– Zapewne zastanawiacie się, w jakim celu zebrałem was tutaj tak nagle o tej porze – rzekł Álvaro Arbeloa do swoich podopiecznych z tajemniczym błyskiem w oku.
Zdezorientowani piłkarze wymieniali między sobą pytające spojrzenia. Żaden z nich nie wiedział, skąd to niezapowiedziane posiedzenie w katakumbach Estadio Santiago Bernabéu w godzinach nocnych tuż po przerwie na reprezentacje. Byli jednak pewni, że powód musiał być ważny. Bogiem a prawdą, nietrudno było się tego domyślić.
– No więc dlaczego nas tutaj wezwałeś, míster? – zebrał się w końcu na odwagę jeden z zawodników, zadając tym samym pytanie, na które trener właśnie czekał.
– Zebrałem was tutaj, ponieważ mam pewien plan – odparł.
– Jaki, míster? – dopytał ktoś z tłumu zebranych.
– Mianowicie sprytny – odrzekł. – Graliście kiedyś w szachy? Głupie pytanie. W każdym razie postaram się wytłumaczyć to w taki sposób, żebyście nawet wy to zrozumieli. Najważniejsze jest jednak, by żaden z was nie puścił pary z ust bez względu na to, co będą o nas mówić– dodał.
A mówić o Realu Madryt mieli w najbliższym czasie na przemian źle lub bardzo źle. Był to mimo wszystko wyłącznie element taktyki, który docelowo uwiarygadniał misterny fortel uknuty przez Spartanina. Ten był bowiem tak naprawdę o wiele bardziej przebiegły, niż myślano dookoła. Nikt nie podejrzewał, że to jedynie poza pozwalająca pozostanie pod przykrywką.
Álvaro Arbeloa po godzinach pracy uchodził za wyjątkowo sprawnego szachistę. Planowanie ruchów z wyprzedzeniem zdążyło wejść mu w krew dawno temu, co miało okazać się wyjątkowo pomocne już po przejęciu pierwszego zespołu Królewskich. Znał też doskonale moc gambitu. Wiedział, że czasami trzeba poświęcić pionka lub nawet kilka, by utorować sobie drogę do wywalczenia lepszej pozycji i osiągnięcia faktycznego celu. A jako że plan miał być sprytny, to nie mogło w nim zabraknąć rzecz jasna również elementu zaskoczenia i uśpienia czujności wszystkich wokół.
– No więc słuchajcie. Po pierwsze przegrywamy na Majorce. Wtedy pomyślą, że jesteśmy martwi. A gdyby ktoś jeszcze był na tyle naiwny i w to wątpił, z Gironą nie pozostawimy wśród opinii publicznej już żadnych wątpliwości. Przed przerwą na kadry trochę nas poniosło – zaczął tłumaczyć Arbeloa.
– Ale jak to przegrywamy na Majorce? – nie wytrzymał jeden z graczy i zapytał zdumiony.
– Gambit. Mówi ci to coś? I nie, nie chodzi o jednego z X-manów. Tak myślałem – odpowiedział trener nie bez wymalowanej na twarzy subtelnej irytacji.
– A co z Bayernem? – drążył dociekliwy piłkarz.
– Z nimi u siebie też przegrywamy. Musimy to jednak zrobić tak, żeby ulegli złudzeniu, że mają nas w garści. Najlepiej doprowadzić do kontaktu w drugiej połowie, jakoś na kwadrans przed końcem – odparł tym razem cierpliwie Spartanin. A wtedy – zawiesił na chwilę głos – wtedy w rewanżu plan wkracza w decydującą fazę. Bierzemy tyle benzyny, ile jesteśmy w stanie unieść i podpalamy wszystko, jak leci.
Reszta już była historią. Zaskoczonym pewnym swego Bawarczykom przed oczami po raz kolejny stanął pożar, jakiego świadkami w Monachium byli już nieco ponad dekadę temu. Allianz Arena ponownie stanęła w ogniu rozsianym przez niszczycielską siłę Królewskich. Tych samych, którzy przecież jeszcze parę chwil temu wydawali się tak bezbronni i trzymający się na nogach ostatkami sił. Bezlitosna pożoga trawiła na swojej drodze wszystko, co akurat nie było przywdziane w białą koszulkę. Álvaro Arbeloa obserwując płomienie z boku, jedynie delikatnie uśmiechał się pod nosem. „Mają szczęście, że ich stadion nosi nazwę firmy ubezpieczeniowej”, pomyślał sobie, a żart ten przyniósł mu nawet umiarkowaną wewnętrzną satysfakcję. Tak naprawdę tego 0:4 Bayernowi wynagrodzić w pełni nie mogła jednak choćby najdroższa polisa.
W półfinale z PSG dzieło dewastacji było kontynuowane. Pięć bramek w dwumeczu Kyliana Mbappé wzbudziło w napastniku Królewskich wręcz pewne współczucie. Do tego stopnia, że ten postanowił zrzec się pieniędzy, jakie paryżanie zalegali mu wskutek wielomiesięcznych sądowych batalii. Stwierdził, że rachunki zostały wyrównane, a na świecie są rzeczy ważniejsze od pieniędzy. Na przykład widok miny Nassera Al-Khelaïfiego po trzecim trafieniu Kyliana na Parc des Princes i owacja na stojąco od kibiców dla swojego syna marnotrawnego.
W finale czekali już starzy znajomi z innej części miasta stołecznego Hiszpanii. A jako że znajomi starzy, to i rzeczy potoczyły się po staremu. Tym razem do wygranej nie trzeba było jednak gola w 93. minucie ani trafienia w słupek piłkarza Atlético w serii jedenastek. Po tym, co Real zademonstrował w rewanżowym ćwierćfinale oraz w obu starciach półfinałowych, ekipa Cholo Simeone od początku spotkania wyglądała po raz pierwszy tak, jakby w oczy zajrzał im najbledszy strach. Podczas gdy przed dwunastoma laty tak naprawdę przegrali finał w doliczonym czasie, tak tym razem porażka była wymalowana na ich twarzach już od kopnięcia oznaczającego start potyczki. Tak oto La Décimosexta po łatwej przeprawie stała się faktem.
Po latach nikt nie pamiętał już prasowych nagłówków po porażce z Mallorcą i remisie z Gironą. Tak samo jak nikt nie pamiętał o wynoszącej w tamtym momencie dziewięć punktów przewadze Barcelony nad Realem Madryt. Wszyscy pamiętali jedynie o genialnym planie Álvaro Arbeloi, który piłkarskim gambitem poświęcił Puchar Króla i mistrzostwo kraju, by sięgnąć po trofeum uważane za to najcenniejsze. Spartanin przechytrzył wszystkich, był przez cały ten czas nawet nie kilka, ile kilkanaście kroków przed resztą. Jego wierni żołnierze natomiast w żadnym momencie nie puścili pary z ust.
Już na emeryturze w swoim pięknym domu na Zanzibarze Arbeloa bardzo chętnie opowiadał zresztą tę historię swoim sąsiadom. Trzeba jednak przyznać, że mieszkający z nim przez płot Elvis Presley również miał ciekawe rzeczy do powiedzenia.
* * *
Mecz rozpocznie się dziś o 21:00, a w Polsce można go obejrzeć na kanale CANAL+ Extra 1 w serwisie CANAL+.
Komentarze (64)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się