Gdybym poprosił cię, żebyś powiedział mi, co w ostatnich 24 godzinach cię rozbawiło albo wywołało uśmiech, co by to było? Wiadomość, filmik, cokolwiek.
Mój pies.
Jak się wabi?
Orus. To duży samojed, z mnóstwem białej sierści.
I dlaczego wywołał u ciebie uśmiech?
Bo kiedy wychodzimy z nim na spacer, zawsze coś zbroi, a moja dziewczyna wysyła mi potem filmiki.
Urodziłeś się w El Campillo, małej miejscowości w Huelvie otoczonej kopalniami. Twoja rodzina miała coś wspólnego z kopalnią?
Tak, mój dziadek pracował tam przez wiele lat. Kopalnia jest bardzo blisko mojego domu i zawsze dorastałem z tym krajobrazem. Praca górnika jest bardzo trudna. Dziadek opowiadał mi, co tam robili pod ziemią, i to naprawdę mocne historie.
Czym zajmowali się twoi rodzice?
Moi rodzice już nie pracują, dzięki Bogu.
Dzięki Bogu czy dzięki tobie?
No tak, na szczęście mogłem sprawić, że moi rodzice przestali pracować. Moja mama pracowała w firmie zajmującej się owocami, a tata był listonoszem. To marzenie każdego człowieka: żeby rodzice dzięki niemu, dzięki temu, co osiąga, mogli przestać pracować. Dla mnie to spełnienie marzeń, że mogli to zostawić, a ja mogę im teraz oddać wszystko, co dla mnie poświęcili i że oni mogą cieszyć się tym, czego razem doświadczamy.
Masz rodzeństwo?
Tak, młodszego brata. Studiuje prawo. Jest kozakiem. Mówi, że chce zostać adwokatem albo sędzią, jeszcze nie zdecydował.
Co pamiętasz z dzieciństwa? Jaki obraz przychodzi ci do głowy?
Że byłem bardzo szczęśliwym dzieckiem. Od szóstego czy siódmego roku życia cały czas grałem w piłkę: u babci w domu, na placu w miasteczku, z bratem, z kolegami. Zawsze gdzieś była piłka. Etap, który przeżyłem w mojej miejscowości, wspominam z ogromną radością.
Gdzieś czytałem, że na początku piłka wcale nie podobała ci się aż tak bardzo.
To prawda. Rodzice zabierali mnie, bo chodzili też moi koledzy, taka klasyka. A boisko było piaszczyste, takie z ubitej żółtej ziemi. Gdy miałem pięć lat, zamiast trenować, robiłem kupki z piasku. Piłka niespecjalnie mnie wtedy interesowała. Rok czy dwa lata później, gdy miałem sześć albo siedem lat, już ją pokochałem.
Komu kibicowałeś jako dziecko?
Barçy.
Na pewno?
Na sto procent.
Dlaczego?
Przez mojego wujka Juana Antonio, który jest wielkim culé. To on zaszczepił we mnie Barçę: koszulki, mecze… Odkąd pamiętam, jestem za Barçą.
To prawda, że Barça próbowała cię ściągnąć dwa razy?
Tak. Tata opowiedział mi o tym dopiero później, bo gdy byłem mały, nie chciał, żebym wiedział o takich rzeczach. Za pierwszym razem uważał, że to za wcześnie, żebym sam wyjeżdżał do Barcelony. Rok później, gdy miałem prawie trzynaście lat, znów po mnie wrócili, wtedy już mi o tym powiedział i wspólnie zdecydowaliśmy, że tak.
Twoja pierwsza noc w La Masii była najtrudniejszą w życiu.
Tak, bez wątpienia najtrudniejszą. Przyjechaliśmy samochodem: moja babcia, brat i rodzice. Gdy wysiadałem, żeby wejść do środka, babcia płakała, rodzice płakali, ja płakałem, mój brat tak samo. Już wchodziłem rozbity. A w nocy czułem się bardzo samotny. To był nowy etap: życie daleko od domu, bez rodziców, bez przyjaciół.
Spałeś sam czy z innymi chłopakami?
Z trzema kolegami. Dwóch było nowych, a jeden był tam już od jakiegoś czasu.
Znałeś ich?
Znałem ich z mijania się na turniejach, ale nic ponadto. To był bardzo smutny dzień, choć jednocześnie szczęśliwy, bo zaczynało się spełnianie marzenia.
Często wracasz do swojej miejscowości?
Teraz jest to bardzo trudne.
Jasne. Stałeś się piłkarzem z najwyższego poziomu i to ma też mniej przyjemną stronę: ludzie zatrzymują cię na ulicy, musisz uważać na to, co mówisz, co robisz… prawda?
Tak, to bywa niewygodne, bo musisz sobie odmawiać wielu rzeczy: uważać na to, co wrzucasz do Internetu, co mówisz, dokąd idziesz. Z drugiej strony, kiedy ktoś zatrzymuje cię do zdjęcia albo dziecko prosi o koszulkę, to powód do dumy. Czasami to niewygodne, ale pięknie jest też być dla wielu osób kimś ważnym.
W pewnych momentach potrzebowałeś pomocy psychologicznej. Miało to związek z oswojeniem nowej sytuacji: gra w Barcelonie, powołania do reprezentacji, presja…?
Tak. Choć potrzebowałem jej także jako dziecko. W La Masii było mi ciężko i grałem niewiele. Dziecku trudno jest poradzić sobie z taką frustracją. Właśnie wtedy po raz pierwszy potrzebowałem pomocy. Potem, gdy trafiłem do pierwszej drużyny i do reprezentacji, wchodzisz już w zupełnie inny wymiar. Pomoc psychologiczna jest fundamentalna. Zawsze jej potrzebowałem, korzystam z niej regularnie.
Co lubisz robić, kiedy odcinasz się od futbolu?
Jestem prostym chłopakiem. Kiedy jestem w domu, spędzam czas z dziewczyną i z psem. Lubię wyjść na spacer, wyskoczyć coś zjeść po południu, pobyć z rodziną i przyjaciółmi. To ważne, bo często piłka zajmuje człowieka przez całą dobę i w końcu mam przesyt.
To prawda, że czasami wyłączasz telefon?
Nie wyłączam go, ale odkładam gdzieś na bok, wyciszam. Kiedy wychodzę na spacer, czasami zostawiam go w domu. A jeśli biorę go ze sobą, staram się na niego nie patrzeć: to czas dla mnie albo na oderwanie się od wszystkiego z moją partnerką.
Co dziś cenisz w swoim życiu poza piłką, czego wcześniej nie miałeś? Poza tym, co oczywiste, jak możliwość kupienia domu w tak młodym wieku. Albo inaczej: czego najbardziej ci brakuje?
Prywatności. Czasami chciałbym być jak któryś z moich kumpli: żeby nikt mnie nie znał, żeby nikt nie zatrzymywał mnie na ulicy.
Przysięgam, miałem zapisane pytanie, czy chciałbyś kiedyś być niewidzialny.
W stu procentach. Bardzo chciałbym być niewidzialny.
Fajne by to było, co?
Tak. Nie cały czas, ale przez tydzień… chciałbym robić normalne rzeczy i o niczym nie myśleć.
Obchodzi cię to, czy ludzie cię lubią, czy nie?
Nie, nie obchodzi mnie to, że ktoś może mnie nie lubić. Myślę, że większość ludzi mnie lubi. Jestem prosty i pokorny, a ludzie to dostrzegają. A jeśli ktoś mnie nie lubi, nie spędza mi to snu z powiek.
Jeśli jest się za Barçą, to trzeba nie lubić Realu Madryt?
Tak. Na tym polega rywalizacja. Jeśli jesteś za Barçą, Real Madryt nie może ci się podobać. I odwrotnie. Nie da się kibicować jednocześnie Barçy i Realowi Madryt. Dla tych, którzy naprawdę żyją piłką, to niemożliwe. Po drugiej stronie jest tak samo.
Co dało ci wypożyczenie do Linares poza samym aspektem piłkarskim?
Bardzo dojrzałem. To był powrót do prawdziwej piłki: mniej środków, życie w pojedynkę, radzenie sobie samemu. Po tylu latach w La Masii, gdzie wszystko było zapewnione, to było zderzenie z rzeczywistością. Wyniosłem z tego dojrzałość i cierpliwość.
Gdybyś mógł porozmawiać z 13-letnim Fermínem, co byś mu powiedział?
Żeby był cierpliwy. Jako dziecko chciałem wszystko natychmiast: grać, być fizycznie taki jak inni… Powiedziałbym mu, żeby poczekał na swój moment, szedł swoją drogą i pracował tak, jak pracuje.
Czego wymagają od ciebie Hansi Flick i Luis de la Fuente? Czy to są podobne rzeczy?
Każdy trener ma swoje niuanse, ale na mojej pozycji oczekują ode mnie podobnych rzeczy: gry między liniami, atakowania wolnej przestrzeni, wchodzenia w pole karne, niegubienia piłek i strzałów z dystansu. Mniej więcej tego samego.
I na koniec: możemy powiedzieć, że jesteśmy faworytami do wygrania mundialu? Jesteśmy numerem jeden w rankingu, mistrzami Europy…
Wiemy, że jesteśmy bardzo mocną reprezentacją, ale nie podoba mi się takie mówienie o „faworytach”. Gdy za bardzo w to uwierzysz, możesz się rozluźnić. Uważam jednak, że mamy niesamowitą drużynę i że oczywiście możemy wygrać mundial.
Komentarze (3)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się