REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

aktualności

2008.12.20, godz. 15:28, dziobo / RealMadryt.pl

Echa klasyku na Camp Nou

Zgodnie ze zwyczajem kultywowanym od dwóch sezonów, podczas najważniejszych meczów w sezonie polscy fani Realu Madryt łączą się w swoich miastach w większe grupki, by wspólnie kibicować swoim ulubieńcom. Nie inaczej było tym razem; wielu sympatyków Królewskich spotkało się na oficjalnym zlocie w Krakowie, a atmosfera dopisała w każdym z opisywanych miejscowości, mimo niekorzystnego rezultatu na Camp Nou. O tym, jak bardzo, możecie dowiedzieć się z poniższych relacji naszych wysłanników.
Serdecznie zapraszamy!

Kraków


Stało się już tradycją, że gród Kraka gromadzi w dzień Gran Derbi rzesze wiernych kibiców. Tak było i tym razem. Tegoroczne świętowanie rozpoczęło się już w czwartek, kiedy zagościli u nas pierwsi przybysze z Wrocławia, pod postacią Vesny i Tomka. Ulokowani w samym sercu miasteczka studenckiego AGH, mogli spokojnie oddać się kontemplacji "rozmodlonego, dekadenckiego miasta". Kontynuacja tej praktyki nastąpiła w piątek, kiedy to męska część gości udała się wraz ze mną na "tour de Cracow", kulturalnie zakończone wizytą w Muzeum Narodowym. Potem nastąpiło spektakularne odebranie Artura z dworca i w ten oto sposób wrocławski akcent był już w komplecie. Wieczorem drużyna wybrała się na zwyczajowe kosztowanie atmosfery krakowskich pubów i smakowanie kazimierzowskich zapiekanek. Finalnym dźwiękiem tego dnia był brzęk rozbijanego bocznego lusterka samochodu, który na długo pozostanie w pamięci wszystkich zebranych.

Najważniejszym jednak dniem stała się niewątpliwie sobota. Około 15:00 na stadionie Tramwaju zebrali się kibice obu drużyn mających wystąpić wieczorem, aby wspólnie rozegrać mecz. Pomimo minusowej temperatury kibice dzielnie biegali pomiędzy bramkami, zagrzewani do boju religijnymi pieśniami. Wynik spotkania niechaj zostanie okryty kirem wyrozumiałego milczenia... Po meczu wszyscy rozeszli się do domów, ale tylko po to, by jeszcze lepiej przygotować się do wieczornego spotkania. Już o 20:00 pierwsze rozmowy na temat możliwego wyniku zabrzmiały w knajpie English Football Club, w którym niespodziewanie zagościł RinG i bardziej spodziewanie Qras. Napięcie rosło wraz z kolejnymi przybywającymi osobami. Sala pękała w szwach, gromadząc w swoim wnętrzu ponad 60 kibiców Królewskich oraz nieokreśloną bliżej liczbę wielbicieli FC Barcelony. Na ścianie zawieszona została flaga Realu i tak przygotowani, oczekiwaliśmy na rozpoczęcie meczu.

Machina ruszyła o 22:00, pierwsze okrzyki rozległy się wśród zebranych. Kolejne fale radości i rozpaczy przepływały przez salę. Najczęściej powtarzaną, czy raczej wykrzykiwaną frazą stało się: "Nie do Drenthego!" Na tym jednak nie kończyły się możliwości uczestników spotkania i wszystkie piękne akcje Realu komentowane były gromkim "ach!", a te mniej piękne donośnym "ech!", oraz całą gamą innych zawołań. Specjalnego aplauzu i uznania doczekał się Iker Casillas, który w tym spotkaniu pokazał klasę. Zwłaszcza w 69. minucie, kiedy obronił karnego, przygotowanego przez Eto'o. Wszystko, co dobre, musi się jednak kiedyś skończyć - nastała 83. minuta, a wraz z nią pierwszy gol dla Barcelony. Nikt nie tracił jeszcze nadziei, zażarta walka trwała, jednak jej rozstrzygnięcie w 90. minucie potwierdziło najgorsze - Messi pokonał królewską obronę i strzelił drugiego gola.

Kim jednak byliby krakowscy madridistas, gdyby nie hołdowali hasłu "Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce"? W myśl tej zbożnej maksymy odnaleźliśmy w sobie siłę i radość, które pozwoliły nam na kontynuowanie zabawy. Wraz ze wspaniałymi gośćmi do rana świętowaliśmy narodziny nadziei na przyszłość, która na pewno zajaśnieje czystą bielą.

Aśika

Kraków okiem przybysza


Stolica Małopolski ugościła trójkę podróżników (mnie, Tomka i Artura), którzy na zlot kibiców Realu Madryt przyjechali z Wrocławia, nad wyraz serdecznie. Zanim przyszło nam wspólnie emocjonować się najwspanialszym pojedynkiem europejskiego futbolu, doświadczyliśmy wielu atrakcji kulturalno-rozrywkowych. Pod opieką nieocenionej jak co roku Aśiki, wyjątkowo gościnnego Leszka oraz obytego z życiem nocnym Sobka, podążaliśmy szlakiem zabytków, muzeów oraz różnej maści lokali. Na takich ambitnych zajęciach upłynął piątek, później oddaliśmy się już wyłącznie atrakcjom sportowym.

Pierwszym punktem sobotniego planu dnia był pojedynek z kibicami FC Barcelona, którego szczegóły (na przykład wynik :P) możecie poznać w stosownym newsie, a których ja z wiadomych względów przytaczać nie będę. Wspomnę tylko, iż mimo nie najlepszego rezultatu i piekielnego zimna, było warto przez kilkadziesiąt minut poszaleć na murawie z całą gromadą spoconych mężczyzn i zbierać oklaski od szalejącej publiczności (możecie nie wierzyć, ale i mnie raz oklaskiwano ;)).

Powrót do akademika, szybki prysznic, zmiana odzienia na odświętny trykot Królewskich i wesoła kompania mogła skierować się do krakowskiego Rynku, w którego pobliżu znajduje się English Football Club, cel naszej podróży. Najwięksi fanatycy (czyt. Ring, Kamior czy Qras) już od dawna tam rezydowali, z czasem cała sala zaczęła wypełniać się po brzegi kibicami obu zespołów, co miało dodać smaczku pojedynkowi. Przed rozpoczynającym mecz gwizdkiem znalazła się jeszcze chwila na wymianę opinii dotyczących Gran Derbi oraz wpis do Księgi Pamiątkowej, której pomysłodawcą był nie kto inny jak Aśika.

Samo spotkanie z Dumą Katalonii zapamiętam jako dziewięćdziesiąt minut napięcia i niepokoju z przerwami na: rwanie włosów z głowy po zmarnowanej sytuacji Drenthego, nieopisany szał radości po interwencji Casillasa i jęk zawodu po trafieniach Eto’o i Messiego… Trzeba było uznać wyższość Blaugrany, co nie przyszło nam znowu tak trudno, biorąc pod uwagę wspólne afterparty, jednoczące sympatyków obu drużyn.

Słowem podsumowania, pomijając pewne przeciwności losu i komplikacje, niewątpliwie warto było uczestniczyć w krakowskim zlocie, ponieważ… ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie są niesamowici. I choć w większości byli mi bliżej nieznani (bo nigdy nie wiesz, kto siedzi po drugiej stronie ;)) potrafili dołożyć swoją cegiełkę do niezapomnianej atmosfery grudniowego weekendu. Za co serdecznie dziękuję również w imieniu moich dwóch towarzyszy.

Vesna


Oto kilka bardziej interesujących zdjęć z Krakowa:
Wślizg, wślizg, wślizg, golimy frajerów
Saviola i Guti zapraszają do udziału w meczu
Pamiątkowe zdjęcie dla potomnych
Wygraliśmy, wygraliśmy, wygraliśmy! Losowanie przedmeczowe...
New, better Ronio
Ty do mnie, ja do ciebie
Za chwilę padnie pierwsza bramka dla Realu! I jedyna...
To nie do końca był mecz przyjaźni
Wysłannicy Interu (Gnojnica) i Juventusu (Poraż) obserwujący grę krakowskiego Savioli
Sztuczne oddychanie 2.0
Miało być "puta", wyszło dziw...acznie
Perełka na boisku
Kamior ogrywa sola. Hm...
Loża prasowa na stadionie KS Tramwaj
Redaktorzy RM.pl w posiadaniu pamiątkowej księgi
Rozmowy w kuluarach
Był ten karny czy nie?
Bo piwo się skończyło




Warszawa


Na godzinę przed rozpoczęciem Gran Derbi, w warszawskim pubie Champions trudno było znaleźć wolne miejsce. Od kilku lat, dwa razy w ciągu roku, bar wypełniony jest kibicami, na przemian ubranymi w białe i bordowo-granatowe koszulki. Im bliżej pierwszego gwizdka, tym kibiców było więcej. Kilkudziesięciu stołecznych madridistas, usadowionych w centrum baru, na ringu, otoczonych było trochę większą liczbą kibiców Blaugrany. Kiedy na boisku pojawiły się obie drużyny, przywitały je gorące brawa. Wraz z pierwszym gwizdkiem uwaga wszystkich obecnych skupiła się już tylko na meczu. Emocjonujący początek spowodował wiele braw oraz sporo zdenerwowania ze strony kibiców Królewskich. W 7. minucie, rozległ się oczywiście głośny krzyk „Illa, illa, illa Juanito Maravilla" - polscy kibice nie zapominają legendy madryckiego klubu. Im dłużej trwał mecz, tym bardziej rozwijał się doping. Gromkie okrzyki „¡Madrid, Madrid!" czy „¡Vamos Real!" słyszalne były o wiele lepiej niż doping kibiców Barcelony. Szczególnie po sytuacji Drenthego, cały ring złapał się za głowy i nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Do przerwy dotrwaliśmy w dobrych nastrojach, w końcu gra Realu nie wyglądała tragicznie, a i gola udało się nie stracić. W przerwie przy stolikach rozbrzmiała dyskusja o grze Królewskich i nadziejach na drugą połowę. Przy okazji odbyła się licytacja koszulki Carlesa Puyola, a pub swoją obecnością zaszczycił Dariusz Dziekanowski.

Druga połowa rozpoczęła się od… zaśpiewania „Sto lat!", koledze, który akurat tego dnia wkraczał w dorosłość. Szkoda, że piłkarze Realu nie zrobili mu najlepszego prezentu tego dnia. Kiedy sędzia podyktował rzut karny dla Barcelony, na chwilę zapanowała cisza, jakby niedowierzanie, jednak chwilę potem, w całym barze rozległy się wrzaski: „Iker, Iker, Iker!". Kibice Królewskich oszaleli z radości, a kiedy się w końcu uspokoili, znowu zaczęła się euforia, po kolejnych cudownych interwencjach Świętego Ikera. Im bliżej końca meczu, tym większa nadzieja na korzystny wynik. Niestety, nadeszła 83. minuta. Bramka Eto'o, radość kibiców w bordowo-granatowych koszulkach, okrzyki „¡Barça, Barça!"… natychmiast stłumione przez głośniejsze „¡Madrid, Madrid!". Do końca meczu madridistas nie tracili nadziei, większość oglądała końcówkę spotkania na stojąco, głośno dopingując swoich idoli. Niestety, druga bramka ostatecznie zniweczyła nadzieje choćby na remis. Po ostatnim gwizdku więcej radości mieli fani Barcelony, jednak zdecydowanie lepiej słychać było okrzyki „¡Hasta el final, vamos Real!", czy odśpiewany hymn Realu. Real przegrał, jednak warszawskie madridismo nie traci nadziei na końcowy sukces, co udowodnili podczas całego meczu. Gorący doping wszystkich zgromadzonych, świetna atmosfera i kolejne długo wspominane spotkanie w stolicy. Zabrakło tylko zwycięstwa, ale już szykujemy się na srogi rewanż w maju. ¡Hasta el final!

Bonso

Oto dwa najbardziej interesujące zdjęcia z Warszawy: 1 2




Lublin


A raczej chciałoby się powiedzieć „biały Lublin”. Tyle że nie od śniegu, ponieważ nie zaszczycił nas tego wieczoru swoją obecnością. Wspólnie z resztą lubelskich madridistas umówiliśmy się o 21 w barze Fabryka. Już w środku nie było widać fanatyków Barcelony (być może i byli, ale chyba incognito). Po 30 minutach męczenia się z flagą, w końcu udało się nam ją zawiesić za pomocą dwóch patyków i mojego kabla od głośników.
Atmosfera była znakomita, od samego początku spotkania zaczęliśmy podśmiewać się, a to z fryzury Messiego, a to Valdesa, że zaliczy asystę przy bramce Raúla. Najwięcej oberwało się Henry’emu, bo niby gra w reklamie Gillette, a wyszedł na murawę nieogolony. Żartowaliśmy, że opuścił swego pracodawcę i podpisał kontrakt w Wilkinsonem :).

Zdziwienie ogarnęło nas w 35. minucie, kiedy w miejsce kontuzjowanego Sneijdera na boisko pojawił się nieznany do tej pory zawodnik z „35” na plecach. Lecz nic nie przebiło wściekłości po niewykorzystanej sytuacji Roystona Drenthego. Delikatnie mówiąc, byliśmy bardzo niezadowoleni i z naszej strony usłyszał parę niecenzuralnych słów. W przerwie meczu ustawiła się kolejka do toalety – bądź co bądź, parę piw przelało się przez nasze gardła.Po rozpoczęciu drugiej połowy byliśmy w dobrych humorach, aż do 70. minuty, gdy sędzia podyktował rzut karny dla Barcelony. Już przed meczem wspominałem, że arbiter podyktuje Barcelonie karnego „z kapelusza” i miałem rację. Chwila skupienia... i wybuch radości po paradzie Casillasa, a po minucie chwila nadziei po akcji Palanki. Niestety, piłkarze Guardioli strzelili dwie bramki i z baru wychodziliśmy na tarczy. Nie zrobiliśmy nawet grupowego zdjęcia tak jak w tamtym roku. Rozeszliśmy się w miłej atmosferze, aczkolwiek porażka z Barçą długo nas smuciła.
Do następnego Gran Derbi, Madrycie.

Serrano

Oto najbardziej interesujące zdjęcia z Lublina: 1 2 3 4 5




Zielona Góra


Pierwsi madridistas i culés (oraz jeden fan Manchesteru United) zaczęli zbierać się w zielonogórskiej Piwiarni już od godziny 18:20, by w spokoju i absolutnie bez żadnych nerwów obejrzeć spotkanie Tottenhamu z Manchesterem United. Ale już podczas trwania tego meczu po prostu nie dało się nie zauważyć rosnącego napięcia przed, szeroko rozumianą, godziną "W" (22:00). Przejawiało się to we wszelkich aspektach, takich jak przedmeczowe dywagacje, coraz większa ilość kibiców w bordowo-granatowych lub białych koszulka czy też wystrajanie lokalu na klimat Gran Derbi. Czas leciał bardzo wolno, ale i przyjemnie. Pojedynczy kibice zamawiali jakieś przekąski, nie obyło się bez niskoprocentowego alkoholu. W końcu lokal wypełnił się po same brzegi kibicami Realu Madryt i FC Barcelona. Flagi obu gigantów zajęły swoje miejsca, ciągle rosnące napięcie, coraz większa entropia - to już ten czas, to już ta godzina. Samo oglądanie hiszpańskiego klasyku odbywało się w przemiłej, jak zawsze w Zielonej Górze, atmosferze. Nie brakowało okrzyków ze strony zielonogórskich madridistas, które miały na celu wspierać dzielnie broniący się Madryt. O dziwo, pomimo całkiem sporej ilości kibiców katalońskiego klubu, nie dało się usłyszeć gromkiego "Barça!".

Cóż, okoliczności w ostatnich latach po prostu spowodowały, że to madridismo tworzy bardziej zgraną grupę kibiców. Kiedy przez długi okres trwania meczu zanosiło się na bezbramkowy remis, pan Medina Canalejo podyktował rzut karny, co oczywiście spotkało się z wielką przychylnością i culés, zaś my musieliśmy - wydawało się - przełknąć gorycz porażki, ponieważ karny był ewidentny, a styl gry prezentowany przez los Blanocos na pewno nie gwarantował rzucenia się do odrabiania strat. Eto'o... CASILLAS! Szał radości zielonogórskiego madridismo i skrajna rozpacz przeplatana licznymi wiązankami skierowanymi w stronę czarnoskórego piłkarza ze strony zielonogórskich culés. Nieco ponad 10 minut później sytuacja odwróciła się o pełny okres funkcji y = tgx (to znaczy o 180 stopni). Załamanie, zdenerwowanie, niedowierzanie i frustracja. Real Madryt bronił się wspaniale przez ponad 80 minut spotkania, by dać sobie strze... przepraszam, wcisnąć bramkę w ostatnich 10 minutach meczu. Mało było takich, którzy wierzyli w odrobienie strat, a już w ogóle takich nie było, kiedy Leo Messi ustalił wynik spotkania. Chwilę później ostatni gwizdek pana Cantalejo. Euforia i skrajne jej odmiany wśród culés, którzy w końcu po 4 latach mogli poczuć smak wygranej w El Clásico na własnym stadionie i nasz smutek - takie emocje towarzyszyły zielonogórzanom podczas opuszczania Piwiarni. Cóż począć, taki jest futbol. Jedno jest pewne - po raz pokazaliśmy, że lubuskie madridismo potrafi się zjednoczyć, nawet w najtrudniejszych chwilach. Bo liczy się El Clasico i dobra zabawa!

Piwwwko

Oto dwa najbardziej interesujące zdjęcia z Zielonej Góry: 1 2




Rzeszów


Rzeszowscy madridistas jak zwykle zebrali się w pubie Corner. Już na godzinę przed meczem próżno było szukać wolnego miejsca, a co najważniejsze – w przytłaczającej większości lokal wypełnili kibice Realu. "Zaprzyjaźnionych" fanów Barcelony było ledwie kilku (a przynajmniej tylko kilku odważyło się ujawnić;) ). Po lekkim tradycyjnym zawirowaniu ze stolikami, które szybko rozwiązał organizator całego przedsięwzięcia – Marcin „madridista_", można było w spokoju stwierdzić, że… nikt nie wziął aparatu. Tak więc fotami z tego niezwykłego spotkania Was nie uraczymy. A jest czego żałować, bo swoją obecnością zaszczyciło nas także kilka pań, spośród których szczególnie wybijała się niewiasta dumnie przyodziana w koszulkę Realu ;)

Mecz jeszcze przed rozpoczęciem wzbudzał wielkie emocje. Można było m.in. dowiedzieć się „czegoś" o fryzurze pana Kumidora czy też umiejętnościach krasomówczych pana Wieszczyckiego. Jednak po pierwszym gwizdku uwagi zamieniły się w wytyczne „czysto fachowe". Co chwilę można było usłyszeć podpowiedzi dla piłkarzy Realu czy też owacje po dobrych zagraniach podopiecznych Ramosa i… złych Katalończyków ;) Pojawiły się nawet propozycje złożenia petycji o deportację Drenthe z terytorium Hiszpanii, ale to chyba w ramach żartu. Chyba. Emocje jakie towarzyszą oglądaniu spotkania w takiej atmosferze są nie do opisania, więc nawet nie będę próbował. Kulminacyjnym momentem był rzut karny obroniony przez naszego portero, po którym gromkie „Ikeeeeeeeeeeeeer" obudziło połowę rynku. Szkoda, że nie było więcej powodów do eksplozji radości, ale jeszcze nie raz będzie okazja…

Warto wspomnieć, że na rzeszowskie spotkanie przybyli przedstawiciele m.in. Kolbuszowej, którzy po raz kolejny w czasie tego wydarzenia powiększyli grono podkarpackich kibiców Realu. Wszystkim przybyłym należą się podziękowania, jednocześnie zachęcamy do częstszego zaglądania na forum RealMadrid.pl do tematu „Rzeszów", gdzie można znaleźć informacje dotyczące spotkań nie tylko z okazji meczów z Barceloną.

Makalu




Ostrołęka


To już trzeci raz w Ostrołęce zebrała się większa paczka na Gran Derbi. Po raz drugi spotkaliśmy się w barze Lucky Luck, tym razem było nieco ponad 20 osób. Niestety, zdecydowanie więcej sympatyków Barcy. Muszę dodać, że mało osób przywdziało na ten uroczysty dzień klubowe barwy, a jeśli już – byli to głównie sympatycy rywali. Oj, ostrołęckie madridismo musi się wziąć w garść… W trakcie spotkania, tradycyjnie już, miało miejsce obopólne wyzywanie się, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, bardziej ze względu na podgrzanie atmosfery, niż na serio. Mniej śpiewów, więcej krzyków i złocistego napoju. Wynik pozwolę sobie przemilczeć…

Jednak ci, co byli tego wieczoru w Luckym Lucku, wiedzą, że spotkania te mają swój smaczek i świetną atmosferę. Tych, którzy nie mieli okazji (szczególnie kibice Realu!), gorąco namawiam, by stawili się na wiosnę. I obyśmy mieli lepsze humory po 90 minutach gry. Do zobaczenia w maju!

el Capitano



REKLAMA

Zobacz inne aktualności powiązane z gorącym tematem El Clásico jesień 2008

Komentarze

2008.12.22, godz. 20:19, El Rey
Gratulacje dla organizatorów!
2008.12.20, godz. 21:01, kryhol1991
Jak najwięcej kobiet kibickami Realu!!
2008.12.20, godz. 18:46, sherman
Hehe są i moi kumple:D pełzi i Bartek w Lublinie:P kurna tez tam miałem być ale nie miałem transportu:(( w ostatniej chwili odpadł kumpel;/
2008.12.20, godz. 17:53, Qras
Na ostatnim zdjęciu z Krakowa 3/4 GTW RM.pl :] Pozostałej 1/4 nie chciało się przyjechać i to tylko znad morza :P
2008.12.20, godz. 17:04, przemeck2
uuu cos troszke przygnebieni sa ci kibice haha....:D
2008.12.20, godz. 16:46, Lotar
"Pierwsi madridistas i culés (oraz jeden fan Manchesteru United)" - to zdanie mnie zniszczyło, tutaj mnóstwo kibiców Barçy i Realu, a taki lelak się wbija w czerwonej koszulce ;d
2008.12.20, godz. 16:43, Rafalx160
Nie ma nic piękniejszego niż widok załamanych fanów Realu po porażce z Barçą.
2008.12.20, godz. 16:35, Serpico
  dawid_94 - BAN (wulgaryzmy)   bezterminowy
  laporta - BAN (viscatrolling)   bezterminowy
2008.12.20, godz. 15:46, Serrano
Marny ze mnie relacjo-pisarz :D Dziobo musiał po mnie poprawiać :D
2008.12.20, godz. 15:42, piopik
rownież
2008.12.20, godz. 15:40, chamartin7
Nie ma nic piekniejszego niz widok kobiety w białej koszulce Realu:-)
2008.12.20, godz. 15:36, Dominiqo
szkoda ze do wszystkich tych miast mam tak daleko, inaczej na pewno bym przyjechal, a tak to ogladalem w rodzinnym gronie i nie mialem z kim sie smucic :(

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze!

REKLAMA

archiwum

gorące tematy

profil

Pamiętaj, że sposób wyświetlania Aktualności i Komentarzy zawsze możesz dostosować do swoich potrzeb!

- Twój profil -

reklama

Sklep Realu Madryt

dołącz do nas



reklama