Porażka 0:4 na Bernabéu była czymś w rodzaju anegdoty. Nieoczekiwane potknięcie, które praktycznie pozostało bez konsekwencji, ponieważ w 29. kolejce Real Madryt miał 12 punktów przewagi nad Barceloną. To było w końcówce marca, kiedy Los Blancos mieli już ułożoną ligę i koncentrowali się na rewanżowym starciu z Chelsea w Lidze Mistrzów.
To, co wydarzyło się w niedzielę, to już zupełnie inna bajka. W grze był tytuł, finał był transmitowany w całej Azji i Ameryce, a Barça osiągnęła swój pierwszy sukces w erze Xaviego po półtora roku. Jednak przede wszystkim zrobiła to, spuszczając łomot swojemu odwiecznemu rywalowi, który momentami był po prostu żenujący. Jeśli wokół trenera z Terrassy pojawiały się jakieś wątpliwości, mimo że jego drużyna lideruje La Lidze, wykręcając przy tym świetne wyniki, to ten Superpuchar jest ogromnym zastrzykiem pewności i niezwykle umacnia jego projekt, mimo że uważany jest za turniej drugiego sortu. Czasami jednak ważniejsze jest „jak” niż „co”. A Barça wygrała w wielkim stylu.
Do tego niezbędne było, by wielu jej zawodników zaprezentowało swoją najlepszą wersję, jak w przypadku imponującego Gaviego, który strzelił gola i zanotował dwie asysty, De Jonga, Pedriego, Balde, Araújo… Wszyscy intensywni, pressujący, z jasnym planem na grę i głodem, wiedzący, o co grają. Ponadto mogli liczyć na nieocenioną współpracę wszystkich piłkarzy Realu Madryt, zaczynając od jego trenera. Jakiekolwiek podobieństwa między niedawnym grabieżcą tytułów a drużyną bez charakteru, sił i duszy, która zagrała w finale w Rijadzie, to zwykły przypadek. I niech nikt nie szuka wymówek zmęczeniem po mundialu, bo jedenastu zawodników, których wystawił od pierwszej minuty Xavi, było w Katarze.
Ancelotti też dołożył swoje, aby niedzielny blamaż był totalny. Widząc mizerny poziom defensywy, z której broni się tylko Militão, trudno zrozumieć, że nie sięgnął po Nacho. Bramki Barcelony przyszły po katastrofalnych błędach w wyprowadzeniu piłki, najpierw Rüdigera, a później słabnącego Carvajala. W przerwie Ancelotti ściągnął Camavingę, mimo że spośród wszystkich czterech pomocników mylił się najmniej. Zabrakło mu odwagi, by posadzić Modricia czy Kroosa, którzy wręcz o to błagali, podobnie jak Valverde. To było ogromne, zbiorowe tonięcie, na które zanosiło się od dłuższego czasu (tylko 4 zwycięstwa w ostatnich 10 spotkaniach). A w czwartek gra o puchar w Villarrealu. Alarmy odpalone.
Komentarze (40)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się