Rozważanie li tylko tego, czym dla Basków jest Athletic Club Bilbao, mogłoby zająć dziesięć razy tyle tekstu, ile znajduje się teraz przed Waszymi oczami, a pewnie i tak nie opisalibyśmy wszystkiego. Roli Lwów z San Mamés, ich wkładu w ocalenie narodu baskijskiego przed mentalną i kulturową eksterminacją, nie sposób bowiem przecenić. Jutro Real Madryt, klub przecież galaktycznie wręcz legendarny, zmierzy się z równą sobie legendą.
Forteca i przysmaki
Nazywanie „fortecą" Estadio San Mamés (Baskowie powiedzieliby San Mames zelaia), na którym piłkarze Joaquína Caparrósa zdobyli osiem punktów w siedmiu meczach, może się wydawać mocno przesadzone, ale jeśli spojrzymy na to z perspektywy drużyny potrzebującej zwycięstwa – z perspektywy Los Blancos – okaże się, że wcale nie jest tak różowo, bowiem tylko Atlético Madryt wróciło stamtąd z kompletem punktów, a aż pięć razy spotkania w Bilbao kończyły się podziałem punktów.
Athletic to obecnie zespół słaby, ledwie cień dawnej potęgi, ale daleko mu do słabeusza na miarę takiej UD Levante. Nawet w zeszłym sezonie, kiedy Félix Sarriugarte o mało nie spuścił swojej drużyny z Primera División, a Mané cudem ją uratował, Los Leones potrafili pozbawić dwóch, a nawet trzech punktów takie ekipy jak Real Saragossa (6. na koniec sezonu), Recreativo (8.) czy Valencia (4.). Nietoperze są zresztą przysmakiem Lwów – w tamtym sezonie zdobyły w meczach z Athletikiem zaledwie punkcik i strzeliły tylko jedną bramkę, a w tym doznały upokorzenia porównywalnego z tym z meczu z Realem Madryt. Bowiem w ostatnim meczu Athletic, grając z Valencią właśnie, odniósł wyjazdowe zwycięstwo trzema bramkami (Yeste i dwa razy Llorente) do zera. Przed Ronaldem Koemanem jest więc wiele pracy, a dla madridistas tamten mecz powinien być bardzo poważnym ostrzeżeniem.
Kto zagra?
Poważnych różnic w składzie Athleticu między spotkaniami z Valencią a Realem Madryt nie należy się oczywiście spodziewać. Na Mestalla Baskowie wystąpili w składzie: Aranzubia, Ustaritz, Amorebieta (co ciekawe, nie Bask, ale Wenezuelczyk z baskijskimi korzeniami), Koikili, Iraola, David López, Etxeberria, Orbaiz, Gabilondo, Yeste, Llorente, Javi Martínez, Murillo i Garmendia (ostatnia trójka weszła z ławki).
Jedyną pewną zmianą jest powrót do składu powracającego po zawieszeniu na środek obrony Aitora Ocio, gdzie zagrać ma razem z Fernando Amorebietą, a możliwy jest też powrót do składu Asiera Del Horno. W pomocy zagrają Pablo Orbaiz (28 lat, 10 meczów w tym sezonie) jako defensywny, Igor Gabilondo (28, 8, 1 gol) z Davidem Lópezem (25, 14, 1) na skrzydłach oraz największa gwiazda Athleticu, Francisco Javier Yeste (28, 3, 1), jako ofensywny. W ataku zaś zagrają Joseba Etxeberria i Fernando Llorente.
W ekipie Królewskich bez niespodzianek. W ataku van Nistelrooy z Raúlem, w pomocy Robinho, Diarra, Gago i Guti, który podobnie, jak niedawno Sneijder, grać będzie rolę fałszywego skrzydłowego, w obronie Marcelo, Cannavaro, Pepe i Sergio Ramos. O obsadzie pozycji bramkarza nie ma co wspominać, brak Casillasa między słupkami to na chwilę obecną najwyższy poziom abstrakcji.
Dla Realu Madryt czterdziestotysięczny San Mamés zawsze był stadionem trudnym – przegraliśmy prawie połowę z rozegranych tam meczów, osiem razy straciliśmy cztery lub więcej goli – ale ostatnie dwa sezony były pod tym względem udane: w lutym 2006 roku podopieczni Juana Ramóna Lópeza Caro wygrali 2:0, a czternaście miesięcy później, za Fabia Capella, aż 4:1. A jeśli uda się i tym razem, po raz pierwszy zaliczymy trzy zwycięstwa z rzędu w Bilbao.
I jeszcze na koniec pozwolę sobie przypomnieć kawałek zapowiedzi meczu z Athletikiem z kwietnia bieżącego roku:
Tylko trzy drużyny nie spędziły ani jednego sezonu poza Primera División od chwili jej powstania. Pierwsza to oczywiście Real Madryt – 2375 meczów, 1357 wygranych. Drugie miejsce w klasyfikacji wszech czasów zajmuje FC Barcelona – w tyluż spotkaniach 1295 zwycięstw. I wreszcie miejsce trzecie: 1053 zwycięstwa, 543 remisy, 779 przegranych, 4114 zdobytych goli (778 mniej niż Real Madryt), 3190 straconych (443 mniej od Królewskich), 8 mistrzostw Hiszpanii. Athletic Club Bilbao.
Athletika talde bat baino gehiago da
Żaden kibic Lwów z San Mamés nie powiedziałby tak o swojej ulubionej drużynie. To nie Athletic nazywa się „więcej niż klubem", choć mógłby, gdyby tylko chciał. Nie do przecenienia jest bowiem rola, jaką w czasach dyktatury frankistowskiej Athletic Bilbao (wówczas na modłę kastylijską Atlético Bilbao) odegrał w kultywowaniu i ochranianiu baskijskiej tożsamości narodowej. Przyjęta jeszcze w latach dwudziestych zasada opierania drużyny tylko i wyłącznie na rodowitych Baskach oraz graczach wywodzących się z Baskonii dała drużynie wielkie sukcesy, głównie w Pucharze Generalissimusa, jak wtedy nazywał się dzisiejszy Puchar Króla, ale nie tylko. W swojej szkółce klub dawał utalentowanym piłkarsko młodym Baskom edukację nie tylko piłkarską, ale też patriotyczną, a odnoszone przez nich sukcesy pozwalały ich rodakom wierzyć w siłę baskijskiego narodu, ich kultury i pięknego i niepowtarzalnego języka, euskary (przykład powyżej).
Założony w 1898 przez młodych Basków powracających ze studiów w Anglii (stąd angielska pisownia nazwy) klub stał się symbolem walki o przetrwanie i sukcesów w niej odnoszonych. Co więcej, sukcesów w pełni pokojowych, w przeciwieństwie do co najmniej wątpliwych sukcesów w postaci morderstw dokonywanych przez ETA. To właśnie na stadionie w Bilbao po raz pierwszy po śmierci Franco publicznie pokazano, nie wywieszono, a rozłożono na murawie, baskijską flagę. A jeśli by porównać, który klub dał reprezentacji Hiszpanii najwięcej piłkarzy, zobaczymy, że drugie miejsce, za Realem Madryt, zajmuje właśnie Athletic. W szczytowym momencie, który jednak nastąpił jeszcze przed II wojną światową, bo podczas Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii, aż 14 z 21 zawodników reprezentacji Hiszpanii było graczami właśnie tego klubu – był wśród nich między innymi wybitny snajper Rafael Moreno Aranzadi czyli Pichichi, właśnie ten, na cześć którego teraz pichichi to najlepszy strzelec ligi hiszpańskiej.
Gramy z prawdziwym „więcej niż klubem", więc panowie i panie, czapki z głów. Szacunek należy się każdemu przeciwnikowi, ale temu szczególnie. Co oczywiście nie znaczy, że mamy mu pobłażać. Przeciwnie: musimy ten mecz wygrać.
Przed meczem w Bilbao
15. kolejka La Liga
REKLAMA
Komentarze (288)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się