Javier, w futbolu istnieje coś niezwykle istotnego, niemal niespotykanego w innych dziedzinach. Właśnie dlatego klubom i markom sportowym tak trudno pozyskiwać nowych kibiców: zamiłowanie do piłki jest w dużej mierze przekazywane z pokolenia na pokolenie. Kto przekazał panu tę pasję?
Tak naprawdę pierwszy mecz piłkarski zobaczyłem niedługo po naszym powrocie z Ameryki. Oglądaliśmy w domu dziadka na czarno-białym telewizorze Klasyk. Byliśmy tam ze starszym bratem i podzieliliśmy się drużynami: jeden wybrał Barcelonę, a drugi Real Madryt. Wtedy zaczęliśmy interesować się futbolem i przejmować się tym, co dzieje się z tymi zespołami. Tak narodziło się nasze zamiłowanie do piłki. Później wujek zabierał mnie na niektóre mecze. Mój ojciec nie był wielkim miłośnikiem futbolu, choć kibicował Espanyolowi. Ze względu na jego służbę wojskową oraz pracę mojej mamy, która była profesorem uniwersyteckim, dużo podróżowaliśmy po Hiszpanii. Dopiero kiedy osiedliliśmy się w Huesce, staliśmy się bardziej związani z tym miastem. Zacząłem bardzo często chodzić na mecze, wielokrotnie sam, bo Huesca jest niewielkim miastem. Chodziłem z kolegami ze szkoły na nieistniejące już dzisiaj boiska. To były czasy, w których dziewięciolatek mógł sam przejść ulicami na stadion. Na tych ulicach nie było zresztą wtedy oświetlenia.
Wybór był więc przypadkowy. Pan i pański brat musieliście wybrać po jednej drużynie i panu przypadł Real Madryt, ale równie dobrze mogła przypaść Barcelona.
Tak właśnie było. Od tamtego momentu zaczęliśmy interesować się swoimi zespołami. Mój starszy brat nadal jest culé, a ja w dalszym ciągu jestem madridistą, choć teraz mam trochę sporów z prezesem Realu. Najbardziej cierpię jednak przez Huescę. To drużyna mojego miasta, klub, do którego należę i którego przez wiele lat byłem prezesem. Kibicują mu także moje dzieci, a mój najstarszy wnuk również jest za Huescą. Niestety w tym roku spadliśmy do [trzeciej ligi] Primera RFEF. Cierpię do tego stopnia, że czasami nie jestem nawet w stanie oglądać meczów.
Wróćmy jeszcze do czasów, gdy był pan zwykłym kibicem. Futbol to przede wszystkim społeczność, pewnego rodzaju plemię. Jest niezwykle przekrojowy, bo spotykają się w nim ludzie ze wszystkich klas społecznych i o różnym statusie. Z kim dzielił pan swoją pasję, zanim zaczął zawodowo pracować w piłce?
Z przyjaciółmi. Mam to szczęście, że moi szkolni koledzy z Hueski nadal są moimi przyjaciółmi. Spotykamy się trzy lub cztery razy w roku, niezależnie od tego, w których częściach Hiszpanii mieszkamy. Do dzisiaj rozmawiamy o futbolu, ale w tamtych czasach piłka była głównym tematem. Pamiętam, że kiedy jako młodzi ludzie, nastolatkowie czy studenci wychodziliśmy wieczorem na drinka, zawsze kończyło się na dyskusji między kibicami Barcelony i Realu Madryt. Powtarzaliśmy te same historie. Kiedy mówiliśmy, że zdobyliśmy 6 Pucharów Europy, culés odpowiadali: „Dinozaury też istniały”, bo od tych triumfów minęło bardzo dużo czasu. Nigdy nie zapomnę tej odpowiedzi. Jeden z nich zawsze mówił: „Dinozaury także istniały, kiedy telewizja była czarno-biała”. Kibice Barcelony podkreślali, że wszystkie te zwycięstwa odniesiono w czarno-białych czasach. Później nadszedł siódmy Puchar Europy i te dyskusje się skończyły. Były to bardzo sympatyczne i zabawne spory, choć toczyliśmy je z pasją. Wspólnie oglądaliśmy też mecze. W tamtych czasach w ogólnodostępnej telewizji pokazywano tylko niektóre spotkania, więc nie można było oglądać ich zbyt wiele. Czasami chodziliśmy razem na Huescę. Z tym wiążą się moje najlepsze wspomnienia. Nadal rozmawiamy o tamtych czasach z pewną pasją.
Chciałem właśnie o to zapytać. Jest pan prezesem La Ligi, więc choć wciąż pozostaje w panu kibic, nie może pan tego pokazywać. W pewien sposób reprezentuje pan wszystkie kluby ligi i musi bardzo uważać na wszystko, co mówi. Czy ma pan jakieś prywatne otoczenie, na przykład grupę na WhatsAppie ze szkolnymi przyjaciółmi, która jest całkowicie bezpieczną przestrzenią? Może pan tam napisać, że napastnik Realu Madryt jest beznadziejny albo skomentować coś innego i nadal zachowywać się jak kibic? Czy odkąd został pan prezesem La Ligi, to już się skończyło?
Po objęciu stanowiska prezesa La Ligi traci się znaczną część tej pasji, ponieważ pojawiają się inne cele. Nadal jestem kibicem, ale nie do tego stopnia, żeby wygłaszać takie komentarze. Po prostu nie czuję takiej potrzeby. Wiele osób mnie krytykowało, ale chciałem, żeby ludzie wiedzieli, że jestem kibicem Realu Madryt, bo i tak wszyscy by się o tym dowiedzieli. Nie lubię kłamać. Jeśli ktoś pyta mnie: „Której drużynie kibicujesz?”, nie odpowiem, że mu tego nie powiem. Tak nie może być. Traci się jednak sporą część pasji, bo pojawiają się inne cele. Człowiek martwi się o całą ligę oraz o to, żeby kluby przeżywające trudności były uporządkowane pod względem ekonomicznym. Nie mam już zatem potrzeby reagowania jak wcześniej podczas oglądania meczu: „Ten drań nie strzelił gola!”. Być może trochę inaczej wygląda to w przypadku reprezentacji. Wtedy mogę powiedzieć: „Ależ zmarnował okazję” albo coś podobnego. Nie ma w tym jednak złości ani niczego takiego. Moja pasja bardzo się zmieniła. Lubię wyrażać opinie o reprezentacji i robię to w grupach z dziećmi czy przyjaciółmi.
Mówimy o tym, że jako prezes La Ligi musi pan zachowywać większą powściągliwość i nie może wyrażać emocji tak swobodnie jak kibic. Dzięki tej funkcji miał pan jednak okazję poznać ludzi, którzy być może byli idolami z pańskiego dzieciństwa. Która z poznanych dzięki pracy legend sprawiła panu szczególną radość albo zrobiła na panu największe wrażenie?
Radość sprawiło mi poznanie wielu osób, ale jeśli chodzi o kogoś, kto zrobił na mnie duże wrażenie, wymieniłbym Cristiano Ronaldo. Jest o wiele bardziej ludzki niż może się wydawać. Znam także jego partnerkę oraz Hugo Sáncheza, którego znam od dawna. Robiliśmy wspólnie różne rzeczy w Chinach, Hiszpanii i Meksyku. To człowiek darzący hiszpański futbol wielkim uczuciem i zrobił na mnie duże wrażenie. Niedawno spotkałem też rodzinę Cristiano. Wpadliśmy na siebie na lotnisku w Rijadzie. Ja przyleciałem, a oni wsiadali do samolotu, żeby spędzić Boże Narodzenie w Laponii. Georgina do mnie podeszła, ponieważ wcześniej spotkaliśmy się podczas jednej z ważnych gal bokserskich w Rijadzie, gdzie nagraliśmy fragment materiału dla Netflixa. Bo Georgina pracowała kiedyś w restauracji, w której zatrzymywałem się z dziećmi podczas naszych wyjazdów na narty. Były wtedy małe, a ona pracowała tam jako kelnerka. Bardzo dobrze znałem właścicielkę lokalu. Nie pamiętałem Georginy, ale oczywiście pamiętałem właścicielkę, bo bywałem tam niemal w każdy weekend. Moje dzieci bardziej interesowały się narciarstwem i całą rodziną dużo jeździliśmy na nartach. Porozmawialiśmy o tym podczas nagrania. To bardzo ciekawa anegdota, jak ekipa Netflixa dowiedziała się o tej historii. Siedziałem tam i znałem producentkę przygotowującą reportaż. Powiedzieli, że kręcą ten reportaż o Georginie. Powiedziałem: „Georgina? Ona pracowała kiedyś w miejscu, w którym się zatrzymywałem”. Ona zdziwiona zapytała, czy możemy wspólnie o tym porozmawiać z Georginą. Odpowiedziałem, że z mojej strony nie ma problemu, choć wydawało mi się to trochę dziwne. Postawili sytuację na głowie i to zorganizowali: „Cristiano, chodź tutaj. Javier porozmawia z Georginą”. Rozmawialiśmy o tym i ten fragment znalazł się w serialu. A kiedy później lecieli do Laponii, Georgina mnie zawołała. Zrobiłem sobie z nią zdjęcie, które chciała komuś wysłać, a fotografię wykonał sam Cristiano. Ma bardzo ludzkie podejście. Darzy też swoje dzieci miłością godną podziwu, szczególnie w dzisiejszych czasach.
Komentarze (17)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się