Czasem mamy wrażenie, że tylko Real Madryt ma możliwość zrobienia z takiego spotkania takich emocji. Do stolicy Hiszpanii wybrali się zawodnicy czerwonej latarnii La Ligi, więc na papierze wyglądało to na idealne spotkanie, przed którym aż chce się powiedzieć „to trzeba na spokojnie”. No to zaczęło się spokojnie. W 40. sekundzie Almería zaskoczyła po raz pierwszy.
„Może to dobrze, że ten zimny prysznic przyszedł tak szybko, jest jeszcze 90 minut”, mogliśmy sobie pomyśleć. Ale to, co widzieliśmy, pozwalało przypuszczać, że piłkarze w ogóle nie wiedzą, że coś się stało. Real grał ospale, na pierwszym biegu, nie przyspieszał, a piłkarze szwendali się po boisku, zupełnie nie zwracając uwagi na wynik. Było na tyle źle, że nawet jednobramkowej porażki nie dało się utrzymać do przerwy. Nacho dograł do Edgara, a ten lutnął z daleka w samo okienko.
Dwubramkowa strata do przerwy wymagała wskazania winnych. Sztab szkoleniowy wpuścił do gry świeżą krew – Frana, Brahima i Joselu – a Real ruszył z kopyta. Nie dzięki tej trójce, ale dzięki zupełnie innemu zaangażowaniu. Kilka minut odważnej gry zaowocowało rzutem karnym i golem Bellinghama, ale to ciągle było mało. Po golu na 2:2 znów zrobiło się trochę zbyt spokojnie. Brakowało tylko jednego gola do remontady i piłkarze Realu znów zachowywali się momentami tak jak w pierwszej połowie – „przecież to ostatnia drużyna w lidze”, być może pomyślał któryś z zawodników w bieli.
I już wydawało się, że choćby ten mecz trwał do jutra, nic już nie wpadnie. A przepis był krótki. Brahim do Bellinghama, zgrania do Carvajala i strzał z bliska do niemal pustej bramki. Przepis faktycznie krótki, ale trudny.
Real Madryt nie podszedł do tego meczu poważnie, choć pierwsza jedenastka wskazywała wręcz na zbyt pragmatyczne podejście sztabu szkoleniowego. Na szczęście zmiana przyniosła skutek. Zmiana, a nie zmiany, ponieważ najważniejsze nie były te postaci, które weszły w przerwie. Kluczem była mentalność i chęć zwycięstwa, która przyszła z opóźnieniem. Real Madryt z meczu, który zapowiadał się wręcz na przykry obowiązek po serii na najwyższym poziomie, niespodziewanie zrobił starcie, które pod względem emocji uplasowalibyśmy na jednym z czołowych miejsc w tym sezonie.
No i teoretycznie o te emocje w sporcie chodzi. Dziś było ich mimo wszystko trochę za dużo. Ale trzy punkty są w sam raz.
Real Madryt – UD Almería 3:2 (0:2)
0:1 Ramazani 1' (asysta: Robertone)
0:2 Édgar 43'
1:2 Bellingham 56' (rzut karny)
2:2 Vinícius 67' (asysta: Tchouaméni)
3:2 Carvajal 90'+9' (asysta: Bellingham)
Real Madryt: Kepa; Carvajal, Rüdiger, Nacho (46' Brahim), Mendy (46' Fran García); Tchouaméni, Kroos (82' Camavinga), Valverde (70' Ceballos), Bellingham; Vinícius, Rodrygo (46' Joselu)
Almería: Maximiano; Pubill (70' Pozo), Kaiky, Édgar, Chumi, Akieme; Robertone (85' Melero), Lopy; Arribas (78' Lázaro), Ramazani (78' Embarba); Marezi (70' Luis Suárez)
Komentarze (972)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się