[Victorio Calero, Real Madrid TV] Jutro Real Madryt rozpoczyna sezon ligowy meczem z Espanyolem, który wysoko wygrał w pierwszej kolejce. Jaki Real Madryt chce pan zobaczyć jutro w pierwszym oficjalnym spotkaniu tego sezonu przeciwko dobremu zespołowi?
Dobrze pan zakończył, mówiąc „dobremu zespołowi”. To dobry zespół. Drużyny, które od dłuższego czasu mają tego samego trenera, są dobrze przygotowane, mają wypracowane schematy i swoją dynamikę. Espanyol gra dobrze, gra z ambicją. Bardzo podobał mi się jego pierwszy mecz i proszę spojrzeć na tabelę: trzy punkty, trzy strzelone gole, zero straconych, kibice zadowoleni. Dobrze rozpocząć sezon od zwycięstwa u siebie to zawsze dodatkowa motywacja. Myślę, że jesteśmy przygotowani na to, co nas czeka. Przeanalizowaliśmy Espanyol najlepiej, jak mogliśmy. Śledziliśmy jego mecze w okresie przygotowawczym i oczywiście także spotkanie z Levante.
[Cadena COPE] Jak się pan czuje dzień przed jutrzejszym debiutem z Espanyolem? W jakim stanie jest kadra po tym stopniowym dołączaniu kolejnych grup zawodników? Czego spodziewa się pan jutro i czy kadra jest już definitywnie zamknięta?
Czuję się dobrze. To pierwszy oficjalny mecz sezonu, ale przeżywam takie momenty już od ponad 20 lat. Jestem spokojny. Kolejny sezon, kolejny mecz. Jeśli chodzi o kadrę, dobrze pan powiedział o trudnościach wynikających z tego, że zawodnicy rozpoczynali przygotowania w różnych momentach i w różnych grupach. Są piłkarze, którzy mają za sobą 36 treningów i sześć meczów. Są też tacy, którzy odbyli pięć treningów i rozegrali kawałek jednego spotkania. To jednak wyjątkowi zawodnicy, mamy też wyjątkowy sztab i dzięki temu mogłem przygotować dla każdego zróżnicowaną pracę. Byli zawodnicy, którzy przychodzili tutaj tylko na indywidualny trening. Czasami żartowaliśmy, bo na jednego piłkarza przypadało dziesięć osób: ja, asystenci, trenerzy przygotowania fizycznego, ludzie od sports science, lekarz, fizjoterapeuta… Jeden zawodnik na dziesięć osób. Ale wykonaliśmy tę pracę i jestem bardzo zadowolony z obecnej sytuacji. Jeśli zapyta mnie pan, czy chciałbym mieć jeszcze jeden tydzień, żeby wszystko przygotować jeszcze lepiej, to oczywiście, że tak. Ale powiem też, że mamy już dość sparingów. Nie kochamy tej pracy ze względu na mecze towarzyskie. Chcemy prawdziwych meczów. I właśnie one nadchodzą. Pytał pan też o stan kadry. Zawodnicy, którzy są kontuzjowani jeszcze od poprzedniego sezonu, mają urazy wymagające dużo czasu. Nie spodziewam się, że odzyskamy ich w tydzień, dwa czy trzy. Jedynym piłkarzem, którego zabraknie w tym meczu z powodu problemu niezwiązanego z poprzednim sezonem, jest Endrick. Ma drobny problem mięśniowy. Tchouaméni czuje się dobrze i trenuje już z zespołem. Będzie trenował dzisiaj, ale musi też pracować dzisiaj po południu, jutro i w niedzielę, żeby przyspieszyć swój proces. Ze względu na uraz wrócił w takim stanie, który nie pozwala mu być gotowym na mecz z Espanyolem.
[nie przedstawił się] Trener z takim doświadczeniem jak pan odczuwa presję przed takim spotkaniem? Rozpoczyna pan drugą kadencję w Realu Madryt po dwóch sezonach, w których klub zdobył tylko dwa trofea, Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata. Czuje pan presję albo napięcie?
Nie powiedziałbym, że to presja. Powiedziałbym, że to adrenalina, która się pojawia. Adrenalina, która jest czymś pozytywnym i której chcę. W dniu, w którym przestanę ją czuć, będzie to oznaczało, że coś jest nie tak. Ale presja? Nie. Nie czuję presji ani z powodu debiutu, ani przed żadnym meczem piłkarskim. Mam ogromne zaufanie do pracy, którą wykonaliśmy. Jak mówił pański kolega, była to trudna praca, prowadzona etapami, bo ludzie stopniowo do nas dołączali. Mam ogromne zaufanie do wykonanej pracy, bardzo wierzę w ambicję zawodników, ich mentalność i pasję, którą pokazują mi każdego dnia. Oczywiście czeka nas trudne spotkanie, ale jutro, kiedy wsiądziemy do samolotu, zrobimy to z przekonaniem, że wrócimy z punktami.
[laSexta] Diomandé powiedział wczoraj, że umarłby za pana. Chce pan takiego poziomu zaangażowania od piłkarza? Takiego poziomu zaangażowania w szatni?
To pewne określenie. Nie będziemy trzymać się dosłownie każdego słowa. To określenie, które mi się podoba, ale jeszcze bardziej podobałoby mi się, gdyby zamiast: „Jestem gotowy umrzeć za José”, powiedział: „Jestem gotowy umrzeć za swoją drużynę, jestem gotowy umrzeć za Real Madryt”. Ostatecznie jednak myślę, że właśnie to chce powiedzieć, kiedy używa mojego nazwiska. Myślę, że odnosi się do grupy, z którą pracujemy, i do klubu. Prawda jest taka, że słowa często przychodzą łatwo. Trudniej później przejść od słów do czynów. Ale słowa Diomandé nie różnią się od tego, co widzę u wszystkich. Widzę ludzi bardzo zaangażowanych. Widzę ogromną chęć robienia wszystkiego jak najlepiej. Widzę grupę, która się rozwija i jest zjednoczona. Na pewno nie jesteśmy grupą idealną, bo taka nie istnieje. Nie będę na tyle głupi, żeby myśleć, że będę tutaj tydzień za tygodniem i nigdy nie pojawi się żaden problem. Nie będę naiwny. Problem nadejdzie. Ale jeśli chodzi o fundamenty, grupa jest mocna. Myślę, że przesłanie Diomandé można odnieść do wszystkich.
[Cadena SER] Wyobrażam sobie, że rozmawiał pan ze wszystkimi zawodnikami zarówno wspólnie, jak i indywidualnie. Chciałem zapytać szczególnie o dwóch: Tchouaméniego i Valverde. Rozmawiał pan z nimi o tym, co wydarzyło się w poprzednim sezonie? Ta sprawa jest już zabliźniona? Martwi pana? Czy wszystko jest w porządku przed rozpoczęciem sezonu?
Prawdę mówiąc, przyszedłem tutaj z dużą wiedzą na temat tego, co działo się wcześniej. Jak wiecie, spędziłem tutaj trzy lata, mam swoje kontakty. Wy, dziennikarze, również. Wiedziałem o wielu rzeczach, nie tylko o sytuacji między Tchouaménim a Federico. Postanowiłem jednak zacząć od zera. Oczywiście z uprzywilejowanej pozycji, ale jednak od zera. Od pierwszego dnia po przyjeździe Tchouaméniego uważnie się temu przyglądałem i nie poczułem żadnej potrzeby, żeby rozmawiać, żeby wracać do tematu, który był trudny dla nich i dla wszystkich, ponieważ natychmiast zobaczyłem normalność. Gdyby pan powiedział mi: „Nic nie wiesz o tym problemie, popatrz na Tchouaméniego od chwili jego przyjazdu i na to, jak odnoszą się do siebie od pierwszej minuty”, to nie byłby pan w stanie nawet wyobrazić sobie, co wydarzyło się w poprzednim sezonie. To właściwie oni sami dali mi do zrozumienia: „Nie musisz rozmawiać z żadnym z nas, nie musisz w żaden sposób ingerować, żeby próbować zaprowadzić pokój”. Bo to, co zobaczyłem, nie ma nic wspólnego z pokojem. To normalność, przyjaźń i współpraca. Jakby nic się wcześniej nie wydarzyło.
[BBC Sport] Co uznałby pan za udany sezon Realu Madryt?
Można patrzeć na to na wiele sposobów, ale ostatecznie, jeśli chcemy podejść do sprawy pragmatycznie, liczą się wyniki. Można wykonać świetną pracę na wielu poziomach, można rozwijać strukturę klubu, można przygotowywać klub na przyszłość, na kolejne dziesięć lat. Jest wiele rzeczy, które zastaliśmy i które będziemy dalej zmieniać, ale ostatecznie liczą się wyniki. Mamy cztery rozgrywki albo, jeśli wolimy, trzy rozgrywki plus jedne takie mniejsze. Zakończenie sezonu bez żadnego trofeum w Realu Madryt nie jest udanym sezonem.
[Televisión Española] Mówił pan o wszystkich rozgrywkach i wszystkich meczach. Wspominał pan też o ograniu, jakie niektórzy zawodnicy zdobyli w okresie przygotowawczym. Widzieliśmy wielu wychowanków, niektórych całkiem często, jak Cirię czy Rivasa. Czy na początku sezonu również będą ważni dla pierwszego zespołu? Czy dostaną więcej szans dzięki temu, że więcej grali w okresie przygotowawczym?
Jutro trzech będzie na ławce. Rivas będzie na ławce, Cestero będzie na ławce i Ciria również będzie na ławce. Nie mamy przesadnie szerokiej kadry. Zawodnicy, którzy są teraz poza grą, będą poza nią jeszcze przez dłuższy czas. Bardzo lubię pracować z 20–21 zawodnikami, maksymalnie z 22. Oni zajmują teraz te wolne miejsca i bardzo dobrze z nami pracują. Nie zawsze będą to ci sami piłkarze. Chcę również motywować młodych zawodników i sprawiać, żeby rozumieli, że drzwi są otwarte. W tym tygodniu przyszła kolej na tę trójkę, ale przyjdzie też kolej na wielu innych. To coś, co lubię robić, i myślę, że w La Fábrice jest to doceniane, bo uważam, że może to motywować chłopaków.
[Okdiario] Powiedział pan, że dużo wie o tym, co wydarzyło się w poprzednim sezonie. Kiedy doszło do incydentu między Tchouaménim a Valverde, dużo mówiło się tutaj o roli kapitanów, bo Valverde jest kapitanem Realu Madryt. Jak ocenia pan swoich kapitanów?
Jestem zadowolony ze wszystkich. Myślę też, że kapitanowie mnie poznają. Mają możliwość obserwowania mnie, analizowania i poznawania mnie w ten sposób. Nie chcę sprawiać, żeby poznali mnie poprzez moje słowa. Chcę, żeby poznali mnie na podstawie tego, jak mnie obserwują i jak mnie analizują. Myślę też, że kapitanowie zachowują jeszcze trochę ostrożności. Nadal są w tym procesie. Ale widać jedność grupy i empatię, którą można w niej wyczuć. Każdego ranka o 8:00 mamy spotkanie sztabu. Wiele osób z naszego sztabu pracowało tutaj już w poprzednich latach i to właśnie oni mówią nam, że widzą grupę, w której panuje inny poziom empatii. Kapitanowie nie musieli jeszcze tak naprawdę być kapitanami w trudnym momencie. A taki moment nadejdzie. Kiedy nadejdzie, zobaczymy. Na razie wszystko funkcjonuje bardzo dobrze, współpraca jest bardzo dobra. Jak mówiłem w wywiadzie sprzed kilku dni, zawodnicy bardzo mi pomagają w tym, żebym nie miał problemów. Myślę też, że cała grupa bardzo pomaga kapitanom, pozwalając im pozostawać na etapie spokojnej obserwacji.
[EFE] Powiedział pan, że przyszedł z dużą wiedzą również o tym, co pod względem piłkarskim działo się w Realu Madryt w ostatnich latach bez trofeów. Jaka jest pana analiza tego, czego potrzebuje ten Real Madryt i co José Mourinho może mu dać, żeby ponownie zdobył trofeum, którego tak pragną kibice?
Musimy być zespołem. Musimy dobrze pracować. Nie możemy próbować negocjować rzeczy, które nie podlegają negocjacjom. Nie ma możliwości, żeby w jakiejkolwiek minucie jakiegokolwiek meczu zabrakło zaangażowania. Musimy umieć przechodzić przez momenty frustracji, które się pojawią, czy to z powodu negatywnego wyniku, czy z powodu osobistego rozczarowania. Przedwczoraj rozmawiałem z zawodnikami o tym, że już jutro dla wielu po raz pierwszy pojawi się taki moment frustracji. To pierwszy mecz, pierwszy raz trener musi dokonać wyboru, pierwszy raz ja wychodzę od początku i jestem zadowolony, a ktoś inny idzie na ławkę i czuje frustrację. Muszą umieć sobie z takimi momentami radzić indywidualnie i jako grupa. Jestem tutaj, żeby im pomagać, ale jest jedna rzecz, której nie mogę zrobić: nie mogę rozpocząć meczu w piętnastu. Nie mogę, nie pozwalają mi. Ani w czternastu, ani w szesnastu. Mogę zacząć tylko w jedenastu. Każdy mecz będzie takim momentem i mam nadzieję, że będzie to dla mnie trudny moment. Mówię „mam nadzieję”, bo chcę, żeby zawodnicy pracowali tak, jak pracują teraz. W dniu, w którym ktoś pozwoli, żeby frustracja go zjadła, i obniży swój poziom, decyzja stanie się dla mnie łatwa. A ja nie chcę łatwych decyzji. Chcę trudnych decyzji. W zespole takim jak nasz, jeśli chcemy dotrzeć do końca sezonu i mieć wtedy coś albo wiele rzeczy do świętowania, każdy indywidualnie i wszyscy jako drużyna muszą wiedzieć, jak przechodzić przez momenty frustracji.
[El País] Jakiej pracy w obronie będzie pan wymagał od napastników i ofensywnych zawodników? A może już pan jej od nich wymaga?
To będzie wyglądało inaczej w zależności od meczu i przeciwnika, ale bronić trzeba w jedenastu. Jeśli zapyta mnie pan: „Co właściwie znaczy bronić w jedenastu?”, może to oznaczać wiele różnych rzeczy. Jeśli trafimy na zespół, który nas zepchnie i sprawi nam duże problemy w naszej tercji obronnej, wszyscy musimy bronić. Jeśli natomiast wysoko pressujemy przeciwnika, nie pozwalamy mu wychodzić i przez cały czas gramy na jego połowie, wtedy nie trzeba bronić. Trzeba po prostu grać i naciskać. Wszystko zależy od sytuacji, ale każdy musi pracować. Jedna forma pracy to pressing, inna to zamykanie przestrzeni. Niektórzy będą musieli naprawdę pressować, inni przede wszystkim zamykać przestrzenie. Nie może być tak, że jedni pracują w obronie, a inni tylko czekają, aż dostaną piłkę. Na razie za każdym razem, kiedy pracowaliśmy nad grą defensywną, reakcja wszystkich była bardzo dobra. Zero problemów.
[Onda Cero] Jednym z tematów, o których najwięcej mówiło się tutaj przed pańskim przyjściem, było przedłużenie albo nieprzedłużenie kontraktu z Viníciusem. Po pańskim przyjściu sprawa została stosunkowo szybko rozwiązana i Vinícius zostanie tutaj na wiele lat. Gdzie umieszcza go pan w światowej hierarchii i jak ocenia pan informację, że przedłużył kontrakt z Realem do 2032 roku?
Ta wiadomość nie była dla mnie zaskoczeniem. Kiedy przyjechałem i wyjaśniono mi jego sytuację kontraktową, moje pierwsze pytanie brzmiało: „On chce tutaj zostać czy nie?”. Odpowiedzieli mi: „Chce zostać”. Dalej to oczywiście kwestia liczb, jego ludzi, jego agentów, ale on chce zostać. W tym momencie byłem już absolutnie spokojny. Nie chcę oceniać, czy jest najlepszy na świecie, jednym z trzech najlepszych czy jednym z dziesięciu najlepszych. Nie bardzo lubię takie zabawy. Ale bez wątpienia jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, a najlepsi muszą być tutaj.
[El Desmarque] Siada pan na tym miejscu 13 lat później. W tym czasie wydarzyło się wiele rzeczy, między innymi Real Madryt zdobył sześć Pucharów Europy. Jak przeżywał pan to wszystko z daleka i przede wszystkim za czym najbardziej tęsknił pan w Realu Madryt przez te 13 lat?
Powiem panu prawdę: nie jestem człowiekiem, który dużo tęskni. Nie jestem też kimś, kto sobie coś wyrzuca, tak się mówi, prawda? Nie jestem człowiekiem, który myśli: „Powinienem był zrobić coś innego”, „to była zła decyzja”. Nie rozpamiętuję i nie tęsknię. Wie pan, ktoś, kto wyjechał z Portugalii ponad 20 lat temu i wrócił tam dopiero w zeszłym roku na kilka miesięcy, raczej nie należy do ludzi, którzy dużo tęsknią. Tak się nauczyłem żyć. Jestem tutaj, jutro jadę gdzieś indziej i nie myślę za dużo o tym, co zostawiłem za sobą. Po każdym trofeum Realu Madryt dzwonił do mnie prezes. A ja zawsze odpowiadałem: „Nie, to nie ma ze mną nic wspólnego”. I naprawdę nie miało. Cieszę się, że moja praca tutaj pozostawiła po sobie pozytywne rzeczy, ale późniejsze trofea należą do ludzi, którzy tutaj byli: do Carlo, do Zidane’a… Kto wygrał najwięcej? Oni dwaj, prawda? Carlo i Zidane. Do zawodników i do wszystkich ludzi. Oczywiście zawsze bardzo się z tego cieszyłem. Nie tęsknię, ale jeśli zapyta mnie pan, czy czuję coś do Romy, Interu czy Chelsea, to tak. Czuję coś do tych klubów i zawsze chcę, żeby dobrze im się wiodło. Nie wymieniłem Benfiki, bo z nią łączy mnie coś więcej.
[MARCA] Wracając jeszcze do Viníciusa, bo w poprzednim sezonie był kluczową postacią. Najpierw z Arbeloą nie do końca wszystko się układało… Nie, przepraszam, nie z Arbeloą, z Xabim. Później przyszedł Arbeloa i próbował trochę odwrócić tę sytuację, chciał znów widzieć, jak Vinícius tańczy i się uśmiecha. Czy ma pan już jasność, czego potrzebuje Vinícius? Rozmawiał pan z nim i czy on wie, czego José Mourinho od niego oczekuje?
Nie wiem, z czego wynikały jego wcześniejsze problemy. Mówię szczerze: nie wiem. To, co widzę, to zawodnik, który chce wygrywać. Chce czuć się komfortowo na boisku. Doskonale wie, czego od niego oczekuję, bez żadnych wątpliwości. Doskonale wie, czego chcę od niego pod względem taktycznym. Myślę, że jest szczęśliwy. Myślę, że dobrze się czuje z tym, jak przygotowujemy mecze. I od pierwszego dnia chce wygrywać. Jeszcze przed jego nowym kontraktem każda nasza krótka rozmowa kończyła się mniej więcej tak: „Będziemy się poprawiać, będziemy pracować, wrócimy do wygrywania, znów będziemy szczęśliwi”. Zawsze opierało się to właśnie na tym. Prosto.
[La Razón] Mówił pan o indywidualnych treningach i o zawodnikach, którzy późno dołączali. W którym momencie sezonu będziemy mogli powiedzieć, że to już jest drużyna Mourinho? Już teraz?
To zależy od tego, co rozumie pan przez „drużynę Mourinho”. Odpowiem pragmatycznie: już teraz. To jest mój zespół, na dobre i na złe. Jeśli natomiast mówimy o koncepcji „idealnej drużyny”, w cudzysłowie, to nigdy. Należę do ludzi, którzy uważają, że każdy dzień jest okazją do poprawy. Bardzo podobają mi się zespoły, które pracują z tym samym trenerem przez kilka lat, bo wtedy można rozwijać drużynę, gromadząc informacje, wypracowując schematy i budując empatię. Każdy zespół zawsze ma przestrzeń do poprawy. My pracujemy od sześciu tygodni, ale z niektórymi zawodnikami dopiero od kilku dni. Oczywiście przed nami jeszcze długa droga. Futbol jednak na nas nie czeka. Rozgrywki na nas nie czekają. Jutro gramy już o punkty. Kiedy podczas jednego ze sparingów powiedziałem: „Najlepsze dopiero nadejdzie”, wy zinterpretowaliście to tak, że miałem na myśli najlepszych zawodników, którzy dopiero do nas dołączą. Nie o to mi chodziło. Mówiłem o najlepszych meczach. I właśnie nadeszły. Co mam jutro powiedzieć zawodnikom? Tym, którzy tak dużo pracowali, którzy przez te tygodnie tak mocno rywalizowali, którzy bardzo poważnie traktowali sparingi? Bo naprawdę graliśmy w nich całkiem poważnie. Teraz jednak zaczynamy grać o punkty. Trzeba iść po wszystko. Każdy zdobyty punkt przybliża nas do Cibeles.
[El Chiringuito] Dziękuję za uwagę, jaką poświęcił pan naszemu programowi na tym nowym etapie w Mediaset. Chciałem zapytać, czy dzisiaj, 21 sierpnia, ma pan już w głowie idealną jedenastkę swojego Realu Madryt na ważny mecz. Zdradził pan też kilka wskazówek, przede wszystkim dotyczących młodych zawodników, którzy będą na ławce. Jaka będzie pierwsza jedenastka Realu Madryt przeciwko Espanyolowi?
Pierwsza jedenastka Mou… Pierwsza jedenastka Mou… Zobaczymy, kto z was ma najlepsze kontakty. Kontakty macie wszyscy. Zobaczymy, kto ma najlepszy. Zawodnicy już wiedzą, kto zagra. Nie należę do trenerów, którzy coś przed nimi ukrywają. Mój sposób pracy nie polega na ukrywaniu takich rzeczy. Być może za kilka godzin ta informacja dotrze również do was. Ja oczywiście jej nie zdradzę. A jeśli pyta mnie pan, czy mam podstawową jedenastkę, idealną jedenastkę… Nie mam idealnej jedenastki. A jeśli mam, to nie chcę jej mieć. Chcę, żeby drzwi do rywalizacji pozostawały otwarte. Przed nami ogromna liczba meczów. Wejdziemy też w okres, w którym będziemy grali co trzy dni. Później zawodnicy wyjadą na trzy tygodnie na „wakacje”, w cudzysłowie, a kiedy wrócą, nigdy nie wiadomo, w jakim stanie wrócą. Mamy natomiast idealny model gry. Nad nim pracujemy. Wiemy, jak chcemy budować akcje, jak chcemy pressować, jak chcemy zachowywać kompaktowość. Wiemy, jak chcemy grać przeciwko zespołowi ustawiającemu się w jednym systemie i jak przeciwko drużynie grającej w innym. To kultura taktyczna, którą cały czas budujemy. Idealnej jedenastki nie chcę mieć. Jeśli mówimy o piłkarzach z najwyższego poziomu, na przykład o Trencie i Dumfriesie albo o Cucurelli i Carrerasie, to nie da się zakładać, że jeden rozegra 60 meczów, a drugi w ogóle nie będzie grał. Albo że jeden zagra 10, a drugi 50. To niemożliwe. Mamy bardzo dużo jakości.
[Radio Nacional de España] Tego lata klub próbował wzmocnić środek pola Rodrim, który ostatecznie nie przyszedł. Czy drużyna ma jakiś brak na tej pozycji albo potrzebuje jeszcze kogoś sprowadzić?
Nie, nie uważam, żebyśmy mieli tam jakiś brak. Może pan teraz zadać kolejne pytanie: „Skoro nie macie braku, to dlaczego chcieliście kupić Rodriego?”. Jak się mówi… Wisienka? Jak się mówi? Wisienka, prawda? Myślę, że to właściwe określenie. Byłby wisienką na torcie. To świetny piłkarz, z ogromnym doświadczeniem i statusem. Jeśli możemy mieć takiego zawodnika, to chcemy go mieć, bo dzięki temu stajemy się lepsi. Ale kiedy ma pan Tchouaméniego, Camavingę, Valverde, Bernardo, Ardę… Bo myślę, że Arda ostatecznie także będzie mógł tam grać. Nie dzisiaj, dzisiaj jeszcze nie, ale za jakiś czas będzie mógł występować również na tych pozycjach. Nie jest tak, że mamy jakiś problem i musimy szukać kolejnego zawodnika.
[El Mundo] Jedna z największych debat piłkarskich ostatnich miesięcy dotyczyła Viníciusa, Mbappé i Bellinghama pod względem ustawienia. Jude’a przez ostatnie dwa lata widzieliśmy praktycznie wszędzie: z lewej strony, jako ofensywnego pomocnika, niżej, wyżej. Jaki ma pan plan pozycyjny dla tej trójki i jakie są pana zdaniem najlepsze pozycje dla nich, żeby mogli grać razem?
To niesamowici piłkarze. Niesamowici piłkarze chcą grać z innymi niesamowitymi piłkarzami. Najlepsi czują frustrację, kiedy grają z zawodnikami, którzy nie są na najwyższym poziomie. Denerwują się, protestują, są sfrustrowani, bo inni nie nadążają za ich sposobem myślenia, za szybkością ich myślenia i wykonania. Najlepsi chcą grać z najlepszymi. Później dochodzi kwestia odpowiedniego poukładania tego pod względem taktycznym. To może być trochę trudniejsze. Ancelotti znalazł idealną Brazylię dla Viníciusa. Deschamps znalazł idealną Francję dla Kyliana. Tuchel znalazł idealne rozwiązanie dla Jude’a. Mourinho trudniej jest znaleźć idealne rozwiązanie dla całej trójki. Jest trudniej. I właśnie nad tym pracujemy. Chcę, żeby kiedy cała trójka gra razem, każdy z nich czuł się komfortowo na boisku. Zawsze bardzo pilnuję, żeby wymagać od zawodników rzeczy, o których wiem, że potrafią je robić dobrze. Nie chcę, żeby piłkarz coś robił dlatego, że mówię mu: „Masz to zrobić”. Nie podoba mi się to. Chcę, żeby robił daną rzecz, ponieważ uważa, że potrafi ją wykonać dla dobra zespołu. Mam ogromne przekonanie, że kiedy cała trójka będzie grała razem, będziecie mówić, że funkcjonują bardzo dobrze. To zawodnicy o ogromnej jakości i nie uważam, żeby ich pozycje były ze sobą nie do pogodzenia. W ogóle tak nie uważam. Mam ogromną wiarę w to, że czeka nas z nimi świetny sezon.
[ABC] Chciałem zapytać o pański sztab. Większość ludzi przyszła z Benfiki, niemal wszyscy. Mam trzy konkretne nazwiska. Khedira: dlaczego wybrał pan Khedirę na swojego asystenta? I dwie osoby, które były tutaj w poprzednim sezonie: Luis Llopis, trener bramkarzy, i Antonio Pintus, trener przygotowania fizycznego. Przyszedł pan ze swoim trenerem bramkarzy i swoim trenerem przygotowania fizycznego, ale Llopis nie został, a Antonio tak. Dlaczego podjęto taką decyzję? To była pańska decyzja czy ich?
Zawsze jest trudno. Zawsze trudno wejść do nowego klubu. Źle się czuję, kiedy muszę powiedzieć komuś, że nie będzie dalej pracował. To zawsze jest trudne. Staram się zmieniać jak najmniej. Staram się sprowadzać ludzi, którzy mogą mi pomóc zaszczepić określoną mentalność i sposób pracy. Staram się też sprowadzać osoby, do których mam ogromne zaufanie. Dla przykładu: pracujemy z siedmioma analitykami, a ja sprowadziłem tylko jednego. Bardzo się cieszę, że sprowadziłem tylko jednego, bo zastałem tutaj ludzi o bardzo wysokim poziomie. Jedyne, czego potrzebowali, to dostosować się do mojego sposobu myślenia i pracy. Pod względem sports science, danych, kontroli treningu, kontroli obciążeń czy indywidualizacji również sprowadziłem tylko jedną osobę. Bardzo się z tego cieszę, bo ludzie, którzy już tutaj byli, także się rozwinęli i dostosowali do naszego sposobu pracy. W zasadzie po jednej osobie do poszczególnych obszarów. Sami? W każdym klubie lubię mieć przy sobie kogoś z domu, kogoś o takim profilu. Podczas mojego pierwszego pobytu tutaj był to Aitor, dziś mistrz świata. Pomyślałem więc: zobaczmy, którzy zawodnicy Realu Madryt z moich czasów już nie grają i mają profil psychologiczny, który mi odpowiada. Xabi? Trener na najwyższym poziomie. Álvaro? Trener na najwyższym poziomie. Luka? Nadal gra. Granero? Businessman. Tak, businessman… I tak dalej, i tak dalej. Ostatecznie zostały mi dwa czy trzy nazwiska. Kiedy pierwszy raz rozmawiałem z Samim, poczułem to, co lubię czuć. Powiedział mi: „Jestem teraz w Stanach Zjednoczonych przy FIFA, ale jeśli mam przyjechać jutro, to jutro przyjadę”. I to wystarczyło. Dobrze go znam. Jest bardzo dobrym łącznikiem z zawodnikami. Grał tutaj, zna mentalność klubu. Ma z piłkarzami taką relację… Nie chcę powiedzieć „dobrą”, tylko taką relację, jaką asystent powinien mieć z zawodnikami. Bardzo rozwija się również pod względem pracy na boisku. Pozostali ludzie, którzy byli ze mną w Benfice, to osoby, którym ufam. Każdy ma swoje konkretne zadania: jeden bardziej odpowiada za organizację ofensywną, drugi za organizację defensywną i stałe fragmenty. Sprawa Llopisa i Nuno była jedną z tych, z którymi źle się czułem. Nie znam osobiście Llopisa ani jego pracy. Być może zrobiłem coś, czego nie powinienem był robić. Dzisiaj jednak trener bramkarzy jest dla mnie fundamentalną częścią pracy. Chciałem tutaj mieć od razu osobę, która już ze mną pracowała. To nie jest futbol sprzed dziesięciu lat. Kiedyś mówiło się: drużyna to dziesięciu zawodników plus bramkarz. Dzisiaj drużyna to jedenastu. Dlatego zdecydowałem się na tę zmianę. Jeśli chodzi o Antonio Pintusa i António Diasa, uznałem, że mogą do siebie bardzo dobrze pasować. Mają różne kompetencje, różne obszary działania, różne historie i różne sposoby myślenia o pracy. Łączymy doświadczenie jednego z nieustannymi poszukiwaniami drugiego. Jestem bardzo zadowolony z tego, jak pracujemy. Dobry sztab, dobrzy zawodnicy… Jeśli nie pójdzie dobrze, trener jest słaby.
[DAZN] Kilka miesięcy temu przyjechał pan tutaj z Benficą na mecz Ligi Mistrzów. Powiedział pan też, że utrzymywał kontakt z prezesem, który dzwonił do pana, kiedy Real zdobywał trofea. Czy podczas tamtej wizyty Benfiki miał pan z nim kontakt? Kiedy zaczął pan przeczuwać, że może ponownie usiąść na tym miejscu?
Podczas tamtego meczu zostałem w garażu. Oglądałem go w autobusie. A już zupełnie poważnie: nie miałem wtedy z nikim żadnego kontaktu. To był mecz Ligi Mistrzów, bardzo ważny zarówno dla Realu Madryt, jak i dla nas, dla Benfiki. Nie rozmawiałem z nikim. Nie potrafię dokładnie powiedzieć, kiedy doszło do pierwszego kontaktu, ale mogę powiedzieć jedno: najpierw były plotki, a dopiero później kontakt. Normalnie wygląda to odwrotnie: najpierw dochodzi do kontaktu, ktoś z kimś rozmawia, a później pojawiają się plotki i informacje. Tym razem było na odwrót. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem: „Real Madryt jest zainteresowany”, nie przywiązywałem do tego większej wagi. Co roku pojawiała się jakaś plotka. Kiedy Real Madryt rzeczywiście się ze mną skontaktował, byliśmy już po odpadnięciu z rozgrywek i znajdowaliśmy się w końcowej części sezonu. Wtedy pojawiło się pytanie, czy jestem zainteresowany. Nie potrafię podać dokładnej daty, ale wydaje mi się, że było to w okolicach dwóch ostatnich meczów Benfiki w lidze.
[ESPN] Kiedy przychodził pan tutaj w 2010 roku, sytuacja była zupełnie inna. Wszystko musiał pan dopiero poznać. Dzisiaj wraca pan do miejsca, które zna pan doskonale. Ma pan za sobą pewną historię i jest pan też innym José. Chciałbym zaproponować pewne ćwiczenie wyobraźni: jakiej rady Mourinho z 2013 roku udzieliłby dzisiejszemu Mourinho?
Dobre pytanie. Filozoficzne. Trudne. Tylko że to dzisiejszy Mourinho jest w stanie doradzać Mourinho z 2013 roku. Ten z 2013 roku nie jest w stanie doradzać dzisiejszemu. To trochę jak pytanie: to pan doradza swojemu ojcu czy pański ojciec doradza panu? Jedyne, co mogę powiedzieć, to że trzeba zawsze zachowywać duży spokój. Mnie jest dziś dużo łatwiej być spokojnym niż pięć lat temu, dziesięć lat temu czy dwadzieścia lat temu. To ciągła ewolucja. Może pan powiedzieć: „José, spokojny? Przecież w każdym sezonie dalej dostajesz dwie czy trzy czerwone kartki. O czym ty mówisz? Pod tym względem cały czas jesteś taki sam”. Ale nie mówię o takim rodzaju spokoju. Nie mówię o sposobie przeżywania meczu czy wyniku. Mówię o życiu. Bo w ciągu tygodnia ma pan maksymalnie cztery i pół godziny futbolu. Trzy mecze po półtorej godziny, czyli cztery i pół godziny. Ale jeśli pomnoży pan 24 godziny przez siedem dni, wychodzi mnóstwo godzin. Sto czterdzieści kilka, sto pięćdziesiąt… nie wiem. I właśnie przez te wszystkie godziny trzeba umieć zachować spokój. Zachować spokój. Dzisiaj jestem w tym lepszy. Jestem w lepszym miejscu niż wtedy, gdy tutaj przychodziłem, i niż wtedy, gdy odchodziłem. Mniej więcej o to chodzi.
Komentarze (31)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.