Za kilka dni polecicie do Stanów Zjednoczonych, rozpocznie się zgrupowanie. Na razie opowiedz nam trochę o swoim przyjeździe tutaj. Co czujesz za każdym razem, gdy tu wracasz?
To przyjemność. Przyjemność przyjeżdżać tutaj i znowu widzieć wszystkich zawodników, z którymi mierzę się w trakcie sezonu albo z którymi gram od bardzo młodego wieku. To zawsze radość być w tym miejscu, a przede wszystkim mieć możliwość reprezentowania Francji. Nie każdy może tutaj przyjechać. Jesteśmy grupą wybraną przez selekcjonera reprezentacji, więc to zawsze przyjemność wracać do Clairefontaine.
Jesteśmy tutaj również po to, żeby porozmawiać o twoim bardzo trudnym roku w Anglii, zarówno pod względem psychologicznym, jak i osobistym. Wszystko zaczęło się od śmierci zawodnika, którego bardzo ceniłeś – Diogo Joty. Zginął prawie rok temu. To było niezwykle brutalne, bo chodziło o wypadek samochodowy. Po informacji o jego śmierci opublikowałeś bardzo poruszający wpis w mediach społecznościowych, w którym napisałeś, że to tak brutalne, że nie jesteś w stanie uwierzyć w to, co się stało.
Nawet dzisiaj trudno w to uwierzyć. Szczerze mówiąc, nawet dzisiaj. Jego szafka nadal jest w naszej szatni. Każdego dnia, gdy szedłem na trening, ona była tam z nami. To było brutalne. Pamiętam, że dowiedziałem się o tym, gdy byłem w Los Angeles, ale w to nie wierzyłem. To było coś, co mnie zniszczyło. W tamtym momencie nic mnie nie interesowało. Mówiłem sobie: „Ale dlaczego?”. Kiedy zna się taką osobę, jej charakter… To mogło przytrafić się komukolwiek z naszej drużyny, ale każdy zawodnik wskazałby go jako ostatniego, któremu coś takiego mogłoby się zdarzyć. Bo to był ktoś, kto niczego nie komplikował. Chciał być po prostu szczęśliwy, dobrze spędzać czas z kolegami, z rodziną, w cieniu. Nie interesowała go sława. Naprawdę był wyjątkowym człowiekiem. Potrafił rozmawiać ze wszystkimi, z najmłodszymi i najstarszymi. To było niesamowite mieć go w drużynie. Był też moim sąsiadem, łączyło nas trochę więcej wspólnych chwil. To coś bardzo mocnego, co dotknęło nas wszystkich.
Do tego wszyscy bardzo młodo wyjechaliście z domu. Ty opuściłeś dom w wieku 15 lat, prawda? Zmieniacie kluby, przeżywacie to na nowo przy każdym przejściu z jednego miejsca do drugiego. Czasami jest w tym pewna forma wykorzenienia. Czy te przyjaźnie, które tworzycie w szatni, na boisku i na co dzień, są dla ciebie naprawdę cenne?
Tak, naprawdę. Kiedy trafiasz do klubu, do szatni czy nawet do reprezentacji Francji, tworzysz nową rodzinę, bo będziesz spędzać z tymi ludźmi dużą część swojego życia. I nie wiesz, ile to potrwa. Na przykład w ośrodku szkoleniowym spędziłem trzy lata. To dużo. Pamiętam dzień, w którym odchodziłem. Płakałem. To było szalone. Pamiętam, że młodzi zawodnicy patrzyli na mnie jak na tego dużego, silnego gościa i byli zaskoczeni, że widzą mnie w takim stanie. Ale dzieje się tak dlatego, że tworzysz rodzinę. Tak było w Lipsku, tak było później w Liverpoolu. Nawet samo patrzenie na Mohameda Salaha i Robertsona, kiedy mówiłem sobie: „W przyszłym roku nie będę już z nimi”, rozdzierało mnie od środka. To są ludzie, którzy ostatecznie wiele znaczą w twoim życiu, w twoim rozwoju, w twojej drodze do sukcesu. I mówisz sobie: „Oni będą dalej żyć swoim życiem, ja będę żył swoim”. A potem okazuje się, że już ich nie zobaczysz. To rozdzierające i bardzo trudne.
Konkretnie, kiedy jesteś sportowcem na najwyższym poziomie, jak wraca się na boisko po śmierci kolegi? Jak się z tego podnosi? Jak grasz? O czym myślisz na boisku?
Nie wracasz. Wracasz, bo nie masz wyboru. Jesteśmy pracownikami klubu, który płaci nam co miesiąc, więc mamy prawa i obowiązki. Nie mamy wyboru. Myślę, że wszyscy kibice również byli tym poruszeni. Najlepsze, co możemy zrobić, to dawać im radość zwycięstwami albo dobrymi występami. W rzeczywistości nie mamy innego wyjścia, jak wrócić na boisko. Robimy to także dla niego, dla jego rodziny i dla nas samych.
Trzeba powiedzieć naszym słuchaczom, że Diogo Jota, poza tą promienną osobowością, którą opisałeś, wywołał swoją śmiercią szok w całym świecie sportu i futbolu. Jego reprezentacja, Portugalczycy, również była całkowicie zdruzgotana. Jak można coś takiego przezwyciężyć?
To bardzo dobre pytanie. Sam je sobie zadawałem: jak można coś takiego przezwyciężyć? Kilka miesięcy temu widziałem wywiad z jednym z moich byłych kolegów z drużyny, Jamesem Milnerem, który dziś kończy karierę. Powiedział, że kiedy ktoś umiera, nigdy nie wiesz, kiedy naprawdę to do ciebie dotrze. W danym momencie możesz być tak zszokowany, że nie zdajesz sobie z tego sprawy i idziesz dalej. A potem, po dwóch, trzech miesiącach, po kilku miesiącach, a nawet po kilku latach, nagle wszystko do ciebie wraca. Wtedy naprawdę to sobie uświadamiasz. Myślę więc, że z tego się nie wychodzi. Uczysz się z tym żyć. To ostatecznie cel każdego z nas. To smutna rzeczywistość życia, o której nie jesteśmy informowani. Myślę, że cały system próbuje nam wmówić, że to coś, co nigdy się nie wydarzy albo wydarzy się jak najpóźniej. A to nieprawda. Jest też przesłanie i piękno, które się za tym kryje. Bo czasami lubię patrzeć na pozytywną stronę rzeczy. To uczy pokory, uczy próby przeżywania pięknych chwil z ludźmi wokół nas, czy to rodziną, przyjaciółmi, czy nawet nieznajomymi. Z drugiej strony to też jest piękno życia. Dlatego za każdym razem, gdy spotykam ludzi, sprawia mi przyjemność okazywanie dobrego humoru, pokazanie, że jesteśmy tylko ludźmi i że na końcu powinniśmy być dla siebie dobrzy.
Potrzeba było ogromnej siły psychicznej, żeby wrócić na boisko i odbudować drużynę. W styczniu straciłeś ojca, który od pewnego czasu chorował. Wiedziałeś, że może umrzeć w tym roku?
Nie, nigdy nie wiadomo. Nigdy. To prawda, że nigdy o tym nie mówiłem. Nigdy. Na początku sezonu mój ojciec był hospitalizowany przez kilka tygodni. W mojej sytuacji nie wiedziałem, co robić. Nie wiedziałem, czy powinienem wrócić, czy przestać grać z tego powodu. Drużyna też mnie potrzebowała. On mieszkał w Paryżu, a ja nie wiedziałem, z kim o tym porozmawiać. To znaczy, że wszystko zachowałem dla siebie. I to może być rada, którą dałbym wszystkim, którzy nas słuchają. Kiedy czujesz się źle albo kiedy coś się dzieje, rozmawiaj z ludźmi wokół siebie, bo to może ci pomóc. Może ci to zrobić dobrze. Ja o tym nie mówiłem. Zachowałem to dla siebie. Pewnego dnia lekarz powiedział mojej rodzinie… To nie był lekarz klubowy, tylko lekarz, który zajmował się moim ojcem. Powiedział nam: „Nie chcę wam mówić, że umrze za tydzień czy coś podobnego, ale jego organy są zmęczone. Starość robi swoje, więc nie zostało mu dużo czasu”. Ale nigdy nie jesteśmy gotowi. Nie wiedzieliśmy też, że wszystko potoczy się tak szybko.
Jesteś niezwykle blisko ze swoim rodzeństwem. Tworzycie bardzo zjednoczoną rodzinę. Oni są przy tobie od dzieciństwa, od początku twojej gry w piłkę, jeszcze z czasów w trzynastej dzielnicy. Co stało się wtedy z twoją rodziną? Byliście razem, mimo że żyjecie daleko od siebie?
Tak, szczerze mówiąc, w tamtym momencie byliśmy wszyscy razem. Z moimi starszymi siostrami, ze wszystkimi. Najważniejsze wtedy, i to jedno z pięknych wspomnień, które mam z dnia śmierci mojego ojca, jest takie, że byliśmy w szpitalu. On był z nami. Zmarł może 45 minut albo godzinę wcześniej. A my opowiadaliśmy sobie żarty o tym, co wcześniej robił, o pozytywnych rzeczach, o tym, co nam mówił i co nas rozśmieszało. To było trudne, ale to był właściwy moment. To była też dla nas pewność, że przypominamy sobie, jakim był człowiekiem.
On chyba nie interesował się szczególnie piłką, prawda?
Nie, nie interesował się nią w ogóle. Wiesz, takie rzeczy wcale go nie interesowały.
Kiedy miałeś 15 lat i wyjeżdżałeś z domu do Sochaux, zatrzymał cię przy drzwiach i powiedział: „Ibrahima, chcę, żebyś był dobrym człowiekiem”. To było jego przesłanie?
Tak. Miałem wrażenie, że to był jego jedyny cel. Nawet między nami, braćmi, czy w naszym prywatnym życiu, chodziło o to, żeby robić sobie nawzajem dobro. Jeśli ktoś trochę zbaczał z drogi, trzeba było mu powiedzieć, żeby wrócił na właściwą. Zawsze trzymać się razem, cokolwiek by się działo. A dla mnie osobiście chodziło o to, żeby zawsze być dobrym człowiekiem. Nie gniewać się na nikogo, być dobrym. Myślę, że poza byciem piłkarzem mój sukces wynika z tego, że byłem bardzo dobrze wychowany. Kiedy odchodziłem z ośrodka szkoleniowego, a nawet gdy odchodziłem z Liverpoolu, wiadomości, które dostawałem… Na przykład trener Liverpoolu powiedział mi: „Masz 24 lata, a jesteś jedną z najlepszych osób, jakie spotkałem”. To coś, co rozgrzewa serce, bo od razu myślę wtedy o ojcu.
Kiedy przechodzisz przez takie próby, wpływa to na całe życie. Twoim życiem jest bycie piłkarzem. Musisz dobrze grać, musisz być maksymalnie skoncentrowany. Ludzie, którzy oglądają cię na boisku, myślą, że to łatwe, ale to trudna praca. Bycie piłkarzem wymaga ogromnej koncentracji, poświęcenia i dyscypliny. Oczywiście te dwa wydarzenia miały wpływ na twój sezon. Był moment, w którym na boisku sprawiałeś wrażenie, jakbyś kończył sezon Premier League na oparach. To był ekstremalnie trudny sezon dla Liverpoolu, który ostatecznie zakończył się dobrze. W którym momencie poczułeś: „dobrze, zaczynam wracać na nogi”?
Szczerze mówiąc, nigdy nie było momentu, w którym poczułem, że jestem na drodze do powrotu, bo te wszystkie tragiczne wydarzenia nastąpiły bardzo szybko po sobie. Kiedy myślisz, że zaraz wynurzysz głowę z wody, wraca coś kolejnego. Miałem jednak wsparcie tych wszystkich kibiców Liverpoolu, którzy są wyjątkowi. Angielscy kibice naprawdę tacy są. Motto Liverpoolu mówi, że nigdy nie będziesz szedł sam.
Czyli w tym czasie nie szedłeś sam?
Dokładnie. Moi koledzy z drużyny, a przede wszystkim moja rodzina, byli wspaniali. Byłem też ja sam ze sobą. To było trudne, ale musiałem pracować nad sobą, żeby spróbować wrócić na nogi, bo drużyna potrzebowała mnie bardziej niż kiedykolwiek. Powiedziałem sobie: dobrze, to się stało. To nie jest coś, co zdarza się każdemu każdego dnia. A Liverpool… Wiem, że mój ojciec by tego chciał. Kiedy zmarł, wróciłem szybciej, bo mieliśmy kontuzjowanego zawodnika. Powiedziałem sobie, że właśnie tego by chciał. Ten klub zasługuje na grę w Lidze Mistrzów.
A przecież od 15. roku życia ominęło cię tak wiele ważnych chwil rodzinnych. To jest najtrudniejsze?
Nie mów mi tego. Tak, właśnie to.
Ominęły cię śluby, a po pogrzebie ojca musiałeś wsiąść do samolotu i wrócić do Anglii.
Tak. Szczerze mówiąc, dla piłkarza, przynajmniej dla mnie osobiście, najtrudniejsze są te wszystkie rodzinne momenty, wszystkie wydarzenia, w których nie mogłem uczestniczyć, bo miałem mecz albo trening. Kiedy dostajesz filmiki, na których wszyscy są szczęśliwi, wszyscy dobrze się bawią… To łamie serce, bo możesz mieć wszystkie pieniądze świata, ale takie chwile nie mają ceny.
To ważne, bo niewielu zawodników, nawet sportowców z najwyższego poziomu, przyznaje, że przechodzili bardzo trudne chwile psychicznie: spadki nastroju, depresję, lęk, momenty paniki. Kiedy mówisz: „wróciłem, musiałem popracować nad sobą”, co to znaczyło?
Chodziło o to, żeby jak najszybciej spróbować to zaakceptować. Spróbować powiedzieć sobie, że to część życia. Bo powiedzieć coś i zrobić to naprawdę to dwa zupełnie różne światy. Dałem sobie powody, dla których musiałem to zrobić. Te powody były bardzo spójne. Mówiłem sobie: dobrze, pójdziesz, uda się, będziesz miał wokół siebie ludzi, którzy ci pomogą i dobrze cię otoczą, żeby wrócić na właściwe tory. Ostatecznie byłem bardzo szczęśliwy, że wróciłem. Choć gdy wróciłem i zobaczyłem twarze ludzi, którzy ze mną trenowali, chciałem się odwrócić i wrócić. Widziałem w nich smutek, nawet większy niż mój. Powiedziałem sobie: nie, nie bądźcie smutni. Proszę, to nie ten moment. Dopiero wróciłem, proszę. Bo jeśli wy będziecie smutni, ja będę jeszcze bardziej smutny. I wtedy to we mnie uderzyło. Podam dwa przykłady: Mohamed Salah i Robertson. Myślę, że to jeden z powodów, dla których płakałem, kiedy odchodzili. Gdy to się stało, od razu wysłali mi wiadomości. Ale także po moim powrocie zawsze byli tymi gośćmi, którzy podchodzili do mnie, siadali obok i próbowali powiedzieć jakiś żart, żeby mnie rozśmieszyć. To prawda, że przez pierwsze dni byłem trochę nieobecny. Byłem tam, ale jakby mnie nie było. Po tygodniu, po kilku tygodniach znowu odnalazłem siebie, powiedzmy to w ten sposób, bo nie znajduję lepszego słowa. Później było już znacznie lepiej. Najtrudniej jest wtedy, gdy jesteś sam, gdy dużo myślisz i rozważasz. Dlatego tak ważne jest, żeby o tym mówić. Nie trzeba się wstydzić ani czuć zakłopotania. Jesteśmy ludźmi. To, że dużo zarabiamy albo jesteśmy gwiazdami, nie znaczy, że przestajemy być ludźmi. Wielu ludzi o tym zapomina.
To bardzo odważne, bo są wielkie nazwiska, zwłaszcza w futbolu, które przyznały, że w pewnym momencie kariery miały załamania. Myślę na przykład o Thierrym Henrym, który mówił, że zrozumiał to bardzo późno. Może jesteście pierwszym pokoleniem, które akceptuje także rany psychiczne? Od dziecka wiesz, że możesz zranić ciało, ale czy masz wrażenie, że jesteście pierwszym pokoleniem, które ma prawo zranić też duszę i że to nic złego, bo z takich ran też można wrócić?
Właśnie. Nie mógłbym powiedzieć tego lepiej niż ty przed chwilą. Szczerze. Tak, są załamania, jest depresja. Myślę, że depresja jest czymś znacznie głębszym. To choroba, z którą ludzie żyją na co dzień. Można też cierpieć na depresję w futbolu i nie wolno się wstydzić, żeby o tym mówić. To może dotyczyć wszystkiego i niczego. Często słyszałem, jak zawodnicy mówili, że mają depresję, a kibice albo ludzie z zewnątrz odpowiadali: „Dlaczego on może mieć depresję? Przecież zarabia tyle pieniędzy”. Nie, to bzdura. Nie wolno tak mówić. Depresja jest osobista. Jest głęboko w tobie. Zawsze mówiłem, że migrena, złamana noga czy uraz fizyczny to coś, co niemal można opatrzyć, można leczyć. A ból serca, różne rodzaje bólu, rozstanie…
Złamane serce? Rozstanie?
Nie, nie, wcale nie. Nie mówię o sobie. Widziałem to jednak u ludzi wokół mnie. Kiedy masz depresję, to nie jest tylko w głowie. Myślę, że to zaczyna się od tego, co czujesz w sercu, a potem idzie do mózgu.
I przejmuje kontrolę nad ciałem.
Przejmuje kontrolę nad całym ciałem. Dla mnie właśnie to jest trudne. I trzeba o tym mówić. Jeśli ktoś jest w takiej sytuacji, czy w futbolu, czy poza futbolem, kimkolwiek jest, rada, którą mogę dać, brzmi: rozmawiajcie, szukajcie pomocy. To dobrze robi.
Mam ostatnie pytanie. Właśnie dowiedzieliśmy się, że opuszczasz tę rodzinę Liverpoolu. Kiedy wiesz, że twój kontrakt się kończy, zaraz zaczynasz mundial i jesteś w zawieszeniu, bo nie wiesz, dokąd pójdziesz, jak czujesz się psychicznie?
Bardzo dobrze.
Naprawdę?
Tak, bardzo dobrze.
Wiesz coś?
Nie, nie będę się przechwalał, ale myślę, że wszyscy wiedzą, do czego jestem zdolny. Wszyscy wiedzą, co pokazuję światu futbolu od początku kariery. Ofert więc nie brakuje. Nie sądzę, żeby miało ich zabraknąć. Nie martwię się tym. A tym bardziej, jeśli turniej potoczy się tak, jak życzą sobie wszyscy Francuzi i jak my tego chcemy. Wtedy naprawdę wszystko będzie dla mnie dobrze.
Mamy nadzieję, że zajdziecie bardzo daleko i zobaczymy się około 20 lipca. Finał odbędzie się 19 lipca, więc jeśli wrócisz wtedy świętować z Francją, lato będzie dla ciebie udane, prawda?
Będzie jeszcze wiele etapów, zanim do tego dojdziemy, ale ciężko pracujemy, żeby wspinać się po szczeblach krok po kroku.
Komentarze (5)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się