Real Madryt za bardzo sobie wziął do serca to, że jest królem remontad. Na Metropolitano Królewscy przyjechali w roli faworyta dwumeczu i z jednobramkową przewagę, która miała dać całkiem przyjemny komfort braku gry pod przymusem strzelania goli. Można było – a to wybaczyliby pewnie nawet ci nieco bardziej wymagający kibice – momentami trochę na Atlético zaczekać i wykorzystać swój największy atut, czyli szybkie przejścia z obrony.
Cały misterny plan poszedł wiadomo gdzie, i to nawet szybciej, niż Siara zadzwonił po koleżanki. Zegar wskazywał 27. sekundę, a piłka już była w bramce Thibaut Courtois. Zanim Real na poważnie dotknął piłkę (choć w akcji bramkowej Atlético dwukrotnie niefortunnie futbolówkę wybijał Asencio), mógł spokojnie wznowić ją od środka. Wstyd i kompromitacja. Najważniejsze było pozostać skoncentrowanym od początku, a Real koncertowo zmarnował zaliczkę z pierwszego meczu.
I od tego momentu oglądaliśmy stary, zły Real i stare, dobre Atlético. Drużyna Ancelottiego musiała atakować, bo wychodzi z założenia, że jest piłkarsko lepsza, a zespół Simeone cofnął się w swoim stylu w głębokim bloku i – całkiem słusznie – liczył na kontrataki w poszukiwaniu kolejnych głupstw w defensywie Realu. Jak Królewscy grają w ataku pozycyjnym, niestety wiemy i nie mamy żadnych przełomowych wiadomości.
Real sobie atakował, ale przez całą pierwszą połowę oddał zaledwie trzy strzały. Jeden do niczego (choć celnie) Rodrygo, jeden Bellinghama (zablokowany przez Tchouaméniego) i jeden Viniego (zablokowany przez Giméneza). To była właśnie taka połowa jak te strzały: okropna.
W drugiej połowie niewiele się zmieniło. Jeśli ktoś powiedziałby, że Real miał przewagę, nie byłby w błędzie, bo rzeczywiście Królewscy nadal dominowali, mieli piłkę i szukali swoich szans. Robili to jednak w sposób co najmniej nieskoordynowany. Jedną z niewielu nijakich akcji Mbappé zakończył udanym dryblingiem, po którym sfaulował go Lenglet. Marciniak wskazał na wapno, a w 70. minucie Vini stanął przed kapitalną szansą na pokonanie Obalka, tyle że uderzył jak Vini z pierwszych miesięcy w Madrycie. Jego uderzenie z rzutu karnego było po prostu jednym z najgorszych jedenastek w historii Realu Madryt. I na dobrą sprawę w pierwszej połowie niewiele więcej się działo. Vinícius jednym strzałem podsumował to, co wyczyniali zawodnicy Realu.
To cud, że przy tak złej grze jakoś udało się przetrwać do dogrywki, a później do rzutów karnych. A tam był mocny, a do tego uśmiechnęło się do niego szczęście. Królewscy grają dalej!
Latami przedstawiciele Atlético, sympatycy czy eksperci uznający się za obiektywnych twierdzili, że Los Colchoneros na coś zasługiwali w sezonach, gdy przegrywali z Realem Madryt, gdy nie byli gorsi (rzecz jasna poza wynikiem). I dziś mogliby powtórzyć te słowa. Futbolowi bogowie nadal jednak się upierają, że gdy Atleti trafia na Real, jest tylko jeden możliwy rezultat. Real gra dalej, a Atlético – choć znów było blisko – musi zadowolić się tym, że po raz n-ty zrobiło dobre wrażenie i nic z tego nie wyszło.
Atlético Madryt – Real Madryt 1:0 (1:0, 1:0) k. 2:4
1:0 Gallagher 1'
RZUTY KARNE
0:1 Mbappé
1:1 Sorloth
1:2 Bellingham
1:2 Álvarez (podwójne kopnięcie)
1:3 Valverde
2:3 Correa
2:3 Lucas (obrona bramkarza)
2:3 Llorente (poprzeczka)
2:4 Rüdiger
PIERWSZY MECZ: 1:2
AWANS: REAL MADRYT
Atlético: Oblak; Llorente, Giménez, Lenglet (91' Le Normand), Reinildo (98' Azpilicueta); De Paul (90'+4' Molina), Barrios, Giuliano (89' Correa), Gallagher (85' Lino); Griezmann (89' Sørloth), Álvarez
Real Madryt: Courtois; Valverde, Asencio, Rüdiger, Mendy (83' Fran García); Tchouaméni (65' Camavinga), Modrić (65' Lucas), Bellingham; Rodrygo (79' Brahim), Vinícius (116' Endrick), Mbappé
Komentarze (2150)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się