Dobry szef, w którego wciela się Javier Bardem – prowincjonalny przedsiębiorca w komedii Fernando Leóna de Aranoa – ma zupełnie inny wymiar niż wielcy właściciele klubów piłkarskich, z którymi Carlo Ancelotti miał okazję współpracować. Od rodziny Agnellich i Silvio Berlusconiego po Romana Abramowicza, Nassera Al-Khelaïfiego i Florentino Péreza. Jednak niezależnie od tego, czy szef jest wielki, czy mały, zawsze potrzebny jest dobry i wierny pracownik – oddany trener. Włoch ma prawdziwy „dyplom” w pracy z właścicielami – opanował do perfekcji sztukę utrzymywania się na powierzchni, z wyczuciem pozwalającym znaleźć idealny punkt równowagi między hierarchią a niezależnością.
Efektem tego jest raczej skromny dorobek ligowy – sześć tytułów mistrzowskich w 22 latach pracy w Juventusie, Milanie, Chelsea, PSG, Bayernie i Realu Madryt – ale za to niemal tyle samo triumfów w Lidze Mistrzów (pięć, w tym trzy z Królewskimi). Ancelotti jest więc wyjątkową postacią, idealnie dopasowaną do złożonego ekosystemu madridismo, w którym nie tworzy się zespołów autorskich, bo sam klub jest już dziełem autorskim. Florentino dobrze o tym wie, dlatego pojawia się niepokój, gdy cykl zaczyna zdradzać oznaki wyczerpania, mimo bohaterskiej reakcji w finale Pucharu Króla przeciwko Barcelonie na stadionie La Cartuja. Bohaterskie zrywy są dobre na święta, a obecny Real potrzebuje rąk trenera – obu, lewej i prawej – od poniedziałku do niedzieli.
Siedem triumfów w Lidze Mistrzów, które prezes świętował podczas swoich dwóch kadencji, osiągnęli dla niego Vicente del Bosque, Zinédine Zidane i Ancelotti. Wszyscy to świetni trenerzy w szerokim znaczeniu tego słowa, choć rozstania z dwoma pierwszymi pozostawiły rany, których teraz – w przypadku Włocha – by nie było, mimo że podczas swojej pierwszej kadencji odchodził z żalem. Z Del Bosque Florentino rozstał się po zdobyciu mistrzostwa, w atmosferze buntu w restauracji Chistu, a potem wprowadził Real na karuzelę trenerów, która doprowadziła klub na margines – jak Atlético za czasów Jesúsa Gila. Po latach, niechętnie, sam przyznał, że to była jedna z największych pomyłek jego pierwszej kadencji – mimo wzajemnego braku porozumienia z Del Bosque, które trwa do dziś.
Słaba postawa zespołu w tym sezonie sprawiła, że w gabinetach klubu zaczęto myśleć o planie B, i fakty nie zmieniły tego nastawienia. Choć La Liga wciąż nie została rozstrzygnięta – nawet jeśli przypomina Everest – a w perspektywie jest jeszcze Klasyk na Montjuïc, Ancelotti podnosi brew i trzyma się kurczowo swojego „ratunkowego koła”, choć pogodzony z możliwym zakończeniem, którego ani on, ani klub nie chcą w dramatycznym stylu.
W głowie Florentino coraz bardziej obecny jest Xabi Alonso, który marzy o budowie zespołów autorskich. Dlatego prezes próbował wydobyć to, co najlepsze z José Mourinho – pomimo uprzedzeń i szumu – i sięgnął po nauki Pepa Guardioli. Bayer Leverkusen Xabiego jest właśnie takim zespołem. Xabi ma tę przewagę, że zna Real, zna Florentino i zna La Ligę. Jest jak syn, który wraca do domu – nie musi pytać, gdzie są ciastka i kawa. Ale nie szuka kompromisów – stawia wymagania, podejmuje decyzje i działa. Jego starcie z hiszpańskim urzędem skarbowym, „pełne ryzyka”, jak mówią osoby związane z Sądem Najwyższym, pokazuje, jak silny charakter posiada. Jeśli w coś nie wierzy, nie ma miejsca na kompromisy.
Obecna sytuacja Leverkusen jest inna niż przed rokiem – klub odpadł już z europejskich pucharów i nie ma szans na mistrzostwo Niemiec. Na jego czele stoi Hiszpan Fernando Carro, który doskonale wie, że jeśli zadzwoni Florentino, odejście Xabiego nie będzie problemem. Carro jest sprawnym i pragmatycznym negocjatorem, mówi tym samym językiem co José Ángel Sánchez, dyrektor generalny Realu. Porzucił potężną grupę medialną Bertelsmann, by zrobić karierę w sporcie, i dobrze wie, z kim trzeba żyć w zgodzie.
Na trzy kolejki przed końcem Bundesligi Bayern ma osiem punktów przewagi nad Leverkusen – tytuł jest więc praktycznie rozstrzygnięty. Gdy Real będzie grał klasyk na Montjuïc, 11 maja, wszystko najprawdopodobniej będzie już jasne. Zarówno Ancelotti, jak i Xabi Alonso czekają na decyzje, mając jeszcze rok kontraktu. Nie ma więc presji ani złych relacji – wręcz przeciwnie – co pozwala wybrać najlepszy moment… lub wcale go nie wybierać. Jeśli jednak zmiana nadejdzie, pojawi się dylemat: kto poprowadzi Real na Klubowych Mistrzostwach Świata – strategicznym celu Królewskich, zwłaszcza po nieudanym sezonie – oraz w kluczowej fazie przygotowań do nowego sezonu. Logiczne wydaje się, by zrobił to nowy trener.
Florentino uważa, że trener jest „złem koniecznym” futbolu i tak naprawdę tylko raz w pełni utożsamiał się z trenerem-autorem. Był nim Mourinho – człowiek wybrany na konkretne zadanie: stawić czoła Barcelonie Guardioli, jednemu z najlepszych zespołów w historii, i odbudować nadszarpnięte madridismo. Mourinho osiągnął cel, choć kosztem poważnych szkód wizerunkowych dla klubu. Dziś sytuacja nie jest identyczna, ale Barcelona znów rośnie w siłę – wygrała trzy z trzech Klasyków i odebrała Realowi dwa trofea w tym sezonie. „Tylko jeden trener jest w stanie wytrzymać to z Florentino – Ancelotti”, mówiła osoba, która pracowała blisko prezesa przed finałem w Sewilli. A presja tylko rośnie.
Historia pokazuje, że nigdy dotąd, gdy Real i Barcelona spotykali się w jednym sezonie cztery lub więcej razy, żadna z drużyn nie wygrała wszystkich meczów. Jeśli więc kierować się statystyką, na Montjuïc powinna paść wygrana Realu lub remis. Choć zawsze może zdarzyć się coś po raz pierwszy – nawet zatonięcie z założonym kapokiem.
Komentarze (9)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się