W sobotę najgorsza od 20 lat Barça rozbiła na wyjeździe Granadę i zbliżyła się na trzy punkty do Realu Madryt. Katalończyków do zwycięstwa poprowadził Messi, który dzięki dubletowi jest już samodzielnym Pichichi po wielu miesiącach rozczarowań i gry poniżej swojego poziomu. Później przyszła pora na Real, który nie był w stanie strzelić gola Osasunie, dobrze zorganizowanej i ograniczającej się do bardzo ciasnej obrony. To może wydawać się słabym argumentem, ale przy Realu z zablokowanym Benzemą – zupełnie wystarczającym. Jeśli nie strzela Karim, to kolejną opcją jest Casemiro, a później Ramos. Vinícius? Nic. Mariano? Nic. Jović? Nic. Hazard? Nic.
Belg wyszedł w pierwszym składzie po raz pierwszy od swojej kolejnej kontuzji odniesionej 28 listopada. Rzecz w tym, że – zostawiają na boku śnieżycę, kłopotliwą podróż i wymówki, którymi niektórzy chcą się zasłaniać – wkład Edena był minimalny, do czego od półtora roku nas przyzwyczaił. Hazard nie jest już nawet cieniem cracka, który czarował w Premier League, za co w tym samym stopniu odpowiadają kontuzje, co jego własne wymagania.
Hazard rozegrał zaledwie 31 meczów z 75 możliwych (28% minut) i nie pokazał nic poza próbkami swojego talentu i 3 bramkami. W wieku niedawno skończonych 30 lat nie widać u niego dryblingu, chęci do wejścia w pojedynek jeden na jeden, głębokości i pewności siebie. I nie mówię tylko o ostatnim meczu, ale też o 30 poprzednich lub o tych, w których nie grał, bo o siebie nie dbał.
Zidane wierzy jednak w niego tak bardzo, że nie wahał się, by zakłócić wyraźne zwyżkowanie formy Marco Asensio i przerzucić go na drugą stronę, tylko po to, by rzekomy lider drużyny czuł się dobrze. Hazard może liczyć na wszelkie udogodnienia i wygody, ale nie odpowiada na boisku, nie decyduje o losach meczów, nie lideruje zespołowi. Nie ma go.
Komentarze (28)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się