Walka o ciszę
Można trochę ciszej? Nie idzie się skupić przez ten hałas.
Vinícius. (fot. Getty Images)
Dziś wieczorem osoby piłkarskie Realu Madryt <gwizdy> podejmą na Santiago Bernabéu drużynę AS Monaco. Osoby zawodnicze Królewskich <gwizdy> powalczą o piąte zwycięstwo w fazie ligowej Champions League, które może znacznie przybliżyć zespół gospodarzy <gwizdy> do utrzymania miejsca w pierwszej ósemce. Będzie to zarazem pierwsza konfrontacja pomiędzy ekipą z Księstwa i Los Blancos <gwizdy> od ponad dwudziestu lat.
* * *
Cokolwiek napisać przed dzisiejszym spotkaniem, w głowie i tak cały czas będą nam wybrzmiewały przede wszystkim gwizdy w starciu z Levante. Sobotnia potyczka w normalnych okolicznościach zostałaby sklasyfikowana jako typowe spotkanie bez historii. Zwyczajny wynik po średniej grze i przeciętnych golach. Nic tylko dograć i rozjechać się do domów. Ale nie tym razem. Mecz bez historii boiskowej stał się bowiem meczem historycznym z powodu tego, co kibice urządzili swojemu zespołowi. Eskalacja niezadowolenia i frustracji przybrała niespotykany od lat rozmiar, a w stwierdzeniu, że Real Madryt mógł czuć się niczym na terenie któregoś z największych wrogów, nie byłoby cienia przesady.
Jeśli wierzyć mediom, zawodnicy spodziewali się gwizdów, ale mimo wszystko zdziwił ich fakt, że nie ustawały one praktycznie do końca meczu. Jeśli jednak spojrzeć na sprawę nieco chłodniejszym okiem, dziwić nie powinni się ani trochę. Reakcje madridismo w minioną sobotę nie były bowiem podyktowane wyłącznie odpadnięciem z Pucharu Króla. Powiedzielibyśmy nawet, że nie były podyktowane odpadnięciem z Pucharu Króla do pary z porażką w finale Superpucharu Hiszpanii. Bez tych dwóch porażek rzecz jasna zapewne udałoby się uniknąć podobnej symfonii, ale tak naprawdę stały się one jedynie ostatecznym zapalnikiem.
Rozmiar reakcji fanów na trybunach był w gruncie rzeczy podsumowaniem tego, co obserwować można było od kilkunastu tygodni. Choć za cały ten wielopłaszczyznowy chaos głową zapłacił Xabi Alonso, który też z pewnością popełnił sporo błędów, to jednak w oczach wielu po prostu stał się on kozłem ofiarnym rozpieszczonych piłkarzy oraz niezbalansowanej budowy zespołu. Nawet jeśli przygoda Baska w roli trenera Realu Madryt potrwała niewiele ponad pół roku i trudno byłoby kogokolwiek przekonać, że odszedł z podniesioną głową, to jednak chyba mało kto jest zdania, iż to w jego osobie leżał główny problem.
Najbardziej w sobotę dostało się Viniciusowi i to akurat dziwić nie może, a przynajmniej ani trochę nie zaskakuje autora tekstu. Brazylijczyk po prostu wreszcie się doigrał i również w jego przypadku zachowanie kibiców było owocem kumulacji zbierających się od długiego czasu emocji. Setki gestów i irytujących zachowań, w tym rzecz jasna pozostająca w pamięci skandaliczna reakcja na zmianę w Klasyku, kontraktowe gierki w kotka i myszkę oraz nieidąca za tym wszystkim boiskowa postawa wyczerpały też w końcu cierpliwość samego madridismo. Obchodzenie się z nim, jak z jajkiem i trzymanie narracji, że „on taki już jest” nie przynosiło skutku, a fani w końcu zdali sobie z tego sprawę. Brazylijczyka z pewnością musiało to mocno dotknąć, ale też pisząc wprost, sam na siebie ukręcił bat. Można jedynie się zastanawiać, jak na to teraz zareaguje.
Dziś Real ponownie będzie miał okazję zaprezentować się przed własną publicznością. Po ostatnim wybuchu emocje zapewne znalazły już ujście i reakcje nie powinny być już aż tak skrajne. Tak czy inaczej, nie dalibyśmy sobie uciąć włosa z głowy, że spotkanie będzie wolne od gwizdów. W obecnej sytuacji powrót do równowagi będzie procesem wymagającym czasu i przede wszystkim konkretnego działania ze strony piłkarzy. Zawodnicy dobitnie przekonali się na własnej skórze, że żarty się skończyły, a odejście trenera, z którym się nie dogadywali, nie ściąga z nich odpowiedzialności.
Królewscy wciąż stąpają po bardzo cienkim lodzie, nawet jeśli wygrana z Levante w efekcie pozwoliła w lidze doskoczyć na zaledwie jeden punkty do Barcelony. Margines błędu jest już nie tyle zerowy, ile ujemny. Wciąż płyniemy, ale każda kolejna wpadka będzie sprawiać, że kra nad nami zacznie zamarzać jeszcze bardziej. Zwycięstwo z Monaco jest więc absolutnym obowiązkiem, zwłaszcza że rywal jest pogrążony w równie głębokim kryzysie. Od początku listopada zespół Sébastiena Pocognoliego wygrał w lidze tylko raz, co ciekawe z PSG. Nieco lepiej sytuacja wygląda w Lidze Mistrzów, gdzie Monaco przegrało tylko w pierwszej kolejce z Brugią (1:4), by następnie zremisować z City (2:2), Tottenhamem (0:0) i Pafos (2:2) oraz wygrać z Bodø/Glimt (1:0) i Galatasarayem (1:0).
W teorii najbardziej wymierną stawką wieczornego starcia jest dla nas utrzymanie miejsca w pierwszej ósemce. Wszyscy wiemy jednak doskonale, że w praktyce faktyczny cel wybiega daleko poza tabelę. Jest nim po prostu dążenie do jakiegokolwiek spokoju. Na ewentualne uniesienia i zachwyty czas przyjdzie później. Na razie wystarczy zatrzymać kumulację negatywnych emocji i nie dopuścić do kolejnej eskalacji.
* * *
Mecz Realu Madryt z Monaco rozpocznie się o 21:00, a w Polsce będzie można obejrzeć go na kanale CANAL+ Extra 1.
Pobierz aplikację Superscore i zanurz się w statystykach Królewskich. [współpraca]
Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.
Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!
Komentarze