Advertisement
Menu

„Brazylijski Fenomen”. Poznaj historię Ronaldo Luísa Nazário de Limy

Ruszyła przedsprzedaż nowej książki, która opowiada o losach legendarnego Brazylijczyka.

Foto: „Brazylijski Fenomen”. Poznaj historię Ronaldo Luísa Nazário de Limy
Fot. Wydawnictwo SQN

Nie strzelił najwięcej goli w historii futbolu. Nie ma na swoim koncie zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Z Real Madryt w trakcie pięciu sezonów zdobył raptem 5 trofeów i tylko raz został królem strzelców Primera División, a mimo to przez wielu kibiców uznawany jest za najlepszą „dziewiątkę” w historii futbolu. Dlaczego? Na to pytanie postanowił odpowiedzieć Luca Caioli w książce „Ronaldo. Brazylijski Fenomen”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN. Premiera biografii Fenômeno pod patronatem RealMadryt.pl została zaplanowana na 21 stycznia.

Książka „Ronaldo. Brazylijski Fenomen” jest dostępna na LaBotiga.pl:

  • dostajesz ją jako pierwszy – czytasz jeszcze przed premierą!
  • atrakcyjne pakiety z kubkiem dla kibiców przywracającym wspomnienia o magicznych występach Ronaldo w reprezentacji Brazylii,
  • książka dostępna nawet za 1 zł w promocji "Rosnące rabaty, piąty za 1 zł" w księgarni internetowej LaBotiga.

Fragment:
Real Madryt – Deportivo Alavés, 6 października 2002 roku, piąta kolejka La Liga. Druga połowa. Tego spokojnego jesiennego popołudnia Królewscy prowadzą 2:1 po golach Zinédine’a Zidane’a, Luísa Figo oraz Brazylijczyka Magno dla Basków z Vitorii. Przy linii bocznej Ronaldo Nazário zaczyna rozgrzewkę. Nie występował w meczu z prawdziwego zdarzenia od 30 czerwca, czyli tamtej niedzieli, kiedy w finale mundialu strzelił Niemcom dwa gole (spotkanie z Paragwajem w Fortalezie, 21 sierpnia, w którym rozegrał 33 minuty, było towarzyskie). Nie przepracował okresu przygotowawczego, bo musiał wyleczyć uraz lewego uda, spowodowany być może stresem w ostatnich tygodniach, ale potrzebuje dosłownie chwili, żeby podbić serca 85 tysięcy kibiców na Santiago Bernabéu.

59. minuta i proszę bardzo: Ronaldo w białej koszulce z numerem 11 na plecach słucha ostatnich wskazówek Vicente del Bosque, byłego pomocnika Realu Madryt, trenera z La Fábrica, szkółki Królewskich. Ronnie stoi przy linii bocznej razem z Santiago Solarim. Czeka, aż piłka wyjdzie na aut. Tymczasem Claude Makélélé podczas zamieszania przy rzucie rożnym przewraca w polu karnym Óscara Télleza. Sędzia wskazuje na wapno. Do piłki podchodzi Iván Alonso, ale uderza źle, po ziemi, w lewą stronę Ikera Casillasa, który broni strzał. I wreszcie piłka wychodzi za linię końcową. 

Jest 19.20, 63. minuta spotkania. Ronaldo trzykrotnie wykonuje znak krzyża i wchodzi na murawę za Javiera Portillo, podczas gdy Solari zmienia Gutiego. Kibice na trybunach oklaskami witają nowego zawodnika. Na ten moment socios czekają od ponad miesiąca.

Minutę później Brazylijczyk ma pierwszy kontakt z piłką i naciskany przez obrońcę w żółtej koszulce podaje do tyłu. Esteban Cambiasso zagrywa do Roberto Carlosa, a ten dośrodkowuje w pole karne. Piłka przelatuje nad głowami obrońców Aláves, dociera do Ronaldo, który przyjmuje ją na klatkę piersiową, pozwala jej opaść na murawę i uderza prawą nogą, a futbolówka wpada pod poprzeczkę. Bramkarz rywali Richard Dutruel jest bez szans. Upłynęła minuta od wejścia na plac gry, a Ronnie strzelił już swojego pierwszego gola w koszulce Los Merengues. Kibice biją brawo, a w loży honorowej Florentino Pérez śmieje się serdecznie. W 71. minucie Luís Figo trafia na 4:1. Dublet Portugalczyka oraz dublet Ronniego.

Akcja zaczyna się od Cambiasso, piłka do Steve’a McManamana, który na skraju szesnastki podaje do Brazylijczyka, a ten bez wahania strzela w kierunku bramki. Gol! W niespełna 14 minut Ronaldo ustrzelił dublet, kupując sobie kibiców Los Blancos

„To było cudowne popołudnie – przyznaje Brazylijczyk. – Real może strzelić gola w dowolnym momencie. Na ławce trochę się denerwowałem, ale kiedy wszedłem na boisko, od razu poczułem się dobrze, chociaż nie jestem jeszcze gotowy, by rozegrać cały mecz. Mógłbym zdobyć trzecią bramkę, ale chyba lepiej, że jej nie zdobyłem, bo wtedy zapanowałaby zbyt duża euforia. Te bramki dedykuję kibicom, ich owacja aż zatrzęsła całym Bernabéu, który jest wyjątkowym stadionem. Szkoda, że mecz się skończył po 90 minutach, bo miałem ochotę grać dalej”. 

Na to, żeby zobaczyć Ronaldo w akcji, kibice czekali od 31 sierpnia, kiedy to o 23.00, godzinę przed zamknięciem letniego okienka transferowego, Real Madryt ogłasza pozyskanie zawodnika, którego następnego dnia madrycki dziennik AS określa mianem O Rei (Król).

Posłowie Mateusza Wojtylaka, redaktora naczelnego RealMadryt.pl:
Nasi ojcowie snuli opowieści o Maradonie i Pelé, o ich golach i wyczynach, o ich wielkości. Może mówili tak bez powodu, może tylko powracali myślami do przeszłości, a może w ten sposób próbowali poruszyć naszą dziecięcą wyobraźnię i zaszczepić nam pasję do piłki. Jednak wyobraźnię mojego pokolenia, które najpierw wychowało się na podwórku, gdzie bramką był trzepak, wystające z ziemi metalowe pręty lub dwa tornistry, a dopiero kilka lat później wkraczało w raczkującą erę internetu, poruszał ktoś inny. 

Z „Bravo Sport” w dłoniach i we własnych wyobrażeniach nie mieliśmy wątpliwości, kto jest najlepszym piłkarzem na świecie, kto przebije ojcowskich idoli i kto będzie tym największym. Kibicowaliśmy Realowi, Juventusowi czy Manchesterowi, jedni lubili Raúla, inni Roberto Carlosa czy Del Piero, ale ten magiczny, ten najlepszy, ten niepowtarzalny był tylko jeden. Fenômeno. Ronaldo. 

Gdy zakładaliśmy korkotrampki, poprawialiśmy przykrótkie spodenki i wychodziliśmy na swoje osiedlowe Wembley, na swoje Old Trafford, na swoje Bernabéu, chcieliśmy dryblować jak Ronaldo, być tak szybcy jak Ronaldo, grać jak Ronaldo. Każdy chciał być Ronaldo, ale nikt nie potrafił nim być. Bo nawet w naszym własnym świecie wyobraźni nie dało się być aż tak zwinnym, aż tak przebojowym, aż tak dobrym. 

A potem przyszedł rok 1998. Odliczaliśmy dni do wakacji – i to nie dlatego, że miała skończyć się szkoła i znów mogliśmy zacząć beztroskie życie. Czekaliśmy na mistrzostwa świata, czekaliśmy na Brazylię, czekaliśmy na Ronaldo. Był jak mitologiczna postać, którą znaliśmy głównie z plakatów i z opowieści – ktoś coś przeczytał, ktoś coś usłyszał, a niektórzy nawet widzieli go wcześniej w telewizji, epizodycznie pokazującej wtedy wybrane mecze. 

Boiska we Francji miały być sceną Brazylijczyka, a jego występy na mundialu stać się potwierdzeniem naszych fantazji i wyobrażeń o kimś, kogo nie da się zatrzymać. Zawczasu wszyscy zakreśliliśmy w kalendarzach 10 lipca, bo wiedzieliśmy, że tego dnia Canarinhos zagrają w wielkim finale. Nie wiedzieliśmy tylko, że mogą ten finał przegrać. Miałem wtedy dziewięć lat, ale do dziś pamiętam swoje dziecięce łzy, które ciekły mi po policzkach, kiedy Ronaldo nieruchomo leżał na boisku i długo nie podnosił się po starciu z Barthezem, gdy Zizou trafiał dwa razy głową do siatki, a Petit kompletnie pozbawiał mnie złudzeń. Czułem się tak, jakby potężny złoczyńca zabijał mojego ulubionego bohatera z kreskówki. I jakby ten bohater nie miał z nim żadnych szans. 

Trudno znosić rozczarowanie i gorycz porażki, gdy jest się młodym chłopcem, ale dla mnie tamten dzień był jedną z lekcji, które prędzej czy później daje życie. Każdy z nas mógł wynieść z niej coś innego: że czasem upadają nawet najwięksi, że nie zawsze można wygrywać, że nawet taka mitologiczna postać może okazać się człowiekiem. Bez Ronaldo i bez piłki pewnie zrozumiałbym to kiedy indziej, ale dzięki niemu pojąłem to właśnie wtedy. 

W kolejnych latach zaczęły zawodzić go mięśnie, więzadła i kolana. Gdy myślę dziś o poważnych kontuzjach, przed oczami mam obrazek z kwietnia 2000 roku, który mimo ograniczonych środków przekazu był wówczas wszechobecny: ujęcie upadającego Ronaldo, który trzyma się za prawą nogę, a na jego twarzy maluje się potworny strach, ból i bezsilność. Nie do końca rozumieliśmy, co się stało, i nie mogliśmy przypuszczać, że przez niemal dwa lata nie zobaczymy go na boisku. 

Przez wiele miesięcy w serwisach sportowych pojawiały się tylko krótkie wzmianki o jego rehabilitacji i informacje o kolejnych, wciąż przesuwanych terminach powrotu Brazylijczyka na boisko. Wtedy nadchodziły kolejne wakacje, a my znów odliczaliśmy dni do rozpoczęcia mistrzostw świata, jakże innych od tych poprzednich. W 2002 roku sądziliśmy, że Polska z Olisadebe i Kałużnym da nam mnóstwo radości, lecz już po kilku dniach zrozumieliśmy, jak naiwne były to oczekiwania. I nie czekaliśmy już na niego, bo nie wiedzieliśmy, czy w ogóle zobaczymy go w Korei i Japonii. Ale on tam był. I strzelał gola za golem. I znów był tym Ronaldo. I znów był największy. 

Brazylia zdobyła mistrzostwo świata, Ronaldo został królem strzelców i odebrał później Złotą Piłkę, ale morał płynący z tej historii był inny. Fenomen dał nam kolejną, być może jeszcze ważniejszą lekcję: że życie często podsuwa nam możliwość rewanżu, że nigdy nie można się poddawać i że zawsze trzeba walczyć o swoje marzenia. A ta książka przypomina nam, że chłopak z Bento Ribeiro był jednocześnie ponadludzki i kruchy. 

W tamtych czasach można było mieć różnych idoli, ale dla wielu z nas był nim Ronaldo. Być może bez niego nigdy nie zakochalibyśmy się w piłce, a nasza pasja do tego sportu nie byłaby tak wielka. I gdy dziś sami zostajemy ojcami, nie chcemy opowiadać o Maradonie i Pelém, tylko właśnie o nim, bo dla nas to on na zawsze będzie najlepszy. 

Fenômeno, dziękuję – za lekcje życia, emocje i to, że dzięki tobie piłka nożna była dla mnie czymś więcej niż tylko tłem dzieciństwa. 

O książce:
Fenomen, który zmienił futbol na zawsze.

We wrześniu 1976 roku w jednym z najpiękniej położonych miast świata piłkarscy bogowie postanowili podarować ludzkości wspaniały dar – Ronaldo. 

W biografii Fenômeno Luca Caioli zabiera czytelników w podróż przez trzy kontynenty. Pokazuje w niej dzieciństwo chłopca zwanego Dadado w Bento Ribeiro, dzielnicy Rio de Janeiro, przedstawia drogę zakochanego w piłce Ronniego od gry w halach futsalowych do występów PSV, Barcelonie, Interze i Realu Madryt, jego niezłomną walkę o odzyskanie zdrowia po koszmarnych kontuzjach, a także triumfalny powrót snajpera na azjatyckim mundialu, na którym został królem strzelców i w wielkim stylu doprowadził Canarinhos do zdobycia Pucharu Świata.

Jaką ksywkę dostał z powodu wystających zębów? Kto pomógł mu przystosować się do gry na 11-osobowym boisku? Dlaczego nazwał Romário „dupkiem”? Co wydarzyło się w Barcelonie, że ostatecznie opuścił Camp Nou? I w jaki sposób Andrés Sánchez złożył mu ofertę występów w Corinthians?

Poznaj historię Ronaldo Luísa Nazário de Limy, piłkarza, który wyznaczył nowe standardy dla środkowych napastników i udowodnił, że nawet ze zgruchotanymi kolanami można zostać legendą. 

Biografię Ronaldo znajdziecie tutaj.

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!