REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

aktualności

2014.03.01, godz. 10:39, Klatus / Leszczu

RealMadryt.pl w Madrycie: Palacio równie magiczne co Bernabéu

Mieliśmy sporo szczęścia, wybierając termin wyjazdu do Madrytu. Poza Derbami Madrytu, meczem Youth Champions League Juvenilu, starciem z udziałem Castilli w stolicy Hiszpanii grali również koszykarze. Tym razem do samego końca martwiliśmy się o przyznanie akredytacji, ponieważ z reguły na jedne media przypada tylko jedna akredytka, dlatego dwa dni przed meczem zakupiliśmy bilety na spotkanie z Partizanem w Palacio de los Deportes. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że otrzymaliśmy dwie akredytacje, ale warto było obejrzeć spotkanie także z perspektywy trybun, dlatego rzuciliśmy monetą – jeden z nas kibicuje, drugi haruje (sporo wpisów z tego meczu znajdziecie na naszym fejsie) – za to z dużo lepszym widokiem na parkiet.

Hala robi wrażenie. Nie przypomina choćby Atlas Areny, jest od niej o kilka tysięcy bardziej pojemna, do tego trzeba zauważyć, że w przeciwieństwie do większości tego typu obiektów w Polsce, trybuny są usytuowane bardzo blisko parkietu. Przez to wydaje się, że trudno byłoby uprawiać tu inne dyscypliny sportu niż siatkówka, koszykówka czy piłka ręczna. Poza tym obiekt jest relatywnie wysoki, ale nawet z teoretycznie najgorszych miejscówek dobrze widać to, co podopieczni Pablo Laso wyczyniają na parkiecie.

Jak już mogliście przeczytać w relacji na naszej stronie, mecz nie układał się dla Królewskich najlepiej. Najwierniejsi fani dopingowali zespól przez 90 całe 40 minut gry, a po kilku ładnych akcjach niemal wszyscy na trybunach wstawali z miejsc i klaskali. Berserkers (koszykarscy Ultras Sur) robią fantastyczną robotę i wręcz zmuszają tym samym do kibicowania resztę hali. Warto zwrócić uwagę nie tylko na rzuty za trzy punkty, których wczoraj było co nie miara, ale też na wszelkie próby efektownego rozegrania piłki, w czym ewidentnie przodował Sergio Rodríguez.



Kolejnym wartym do odnotowania faktem jest to, jak zachowują się kibice podczas gry defensywnej Królewskich. Nie jest tak jak w meczu piłkarskim – tutaj niemal każdy blok, każdy przechwyt, każdy odbiór nagradzany był burzą oklasków. Tak wielkiej różnicy nie ma jednak w kwestii spożywania – tutaj jednak nie górują słynne już słoneczniki, ale popcorn i… pizza. Większość z głodnych fanów zamawiała posiłki między drugą a trzecią kwartą. A my się śmialiśmy ze słoneczników…

A co na trybunie prasowej? Po odebraniu, podpisaniu i zawieszeniu sobie na szyję akredytacji, możesz rozgościć się na wygodnym skórzanym fotelu i mieć przed sobą zaje**sty widok na wydarzenia boiskowe. Zawodników ma się praktycznie na wyciągnięcie dłoni. Tuż przed meczem otrzymujesz obszerną broszurą, w której możesz znaleźć informacje o przeciwniku, a także o dotychczasowych wynikach w Eurolidze. Oczywiście trybuna jest specjalnie przygotowana na wizytę dziennikarzy. Specjalne stoliki na laptopy i dostęp do wi-fi nie były jednak większym zaskoczeniem, bo podobnie jest to zorganizowane Santiago Bernabéu. Aczkolwiek na naszym stadionie niektóre rozwiązania technologiczne, w tym Internetu z modemu, wołają o pomstę do nieba. Ale mniejsza o to. Co jednak nieco zaskoczyło? W trakcie meczu, po każdej kwarcie, po trybunie przechadza się jakiś Juan czy inny Pablo i rozdaje każdemu dziennikarzowi dotychczasowe statystyki spotkania. Bardzo fajnie, nie trzeba silić się na szukanie tego w czeluściach Internetu. A do tego miłe panie co jakiś czas podchodzą i pytają czy przypadkiem czegoś nam nie brakuje. Chcesz wodę czy coca-colę? Nie ma problemu – zaraz przyniosę.

Obok jednego z nas na trybunie prasowej siedziała dwójka Hiszpanów, kolejno z AS-a i Marki, a także dwójka Serbów, którzy wyglądali bardziej jak zagorzali fani Partizanu niż pracownicy jakiejś gazety. Mimo wyglądu typowego łódzkiego dresa, okazali się być bardzo życzliwi, chcieli dzielić się swoimi napojami, zapraszali na wspólną imprezę po meczu (w końcu w Madrycie są ostatnie dni karnawału), a także prosili by zrobić im zdjęcie i umieścić na naszej witrynie. Co prawda nie mam pewności, że zrozumieli iż nasza strona nie jest oficjalną stroną Realu Madryt. No ale skoro słowo się rzekło, to fotkę wrzucamy.

Warto też cofnąć się nieco w czasie i odnotować, że koszykarze rozpoczynają rozgrzewkę już na ponad godzinę przed pierwszym gwizdkiem sędziego, kiedy na trybunach nie ma jeszcze żywej duszy. Fajnym przywilejem bycia akredytowanym jest to, że można zejść z aparatem fotograficznym prawie że na sam parkiet i wręcz poczuć pot rozgrzewających się graczy, którzy tak naprawdę praktycznie nieprzerwanie rozgrzewają się do samego początku meczu. Przede wszystkim sporo rozciągania i rzutów z dystansu. Lekkie ciarki po plecach przechodzą też na kilkanaście sekund przed pojedynkiem, kiedy spiker prezentuje wszystkich koszykarzy, Berserkers walą w bębny, z głośników leci zachęcająca do walki muzyka, a cała hala głośno skanduje nazwiska przyszłych bohaterów wieczoru. A skoro jesteśmy już przy skandowaniu nazwisk, to oczywiście największa sympatią kibiców cieszą się hiszpańscy zawodnicy – Chacho, Reyes, Llull i Rudy, ale i tak ciężko ustalić, który koszykarz jest najbardziej faworyzowany, czy też kto faworyzowany nie jest. W Palacio de los Deportes nie ma tak jak na Bernabéu, że po pojawieniu się na parkiecie wychowanka, którego jedynym osiągnięciem jest to, że jest wychowankiem, możemy usłyszeć głośne skandowanie jego nazwiska. A gdy na parkiecie pojawia się obrońca z Portugalii gracz innej narodowości, to słyszymy pojedyncze brawa, ale przede wszystkim gwizdy i buczenie. Nie, raczej wszyscy są traktowani na równi, bez względu na to, w jakim kraju się urodzili i jak długo są w klubie. I jak to odczytywać? Ta sama nacja, to samo miasto, nawet ten sam klub, a zachowania tak różne. Doprawdy niepojęte.



Po końcowym gwizdku wszyscy koszykarze dziękują brawami za wsparcie, podchodzą do fanów i przybijają piątki, ale dla osób z trybuny prasowej to nie koniec atrakcji. Dziennikarze mogą udać się pod samą szatnię Królewskich i zamienić kilka zdań z jednym bądź dwoma koszykarzami, którzy zmierzają ku wyjściu z hali. Oczywiście, już we dwójkę, nie omieszkaliśmy skorzystać z tego przywileju. Nasi gracze długo kazali na siebie czekać, ale o tym, co działo się w tak zwanej mix zone przeczytacie już w kolejnej relacji. Uchylimy tylko rąbka tajemnicy, że ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu przy szatni spotkaliśmy kogoś, kogo często widujecie w telewizji przy okazji meczów piłkarskich, a udało nam się zamienić kilka zdań z tą osobą. Pozostawimy Was jeszcze trochę w niepewności.

REKLAMA

Komentarze

2014.03.01, godz. 11:26, kamilmeczynski
REDAKTORZE

Jak się taką akredytację zdobywa? Jesteście zawodowymi dziennikarzami? Trzeba mieć jakiś duży serwis sportowy?
2014.03.01, godz. 11:23, luckyluke
Bardzo fajna ta seria artykułów z Madrytu. Tak trzymać :)!
2014.03.01, godz. 10:49, Karlie_
Świetnie to przedstawiacie chłopaki, oby tak dalej :D Mam nadzieję, że długo na odpowiedź nie będziemy musieli czekać, bo jak na razie jedyna osoba, która przychodzi mi na myśl i mogliście ją spotkać to Emilio Butragueño, Choć pewnie to nie on.

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze!

REKLAMA

archiwum

gorące tematy

profil

Pamiętaj, że sposób wyświetlania Aktualności i Komentarzy zawsze możesz dostosować do swoich potrzeb!

- Twój profil -

reklama

Sklep Realu Madryt

dołącz do nas



reklama