„Pogłoski o mojej śmierci były przesadzone” – tak amerykański pisarz Mark Twain skomentował medialne plotki o swoim rzekomym odejściu. Cytat ten na stałe zapisał się w kanonie światowej kultury. I nie sposób nie powiązać go z Realem Madryt. Zwłaszcza po wczorajszym meczu.
Dodatkowy dwumecz w fazie pucharowej Ligi Mistrzów był osobistym życzeniem Królewskich. To już dawno zostało ustalone. Wyprosili go porażkami z Lille, Milanem i Liverpoolem w tak zwanej fazie ligowej. Nie inaczej było w przypadku Manchesteru City, który stojąc jedną nogą nad przepaścią, koniec końców zdołał uniknąć katastrofy i wślizgnął się dalej. Po losowaniu play-offów (trzymając się nomenklatury stosowanej przez UEFA) stało się jasne, że któregoś z dwóch gigantów, triumfatorów trzech ostatnich edycji turnieju zabraknie w gronie szesnastu najlepszych drużyn.
I właśnie wtedy zaczęła działać magia Champions League. Mędrcy tego świata nie bez kozery doszli drzewiej do wniosku, że istnieją rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły. Jedną z nich jest Real Madryt w Pucharze Europy. Najpierw wreszcie udało się odczarować Etihad Stadium po kolejnej remontadzie przeprowadzonej niemal w mgnieniu oka i przypieczętowanej golem Jude’a Bellinghama w 92. minucie. Pierwszy krok został wykonany. Pozostawało zatem tylko zwieńczyć dzieło w najbardziej mistycznym miejscu na piłkarskiej mapie globu – na Estadio Santiago Bernabéu.
Carlo Ancelotti apelował do swoich podopiecznych, by nie osiedli na laurach po sukcesie w pierwszym spotkaniu. Prosił o zachowanie koncentracji i stuprocentowej motywacji. Wtórowały mu hiszpańskie media, które na wszystkie możliwe sposoby przypominały, że „dwumecz” literalnie składa się z dwóch potyczek, jak sama nazwa wskazuje. Ostatecznie jednak takie kwestie zawsze podlegają weryfikacji na boisku. Weryfikacji, na którą w środowy wieczór gotowa była tylko jedna drużyna.
W sezonie pełnym problemów, dylematów, wątpliwości, kontuzji, plotek o odejściu jednej z gwiazd, ostrej krytyki czy kontrowersji sędziowskich Los Blancos nie dali szans swojemu największemu europejskiemu rywalowi ostatnich lat. We wspomnianym już dwumeczu zwyciężyli 6:3, a w rewanżowym starciu na własnym terenie zagrali niezwykle mądrze i dojrzale. Kylian Mbappé uruchomił tryb bestii i swoją pierwszą magiczną noc w Lidze Mistrzów na Bernabéu uświetnił wspaniałym hat-trickiem. Natomiast nieustannie kwestionowany Carletto czwarty już raz wyeliminował wiecznie gloryfikowanego Pepa Guardiolę. Pozwolimy sobie przypomnieć, że była to piąta konfrontacja obu dżentelmenów w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach Starego Kontynentu.
Pokonania i wyrzucenia Obywateli za burtę Ligi Mistrzów nie można deprecjonować. Nie ma znaczenia, że wczoraj przez przeważającą część rywalizacji wyglądali, jakby wyleciało im z głowy, że mają wyjść z szatni, albo jakby w ogóle zapomnieli przylecieć z Manchesteru do Madrytu. Nie ma znaczenia również to, że trawi ich głęboki kryzys, w Premier League zajmują dopiero czwarte miejsce ze stratą 17 punktów do lidera, a Guardiola przeżywa najtrudniejszy moment w swojej trenerskiej karierze. Bez względu na okoliczności, City to zawsze City. Dlatego też Real dokonał wyczynu godnego podziwu, udowadniając, że Champions League to jego piaskownica i jego zabawki.
Na koniec jeszcze jedno. Co takiego różni ten awans w dwumeczu z Manchesterem City od tych z ubiegłych lat? Ano to, że dał on Królewskim przepustkę zaledwie do 1/8 finału. Chyba nie trzeba więc nikomu tłumaczyć, że zabawa dopiero się zaczyna i że to tak naprawdę tylko początek tego, co tygrysy lubią najbardziej.
Komentarze (14)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się