Real Madryt, który planuje Mourinho: potężna elektryczna sieć
Ángel del Riego – El Confidencial
Zbudować drużynę to stworzyć równowagę, która w Realu Madryt – od zawsze żyjącym w nieustannym głodzie zwycięstw – pozostaje czymś niestabilnym. Zbudować drużynę to odkrywać małe zależności między zawodnikami, budować mosty pomiędzy różnymi frakcjami. Przez ostatnie dwa lata trzy gwiazdy Królewskich poruszały się samotnie we własnym idealnym świecie. A za ich plecami właściwie tylko Güler próbował połączyć elementy całości, której nigdy tak naprawdę nie udało nam się zobaczyć. Real Madryt jest blokiem granitu, z którego artysta musi wydobyć ukrytą w środku rzeźbę. Grzmiącego boga albo pietę. Coś pięknego i wyrazistego, co da się opisać słowami albo co znajdzie swoje miejsce w naszej pamięci. Wiemy, czym były dwa pierwsze lata Mourinho. Pamiętamy lawinę goli, niekończące się kontrataki, stoperów zapuszczających się pod pole karne rywala i szaleństwo trzeciego sezonu, kiedy wszystko zawaliło się z brutalnością filmu katastroficznego.
Tym razem Mourinho trafił na materiał mniej podatny na formowanie. Presja jest mniejsza, a w madridismo można wyczuć ekscytację, ale też pewną obojętność wynikającą z liczby zwycięstw odniesionych w ostatnich latach. W klubie biznes pochłonął część sportową. Gwiazdy mają dziś taką władzę jak aktorzy w Hollywood lat 50. Potrafią doprowadzać do zwolnień reżyserów, spóźniają się na plan i dostają napisane specjalnie pod siebie kwestie, nawet jeśli zupełnie nie pasują one do danej sceny. Dzisiejszy biznes opiera się na systemie gwiazd. Zawsze trochę tak było: dzieci zakochiwały się w futbolu pod wpływem magików, którzy tworzyli w rzeczywistości tajemne przejścia prowadzące do świata marzeń. Media społecznościowe sprawiły jednak, że piłkarze stali się samowystarczalnymi markami. I właśnie tam znajduje się dziś ogromna część pieniędzy generowanych przez futbol.
Dlatego Gonzalo czy Pitarch tak dobrze zrobili Realowi Madryt w poprzednim sezonie. Oni grali dla innych w drużynie, w której niemal wszyscy grali przede wszystkim dla siebie. Dlatego Carlos Espí strzelił zwycięskiego gola. Bo to jest jego jedyna obsesja. Trafić do siatki i sprawić, żeby jego drużyna wygrała. To rewolwerowiec, którego nie interesują krajobraz ani ceremonia. A kiedy pobiegł pod linię boczną, żeby świętować gola, był sam. Dopiero po chwili tłumnie dopadli do niego chłopcy z ławki: Bernardo, Huijsen, Carreras. Wielcy tenorzy pozostali oszołomieni, bo wiedzieli, że tym razem to nie oni znajdą się na okładkach.
Co za pech.
Mourinho już mówił, że połączenie Bellinghama, Mbappé i Viníciusa nie będzie łatwe. W pierwszym meczu sezonu kompletnie ze sobą nie współgrali, ale zaletą futbolu José jest to, że wcale nie musi to być konieczne, by stworzyć wystarczająco dużo okazji i wygrać. Fede Valverde i Bernardo Silva grali w środku pola. Jeden zszywał grę, drugi śpiewał. Nieco wyżej operowali Bellingham i Güler, niczym dwaj ofensywni pomocnicy o zupełnie różnych charakterystykach, a z przodu ustawieni byli Kylian i Vinícius.
Bellingham ciężko walczył o bezpańskie piłki i poruszał się po boisku z tą elegancją kogoś, kto uważa się za wybrańca. Jude jest przeciwieństwem reprezentacji Hiszpanii. Dostaje piłkę i już pierwszym przyjęciem często gubi kryjącego go rywala. Wtedy zaczyna się rajd pełen efektownych gestów. Prowadząc piłkę, jakby przeglądał się w lustrze, przypomina kogoś wyjętego z „Rydwanów ognia”, tej brytyjskiej alegorii rywalizacji między braćmi, biegnących po plaży otoczonej horyzontem będącym jednocześnie granicą i wybawieniem.
Bellingham prowadzi piłkę z wysoko uniesioną głową i mija rywali, jakby był zbawcą. Potem potyka się o futbolówkę albo o czyjąś nogę, ewentualnie wraca dokładnie w to samo miejsce, i wszyscy widzimy, że tej akcji nie wyrosły skrzydła. Nadal jesteśmy tam, gdzie byliśmy, a czas ucieka. O pięć minut bliżej zagłady. Cała precyzja i czystość gry hiszpańskich pomocników, ta ich skąpa gospodarność w obchodzeniu się z piłką, inteligencja przestrzenna, a także pewien brak samowystarczalności, znajdują w tym Realu swoje całkowite zaprzeczenie. Punkt po punkcie. To przeciwstawny ideał. A Bellingham jest jego metaforą. Wszystko zamazuje, ale robi to w bardzo estetyczny sposób. Bierze pejzaż i wypełnia go wadami, zagłębieniami, udawaną finezją. Jednak jego imponująca fizyczność, niemal przesadna duma oraz pewne typowo angielskie walory techniczne sprawiają, że bardzo często wychodzi z tego chaosu zwycięsko. Z tego bałaganu potrafi wyciągnąć gola albo asystę. Po jednej z takich szarż upadł niezgrabnie i wywalczył rzut wolny. Wykonał go mały Güler, a ten sam Bellingham skierował piłkę głową do siatki, rozkładając ramiona niczym wielki andyjski ptak, za którego sam się uważa.
Zawsze coś udowadnia.
To bardzo charakterystyczne dla obecnego Realu, w którym największe gwiazdy są przekonane, że ktoś na zapleczu klubu, a może nawet jakaś wielka złowroga organizacja, knuje po to, żeby odebrać im miejsce w składzie. Wszyscy nieustannie coś udowadniają i zdają się nie dostrzegać, że problemem są oni sami. To grupa, która stawia własny narcyzm ponad drużyną, klubem i jego kibicami. Grają na swoją osobistą markę. Bohaterska poza człowieka walczącego z ukrytymi siłami świetnie sprzedaje się wśród ogromnej rzeszy fanów.
Być może Mourinho zdoła sprawić, że największe atuty Anglika nie będą ginąć w jego chaotycznym rozumieniu gry w środku pola. Wczoraj można było zobaczyć pewne tego oznaki.
Jude powinien cały czas wbiegać z drugiej linii. Zostawiać za sobą pokonanych rywali, aż akcja dobiegnie końca albo on sam zostanie zatrzymany faulem. Jude i Mbappé to dwie zwrotki, które nie łączą się w jedną piosenkę. Być może nigdy nie będzie to możliwe. Mourinho chce jednak rytmu, nawet jeśli ten rytm będzie synkopowany i niedokładny. Grać tak, jakby zawsze trwał ostatni sezon albo jakby drużyna nieustannie stała nad przepaścią. Mnóstwo sytuacji i wypalony krajobraz.
Stracony gol był winą nieobecnego, a tym nieobecnym wciąż pozostaje Casemiro. Defensywny pomocnik, który czyściłby przestrzeń przed polem karnym z taką samą bezwzględnością, jakiej oczekujemy od kogoś pilnującego naszych granic. Przez pewien czas rolę „Casemiro” odgrywał w tej strefie Camavinga, później Tchouaméni, a teraz wydaje się, że robi to Valverde. Żaden z nich nie potrafi znaleźć się dokładnie tam, gdzie rodzą się akcje rywala i gdzie pojawiają się strzały kończące się golami. Francuzi z powodu braku wyczucia pozycyjnego i intuicji, Urugwajczyk dlatego, że defensywny pomocnik po prostu nie jest jego zawodem. To galopujący koń, którego posadzono w biurze i kazano mu stawiać pieczątki.
Najbardziej zabójczym połączeniem w tej drużynie jest duet Güler–Mbappé. Kylian któregoś dnia strzeli za jednym zamachem wszystkie gole, które jest nam winien, i wyjdzie z tego ponad dziesięć tysięcy bramek w jednym meczu. Grał z wściekłością i grał dobrze. Był błyskawiczny przy wychodzeniu na pozycję i właściwie wybierał rozwiązania. Źle wyglądało jedynie wykonanie, nie wiadomo dlaczego. Z zawodnika z najlepszym uderzeniem na świecie stał się liderem najbardziej niechlubnej statystyki ze wszystkich: jest napastnikiem potrzebującym najwięcej strzałów do zdobycia gola. Czy chodzi o kwestie fizyczne, czy psychiczne, wie tylko on. W Kylianie spotykają się obecnie dwa poziomy. Historyczny crack, kiedy odwraca się i rusza na bramkę, oraz napastnik drużyny ze środka tabeli, kiedy przychodzi do wykończenia. To dziwne, choć kiedyś podobny etap przechodził Vinícius. Tyle że Brazylijczyk dopiero się rozwijał, a Francuz jest już ukształtowanym zawodnikiem. Kylian nigdy nie zwodzi bramkarza. Dochodzi do sytuacji i strzela. Mocno i rzadko w narożniki, a mimo to jego liczby strzeleckie zawsze są absurdalnie wysokie.
Vinícius zagrał źle, jest bez formy. Nie był w stanie wyciągnąć niczego ze swojej strony boiska ani ze swojego dryblingu. Grał z przesadną pewnością siebie, a właściwie wszystko, co robił, było banalne albo nieudane. Zdaje się wierzyć, że to historia go osądzi, a nie cierpliwy, cierpiący podatnik.
Przy zwycięskim golu Kylian zdążył już pogubić się w irytującej akcji w środku pola karnego. Carlos Espí, który dopiero co pojawił się na murawie, zobaczył bezpańską piłkę i uderzył ją z całej siły. To twardy chłopak i profesjonalista. Jego gole nie szukają sławy. Jest kolejnym przedstawicielem długiego szeregu hiszpańskiej klasy robotniczej, którego ostatnim skutecznym reprezentantem był Joselu. Strzelił gola poskładanego z przypadkowych elementów, a właśnie takie bramki na dłuższą metę dają trofea.
Komentarze (6)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.