REKLAMA
REKLAMA

Real Madryt, który planuje Mourinho: potężna elektryczna sieć

Ángel del Riego to hiszpański dziennikarz związany z El Confidencial, który regularnie analizuje grę i sytuację Realu Madryt. Przedstawiamy felieton Hiszpana poświęcony pierwszym oznakom tego, jaki zespół próbuje zbudować José Mourinho.

REKLAMA
REKLAMA
Real Madryt, który planuje Mourinho: potężna elektryczna sieć
Vinícius Júnior i Jude Bellingham. (fot. Getty Images)

Real Madryt, który planuje Mourinho: potężna elektryczna sieć

Ángel del Riego – El Confidencial

REKLAMA
REKLAMA

Zbudować drużynę to stworzyć równowagę, która w Realu Madryt – od zawsze żyjącym w nieustannym głodzie zwycięstw – pozostaje czymś niestabilnym. Zbudować drużynę to odkrywać małe zależności między zawodnikami, budować mosty pomiędzy różnymi frakcjami. Przez ostatnie dwa lata trzy gwiazdy Królewskich poruszały się samotnie we własnym idealnym świecie. A za ich plecami właściwie tylko Güler próbował połączyć elementy całości, której nigdy tak naprawdę nie udało nam się zobaczyć. Real Madryt jest blokiem granitu, z którego artysta musi wydobyć ukrytą w środku rzeźbę. Grzmiącego boga albo pietę. Coś pięknego i wyrazistego, co da się opisać słowami albo co znajdzie swoje miejsce w naszej pamięci. Wiemy, czym były dwa pierwsze lata Mourinho. Pamiętamy lawinę goli, niekończące się kontrataki, stoperów zapuszczających się pod pole karne rywala i szaleństwo trzeciego sezonu, kiedy wszystko zawaliło się z brutalnością filmu katastroficznego.

Tym razem Mourinho trafił na materiał mniej podatny na formowanie. Presja jest mniejsza, a w madridismo można wyczuć ekscytację, ale też pewną obojętność wynikającą z liczby zwycięstw odniesionych w ostatnich latach. W klubie biznes pochłonął część sportową. Gwiazdy mają dziś taką władzę jak aktorzy w Hollywood lat 50. Potrafią doprowadzać do zwolnień reżyserów, spóźniają się na plan i dostają napisane specjalnie pod siebie kwestie, nawet jeśli zupełnie nie pasują one do danej sceny. Dzisiejszy biznes opiera się na systemie gwiazd. Zawsze trochę tak było: dzieci zakochiwały się w futbolu pod wpływem magików, którzy tworzyli w rzeczywistości tajemne przejścia prowadzące do świata marzeń. Media społecznościowe sprawiły jednak, że piłkarze stali się samowystarczalnymi markami. I właśnie tam znajduje się dziś ogromna część pieniędzy generowanych przez futbol.

REKLAMA
REKLAMA

Dlatego Gonzalo czy Pitarch tak dobrze zrobili Realowi Madryt w poprzednim sezonie. Oni grali dla innych w drużynie, w której niemal wszyscy grali przede wszystkim dla siebie. Dlatego Carlos Espí strzelił zwycięskiego gola. Bo to jest jego jedyna obsesja. Trafić do siatki i sprawić, żeby jego drużyna wygrała. To rewolwerowiec, którego nie interesują krajobraz ani ceremonia. A kiedy pobiegł pod linię boczną, żeby świętować gola, był sam. Dopiero po chwili tłumnie dopadli do niego chłopcy z ławki: Bernardo, Huijsen, Carreras. Wielcy tenorzy pozostali oszołomieni, bo wiedzieli, że tym razem to nie oni znajdą się na okładkach.

Co za pech.

Mourinho już mówił, że połączenie Bellinghama, Mbappé i Viníciusa nie będzie łatwe. W pierwszym meczu sezonu kompletnie ze sobą nie współgrali, ale zaletą futbolu José jest to, że wcale nie musi to być konieczne, by stworzyć wystarczająco dużo okazji i wygrać. Fede Valverde i Bernardo Silva grali w środku pola. Jeden zszywał grę, drugi śpiewał. Nieco wyżej operowali Bellingham i Güler, niczym dwaj ofensywni pomocnicy o zupełnie różnych charakterystykach, a z przodu ustawieni byli Kylian i Vinícius.

Bellingham ciężko walczył o bezpańskie piłki i poruszał się po boisku z tą elegancją kogoś, kto uważa się za wybrańca. Jude jest przeciwieństwem reprezentacji Hiszpanii. Dostaje piłkę i już pierwszym przyjęciem często gubi kryjącego go rywala. Wtedy zaczyna się rajd pełen efektownych gestów. Prowadząc piłkę, jakby przeglądał się w lustrze, przypomina kogoś wyjętego z „Rydwanów ognia”, tej brytyjskiej alegorii rywalizacji między braćmi, biegnących po plaży otoczonej horyzontem będącym jednocześnie granicą i wybawieniem.

REKLAMA
REKLAMA

Bellingham prowadzi piłkę z wysoko uniesioną głową i mija rywali, jakby był zbawcą. Potem potyka się o futbolówkę albo o czyjąś nogę, ewentualnie wraca dokładnie w to samo miejsce, i wszyscy widzimy, że tej akcji nie wyrosły skrzydła. Nadal jesteśmy tam, gdzie byliśmy, a czas ucieka. O pięć minut bliżej zagłady. Cała precyzja i czystość gry hiszpańskich pomocników, ta ich skąpa gospodarność w obchodzeniu się z piłką, inteligencja przestrzenna, a także pewien brak samowystarczalności, znajdują w tym Realu swoje całkowite zaprzeczenie. Punkt po punkcie. To przeciwstawny ideał. A Bellingham jest jego metaforą. Wszystko zamazuje, ale robi to w bardzo estetyczny sposób. Bierze pejzaż i wypełnia go wadami, zagłębieniami, udawaną finezją. Jednak jego imponująca fizyczność, niemal przesadna duma oraz pewne typowo angielskie walory techniczne sprawiają, że bardzo często wychodzi z tego chaosu zwycięsko. Z tego bałaganu potrafi wyciągnąć gola albo asystę. Po jednej z takich szarż upadł niezgrabnie i wywalczył rzut wolny. Wykonał go mały Güler, a ten sam Bellingham skierował piłkę głową do siatki, rozkładając ramiona niczym wielki andyjski ptak, za którego sam się uważa.

REKLAMA
REKLAMA

Zawsze coś udowadnia.

To bardzo charakterystyczne dla obecnego Realu, w którym największe gwiazdy są przekonane, że ktoś na zapleczu klubu, a może nawet jakaś wielka złowroga organizacja, knuje po to, żeby odebrać im miejsce w składzie. Wszyscy nieustannie coś udowadniają i zdają się nie dostrzegać, że problemem są oni sami. To grupa, która stawia własny narcyzm ponad drużyną, klubem i jego kibicami. Grają na swoją osobistą markę. Bohaterska poza człowieka walczącego z ukrytymi siłami świetnie sprzedaje się wśród ogromnej rzeszy fanów.

Być może Mourinho zdoła sprawić, że największe atuty Anglika nie będą ginąć w jego chaotycznym rozumieniu gry w środku pola. Wczoraj można było zobaczyć pewne tego oznaki.

Jude powinien cały czas wbiegać z drugiej linii. Zostawiać za sobą pokonanych rywali, aż akcja dobiegnie końca albo on sam zostanie zatrzymany faulem. Jude i Mbappé to dwie zwrotki, które nie łączą się w jedną piosenkę. Być może nigdy nie będzie to możliwe. Mourinho chce jednak rytmu, nawet jeśli ten rytm będzie synkopowany i niedokładny. Grać tak, jakby zawsze trwał ostatni sezon albo jakby drużyna nieustannie stała nad przepaścią. Mnóstwo sytuacji i wypalony krajobraz.

REKLAMA
REKLAMA

Stracony gol był winą nieobecnego, a tym nieobecnym wciąż pozostaje Casemiro. Defensywny pomocnik, który czyściłby przestrzeń przed polem karnym z taką samą bezwzględnością, jakiej oczekujemy od kogoś pilnującego naszych granic. Przez pewien czas rolę „Casemiro” odgrywał w tej strefie Camavinga, później Tchouaméni, a teraz wydaje się, że robi to Valverde. Żaden z nich nie potrafi znaleźć się dokładnie tam, gdzie rodzą się akcje rywala i gdzie pojawiają się strzały kończące się golami. Francuzi z powodu braku wyczucia pozycyjnego i intuicji, Urugwajczyk dlatego, że defensywny pomocnik po prostu nie jest jego zawodem. To galopujący koń, którego posadzono w biurze i kazano mu stawiać pieczątki.

Najbardziej zabójczym połączeniem w tej drużynie jest duet Güler–Mbappé. Kylian któregoś dnia strzeli za jednym zamachem wszystkie gole, które jest nam winien, i wyjdzie z tego ponad dziesięć tysięcy bramek w jednym meczu. Grał z wściekłością i grał dobrze. Był błyskawiczny przy wychodzeniu na pozycję i właściwie wybierał rozwiązania. Źle wyglądało jedynie wykonanie, nie wiadomo dlaczego. Z zawodnika z najlepszym uderzeniem na świecie stał się liderem najbardziej niechlubnej statystyki ze wszystkich: jest napastnikiem potrzebującym najwięcej strzałów do zdobycia gola. Czy chodzi o kwestie fizyczne, czy psychiczne, wie tylko on. W Kylianie spotykają się obecnie dwa poziomy. Historyczny crack, kiedy odwraca się i rusza na bramkę, oraz napastnik drużyny ze środka tabeli, kiedy przychodzi do wykończenia. To dziwne, choć kiedyś podobny etap przechodził Vinícius. Tyle że Brazylijczyk dopiero się rozwijał, a Francuz jest już ukształtowanym zawodnikiem. Kylian nigdy nie zwodzi bramkarza. Dochodzi do sytuacji i strzela. Mocno i rzadko w narożniki, a mimo to jego liczby strzeleckie zawsze są absurdalnie wysokie.

REKLAMA
REKLAMA

Vinícius zagrał źle, jest bez formy. Nie był w stanie wyciągnąć niczego ze swojej strony boiska ani ze swojego dryblingu. Grał z przesadną pewnością siebie, a właściwie wszystko, co robił, było banalne albo nieudane. Zdaje się wierzyć, że to historia go osądzi, a nie cierpliwy, cierpiący podatnik.

Przy zwycięskim golu Kylian zdążył już pogubić się w irytującej akcji w środku pola karnego. Carlos Espí, który dopiero co pojawił się na murawie, zobaczył bezpańską piłkę i uderzył ją z całej siły. To twardy chłopak i profesjonalista. Jego gole nie szukają sławy. Jest kolejnym przedstawicielem długiego szeregu hiszpańskiej klasy robotniczej, którego ostatnim skutecznym reprezentantem był Joselu. Strzelił gola poskładanego z przypadkowych elementów, a właśnie takie bramki na dłuższą metę dają trofea.

Czytaj kolejne newsy bez przeklikiwania

Jako Socio korzystasz z widoku Aktualności+, w którym kolejne artykuły wyświetlają się w całości, jeden pod drugim. Wystarczy przewijać.

  • Aktualności+
  • Bez reklam
  • Priorytetowy support
Zobacz Aktualności+ od 12,50 zł /mies.przy płatności rocznej

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (6)

REKLAMA