszemu niezadowoleniu ostatecznie nie pojawił się na boisku. Nie był to może cios w nasze almas blancas, ale kilku z nas liczyło na dobre statystyki naszego cracka w tym szlagierze ;). W końcówce spotkania, po jednej z kapitalnych interwencji Casillasa, nieśmiało zaintonowałem "Iker, Iker!" na cześć naszej perełki w kibicowskim składzie, lecz pozostali nie zareagowali. Zupełnie inaczej zapewne by się stało, gdyby wiedzieli, że nasza koleżanka ogląda mecze Realu tylko z uwagi na naszego bramkarza :).

Po meczu jeszcze chwilę posiedzieliśmy, podziwiając na ekranie polskiego guru cules oraz snując plany na przyszłość co do kolejnych spotkań kibiców w Rzeszowie. A że na Podkarpaciu jest potencjał w tej kwestii, już chyba po ostatnich Gran Derby nikt nie wątpi. Ważne, że zostały przełamane pierwsze lody i zawarte kolejne znajomości, co na pewno ułatwi wspólne kibicowanie Realowi w tym mieście.

dziobo

Zdjęcia:
1 2 3 4 5


Lodź

Już parę minut po 18. wszystkie miejsca w barze w Silver Screenie przy ulicy Piłsudskiego były zajęte. Najwięcej osób prawdopodobnie przyszło na mecz, oczekując wielkiego widowiska. Kibiców Barcelony było może 20. Połowa ubrana w barwy klubowe, reszta ukazująca swoją sympatię do Dumy Katalonii poprzez dziwne okrzyki w kierunku czarnoskórych piłkarzy Realu. A madridistas nie było wielu. Raczej siedzieliśmy cicho, w końcu nie stanowiliśmy nawet połowy zgromadzonych. Chyba tylko 2 czy 3 osoby były ubrane w barwy klubowe. Jednak po bramce Julio Baptisty, po interwencjach Pepego lub Casillasa nietrudno było zauważyć u wielu osób uśmiechu na twarzy, czy nawet wybuchu radości. Do końca meczu nie działo się w barze zbyt wiele, poza chamskimi docinkami "kibiców" (można ich tak nazwać?) Barcelony w naszym kierunku. Po końcowym gwizdku sędziego nie było wielkiej radości, wszyscy rozeszliśmy się do swoich domów, powtarzając sobie "7 punktów"...

Leszczu


Trójmiasto

Jedno ze spotkań kibiców Los Blancos odbyło się w Sopocie. Miasto to zjednoczyło madridistas z wielu zakątków Trójmiasta. Tego dnia nie liczyło się to, czy ktoś jest z Gdyni, Gdańska czy Sopotu - istotą była miłość do Realu Madryt i wierność białym barwom.

Takich też kibiców zjednoczył sopocki Rooster. W przedmeczowych dyskusjach nikt nie przewidywał, że spotkanie zakończy się innym rezultatem, niż zwycięstwo Królewskich. Prorocy? ;)

Wszyscy zgromadzeni nie mogli doczekać się pierwszego gwizdka arbitra, jednocześnie mając nadzieję, że nie zepsuje on tak wielkiego spektaklu, jakim miały być Gran Derbi. Przymiotnik „wielki" jest tutaj mocno przesadzony, bowiem z początku mecz nie zachwycał, a niektórych nawet znudził. Każdy miał w pamięci emocjonujące El Clásico z poprzedniego sezonu, gdy po zaledwie 12 minutach Real Madryt prowadził już 2:1. Tym razem na gola trzeba było czekać ponad pół godziny, ale... opłacało się. Po uderzeniu Baptisty wszyscy podskoczyli z miejsc, rzucając w stronę telewizora spontaniczne okrzyki, jednocześnie starając się wytłumaczyć, że taki przebieg meczu właśnie przewidywali.

Nikt chyba nie spodziewał się, że bramka ta będzie jedyną w tym meczu. Każdy zmarnowany kontratak kończył się długim jękiem zawodu, natomiast każda interwencja naszej defensywy słowami zachwytu. Niecodziennie ogląda się tak funkcjonującą obronę Realu Madryt i tak, wręcz nieomylnie, interweniującego Pepe. Niektórzy z niedowierzania przecierali oczy.

Po końcowym gwizdku wszyscy odetchnęli z ulgą i w pełni usatysfakcjonowali, przepełnieni radością udali się na zasłużony spoczynek, a także późniejsze przygotowania do świąt. Białych świąt. A było co świętować!

marthen


Katowice

18:30. Zwykły dzień, chociaż w powietrzu unosi się zapach tego, co miało się za jakiś czas wydarzyć. Razem z Neckerem07, który organizował te Gran Derbi razem ze mną, mijamy dworzec i skręcamy w podwórze City Pubu. Przed nim stoi niemały tłum. Wszyscy w białych koszulkach, wszyscy podekscytowani. Jest też Blanco i Acid. No to wchodzimy. Czego można spodziewać się w środku? Jeszcze większej liczby madridistas. Zdobywamy wynajętą salę i szykujemy się do meczu…tzn. musimy odstać trochę w kolejkach przy ladzie. Przechodzę po pubie i widzę kilku cules. Ci nie są chyba tak dobrze zorganizowani (a przynajmniej nie tak dobrze, jak w przy organizacji meczów), w jakiejś rozsypce, zero tego madridismo unido, które czuć po drugiej stronie pubu.

19:00. Zaczyna się. Wszyscy siedzą jak zahipnotyzowani. Jęki zawodu, oklaski. Dużo oklasków. Widzę jakiegoś ciemnoskórego faceta, który jest wyraźnie zdziwiony tym, co zobaczył: cały ogromny pub wpatruje się we wszystkie możliwe telebimy i wreszcie wybucha szałem radości! Strzał Baptisty sprawia, że obroty pubu w kilka minut wzrastają kilkukrotnie. Ludzie szaleją, wpadają sobie w ramiona, skaczą, śpiewają, skandują imię Bestii. No i… wracamy do meczu, który kończy się przerwą. Wylewamy się z pubu żeby ostygnąć. Wracamy jeszcze szybciej, bo zimno jak na dworcu we Włoszczowej.

20:00. Druga połowa spotkania rozpoczyna się. Wszyscy siedzą w jeszcze większym skupieniu, jakby wyczekując szaleńczych ataków Barcy i odpowiedzi Królewskich. Niecelny strzał van Nistelrooya i zmarnowana kontra 4 na 2 podwyższają napięcie. Tłum madridistas niemal wrze, nagradzając oklaskami prawie każde zagranie naszych pupili. Poza tym wydziera się po nieudanych akcjach piłkarzy, lży Ronaldinho po jego symulowanym faulu w okolicach pola karnego. Zupełnie, jakbyśmy byli na trybunach, a nie w pubie. Próbuję zaintonować "Campeones…", ale mało kto się dołącza… jakaś putka się śmieje. Mój błąd, ludzie są bardzo stremowani, oczekują końca spotkania. Jeszcze nie czas.

Gdzieś w okolicy 21. Koniec spotkania. Taki nędzny pisarzyna, jak ja, nie opisze tego, co działo się w środku. Ludzie wskakują na skórzane kanapy, wrzeszczą z radości! Teraz wszyscy śpiewają! Ironicznie pytamy cules, kto wygrał spotkanie, tańczymy (madridistas tańczą, tańczą, tańczą, tańczą), skaczemy. Dobrze, że spotkanie kończy się tak po prostu, bo z sali nie zostałoby nic. Studenci z Anglii, z oczami wielkimi jak spodki, pytają mnie, czy sala będzie już wolna. Ich mina mówi jednak: "Czegoś takiego nawet w Londynie nie widziałem…" Wieczór dopiero się rozpoczyna. W końcu jesteśmy królami Camp Nou!

Cypherq


Zielona Góra

Około godziny 18.00 zielonogórscy madridistas oraz kibice FC Barcelona, których na palcach jednej ręki można było zliczyć, zebrali się w Snooker Clubie, lokalu jakże dla nas szczęśliwym, bowiem kilka miesięcy temu świętowaliśmy tam przecież zwycięstwo naszych pupili w La Liga. Wraz z upływem czasu było nas coraz więcej, aż do godziny 19.00, kiedy to cały lokal wypełnił się w białe barwy z kilkoma bordowymi plamkami. Przedmeczowe dywagacje czas skończyć. Pierwszy gwizdek sędziego i ogromne emocje w duszy każdego madridisty, które punkt kulminacyjny osiągnęły w 36. minucie. Wybuch radości, ogromne brawa, okrzyki, no bo jak mogło być inaczej? Później było już tylko nerwowe wyczekiwanie na końcowy gwizdek pana Mejuto Gonzaleza i znowu szał radości oraz wszelkie oznaki frustracji cules, którzy poszli równie szybko, jak przyszli.

Piwwwko


Ostrołęka

Masowe oglądanie ostrołęckiego wydania Gran Derbi poprzedzone było dwudniowymi "treningami" w postaci ciężkiego Tour de Melanż. Pewnie dlatego żadnej z "umęczonych" głów nie zaświtała myśl o aparacie, a szkoda... Jeśli zaś chodzi o zorganizowanie samego spotkania nie było to trudne. Powroty ludzi na święta z wysp, z pracy, ze studiów - i banda gotowa. Padło ostatecznie na lokal LUCKY LUCK - nieduży, bez fajerwerków, ale tanio i z odpowiednią, już sprawdzoną atmosferą. Chętnie odwiedzany przez miłośników piłki w niemal każdy weekend. W barze zaczęło gęstnieć koło 18. W apogeum w środku było prawie 40 osób. Jak wspomniałem, nieybzt duża ilość miejsca oznaczała, iż spora część widzów musiała stać, a byli i tacy, którzy siedzieli na podłodze. Towarzystwo dość mocno zróżnicowane. Kilka osób "po siłowni", kilku wiarusów starszej daty, a reszta, czyli ponad połowa lokalu, to główna siła oglądająca, w której każdy z każdym się znał.

Atmosfera oczywiście z każdą minutą stawała się coraz gorętsza, by z początkiem meczu wybuchnąć z całą siłą. Objawy tego to: obustronne wrzucanie sobie, dzikie ryczenie przy każdej akcji (nawet wtedy gdy, do bramki przeciwnika brakowało jeszcze z 80 metrów ;)), a także śpiewy, a jakże. W tym ostatnim elemencie, niestety, kibice Blancos mieli marne szanse, gdyż kibiców FCB było sporo więcej. W ogóle w barwach niewiele osób, powód chyba taki sam, co i przy aparacie ;). Bramka Baptisty spowodowała - wiadomo - dziką radość białej części widowni! Potem już wszystko potoczyło się błyskawicznie. W przerwie odpadł najgłośniejszy kibic Cules - przegrał nierówną potyczkę z browarami. Ale chyba też siadł psychicznie po straconej bramce, tak zresztą jak i jego koledzy po szalu. Druga połowa to nerwówka, nadzieje wroga, dobra gra naszych, napawająca optymizmem oraz spokojem i... gwizdek końcowy! Dalej to już okrzyki radości kibiców Realu, a także potężna szydera z kibiców przeciwnika ;). Po opadnięciu emocji dało się słyszeć, co warte podkreślenia także z tego drugiego obozu, iż Real po prostu było lepszy. Nie wykręcano się też brakiem Messiego.

Cóż można jeszcze dodać? Otóż w trakcie meczu można było poznać jakich trzech największych piłkarzy w historii. Byli to: Raul, Gonzalez oraz Blanco :). Poza tym, przed meczem zorganizowano małą bukmacherkę, w którą zagrało 13 osób. Stawka do zgarnięcia to 65 zł oraz kupon sts (już wytypowany). Ale... nikt nie trafił wyniku i środki przeznaczono na szczytny cel, czyli piwo. Wieczór kończyło kilku niedobitków śpiewających karaoke, gdzie hitem był "Wehikuł czasu". Niezliczoną ilość razy sławiliśmy również polską reprę, a na koniec... a zresztą. To już historia na inną opowieść :).

Pozdrowienia dla wszystkich co byli i do następnego!

chitos

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!