Real Madryt od pewnego czasu cieszy się czymś, co dało im ogromną przewagę w niektórych operacjach: ograniczeniem wycieku informacji. Kiedy w Barcelonie to sam prezes klubu ujawnia informacje o negocjacjach, jak miało to miejsce w przypadku Ardy Gülera, w Valdebebas optują za pracą w tajemnicy, żeby nie zwiększać kosztów niektórych transakcji lub ich nie utrudniać. Dlatego w ciągu zaledwie dziesięciu dni biura Los Blancos przeszły od stwierdzenia, że „kadra jest zamknięta” do zaprezentowania młodego tureckiego talentu, który obserwowali od miesięcy.
Ten sam dyskurs powtarza się teraz: każdy jest bardzo spokojny, trudno udoskonalić tę kadrę, młodzi zawodnicy będą coraz lepsi. Ten spokój koliduje z szumem zaistniałym na zgrupowaniu Realu Madryt w Los Angeles, gdzie niewielu wierzy, że numer „9” pozostanie wolny przez cały sezon. Nie tyle z powodu samego numeru, który nie ma większego znaczenia, ale z powodu obserwowania każdego powołania Carlo Ancelottiego, w którym pojawia się tylko trzech napastników: Vinícius, Rodrygo i Joselu. Klubowy dział komunikacji niejako to ukrywa, włączając Brahima do grona atakujących, chociaż Hiszpan zawsze był bardziej pomocnikiem niż napastnikiem.
Niedowierzanie rośnie jeszcze bardziej, gdy widzimy w drużynie oczywisty brak goli. Nie jest to krytyka, ponieważ jakość obecnej kadry jest niepodważalna: Vinícius jest już jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, Rodrygo coraz poważniej aspiruje do tego miana, Bellingham wygląda fantastycznie, Valverde jest jednym z najbardziej wszechstronnych graczy globu. Wszystko to jest tak samo prawdziwe, jak fakt, że dziura po 42 bramkach zdobytych w ubiegłej kampanii przez Benzemę i Asensio (odpowiednio 30 i 12 bramek) nie została załatana i nie stanie się to za sprawą tylko Bellinghama i Brahima, których głównym obowiązkiem nie jest strzelanie goli.
Próba zasłonięcia słońca jednym palcem jest dobra, ale nie ma sensu. Kadra może pozostać w takim kształcie? Tak, oczywiście. Zdarzało się to w inne lata. Ale czy ktoś wierzy w to 25 lipca? Odpowiedź brzmi: nie. Ani sztab trenerski, ani zawodnicy, którzy jako pierwsi próbują dowiedzieć się, co dzieje się z francuskim crackiem.
Choć na temat Mbappé i Realu Madryt płyną rzeki atramentu, jedyna prawda jest taka, że tylko Florentino, sam piłkarz i jego matka wiedzą, co jest grane (jeśli w ogóle coś jest). Już wyjaśniam, czy coś jest, bo może nie być to jasne, ponieważ jak do tej pory tego brakowało. Kylian chce Realu i odwrotnie, a wszystko, czego potrzeba, to tylko dopasowanie do siebie pewnych elementów tej układanki.
Królewski spokój
Właśnie dlatego ludzie w biurach na Bernabéu pozostają nieugięci: nie zamierzają wykonać ruchu po zawodnika, który ma kontrakt do 2024 roku i który publicznie oświadczył, że chce go wypełnić. W tym scenariuszu (ważne wyjaśnienie, bo pozostawia otwartą opcję zmian) transfer jest niemożliwy. Stoi za nim prawo, a ponadto jest to sytuacja korzystna dla wszystkich stron: Mbappé zgarnia wszystko, co obiecało mu PSG, a Królewscy oszczędzą sobie bólu związanego z uiszczeniem opłaty transferowej na rzecz klubu, z którym ich relacje nie są najlepsze.
Problem w tym, że paryżanie naciskają i będą to robić coraz mocniej, bo publicznie ogłosili, że ich gwiazda nie odejdzie za darmo. Wiedzą o tym w Valdebebas i na wszelki wypadek rezerwują mu numer. I – co najważniejsze – trzymają pieniądze w kasie, żeby móc stawić czoła jakiejkolwiek wielkiej operacji.
Lato będzie długie, a opera mydlana z Mbappé w roli głównej przybrała już tak wiele zwrotów akcji, że zaleca się najwyższą ostrożność. Oczywistym jest, że drużyna i sztab trenerski po każdej sesji treningowej w Los Angeles w długich rozmowach, na które pozwala obóz przygotowawczy, zadają to samo pytanie: co z Mbappé? Nikt tego nie wie, podobnie jak nikt nie wie, czy jest jakiś inny atakujący, który jest potajemnie obserwowany, ale odpowiedź zwykle brzmi mniej więcej następująco: „To niemożliwe, żeby kadra pozostała taką, jaką jest obecnie”.
Komentarze (99)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się