REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

teksty

2007.07.03, godz. 00:17, Przemyslaw Lonyszyn

Cztery dni z Realem Madryt

Dla każdego kibica pobyt Realu Madryt w Polsce jest czymś wyjątkowym i to bez względu na to, czy jest to pierwszy zespół, juniorzy, weterani, czy dziadkowie. Tak też jest i dla mnie, dlatego chcę napisać parę słów o moim pobycie w Krakowie przy okazji charytatywnego meczu Real Madrid Veteranos z zespołem nazwanym FC Polska. Mam nadzieję, że uda mi się to przedstawić na tyle interesująco, że ci, którzy nie mogli do dawnej stolicy Polski przyjechać, poczują się, jakby tam byli.

W tym roku przy okazji meczu miałem pełnić taką samą rolę, jak w ubiegłym, czyli być swoistym opiekunem zespołu. Jestem cały czas przy nich i wkraczam, gdy tylko jest potrzeba kontaktu z otoczeniem. Z jednej strony to przywilej, a z drugiej ogromny obowiązek, bo praktycznie większość kontaktów między zawodnikami a resztą świata odbywa się przeze mnie.

W tym roku przyjechałem z nieco innym nastawieniem niż w ubiegłym. Traktowałem to bardziej jak spotkanie z dobrymi znajomymi niż z wielkimi gwiazdami wielkiego klubu. Faktem jest, że skład różnił się od ubiegłorocznego, ale sporo osób było i wówczas, więc wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Martwiło mnie co innego. W ubiegłym roku wiedziałem więcej o meczu i otoczce związanej z przyjazdem weteranów. Tym razem, ze względu na zmianę terminu spotkania z 7 lipca na 23 czerwca, o wyjeździe dowiedziałem się z ledwie kilkudniowym wyprzedzeniem i wiele spraw było niewiadomą.

Gdy zespół przyjechał do hotelu około drugiej czwartkowego popołudnia, przywitaliśmy się serdecznie. Przynajmniej z tymi, których znałem. To miłe, jak się okazuje, że ktoś cię tam jeszcze pamięta. Kto zna Hiszpanów ten wie, że takie powitania nie są zdawkowe jak w Polsce. Na każdą parę, bo ludzie Realu Madryt (zawodnicy, trenerzy, obsługa i goście zaproszeni) przyjeżdżają z żonami, trzeba poświęcić kilka minut. Uściski, okrzyki, wymiana zdań, których głównym tematem było oczywiście mistrzostwo.

Zanim ponad 60-osobowa grupa zameldowała się w swoich pokojach, już wszyscy byli spóźnieni na obiad. Jeśli ktoś z nich po jedzeniu spodziewał się sjesty, to musiał się zadowolić spacerem po starym mieście. Hiszpanie robili wiele fotek. Kraków od początku wywarł na nich wielkie wrażenie. Podobnie jak i pogoda. Pierwszego dnia było strasznie gorąco i duszno, nawet jak dla południowców. Na pierwszej kolacji pojawił się przedstawiciel Krakowa do spraw Euro 2012. Po raz pierwszy i nie ostatni dało się zauważyć, że Kraków chce wykorzystać tą wizytę, jako promocję do walki o bycie miastem organizującym mistrzostwa.

Generalnie Hiszpanie pierwszego dnia rozglądali się za piwem oraz za polskimi dziewczynami. To pierwsze było jak najbardziej oczywiste ze względu na pogodę, drugie było nieuchronne, wszak uroda Polek jest znana, a hotel ulokowany był przy Galerii Krakowskiej, czyli największego w tym mieście domu towarowego, przed którym przewijały się tysiące osób, głównie płci żeńskiej, rzecz jasna. Podczas chwili spędzonej a ogródku piwnym na Rynku Głównym miało miejsce dziwne zdarzenie. Przez dobre kilka minut klienci zostali bez opieki. Nikt nie pilnował przybytku i w każdej chwili można było wyjść. Nie udało mi się wytłumaczyć zdziwionym Hiszpanom, jak to możliwe.

Czwartek kończył się dla mnie bardzo pracowicie. Najpierw podczas kolacji trzeba było przeprowadzić wywiady dla PAP-u, a potem je opracować. Miałem okazję rozmawiać z Santillaną i Amaviscą. Zresztą obaj dwa dni później już bez mojej pomocy skwapliwie produkowali się dla stacji Canal +, która była patronem medialnym imprezy. Chylę przed nimi czoła, bo przygotowali więcej materiału niż TVP3 w roku ubiegłym.

Piątek to dzień zwiedzania i konferencji prasowej. O ile Santillana chętnie udzielał wywiadów, o tyle przekonanie Jose Emilio do udziału w oficjalnej konferencji było ciężkim wyzwaniem. Amavisca nie czuje się gwiazdą i trochę go to peszy. W Hiszpanii tacy jak on są już tylko byłymi zawodnikami. Przestają budzić zainteresowanie mediów i kibiców, bo aktualnych gwiazd nie brakuje, i dobrze im z tym. Zresztą Jose Emilio stwierdził, że największym jego sukcesem pozasportowym jest fakt, że kupił sobie do domu prawdziwy nalewak do piwa. Stanęło ostatecznie na tym, że pójść musi, ale o nalewaku ma dziennikarzom nie mówić. I tak to dwóch wychowanków Racingu Santander podążyło do urzędu miasta reprezentować Real Madryt.

Oficjalna konferencja prasowa byłą generalnie nudna. Schemat, jakich wiele. Typowe pytania, typowe odpowiedzi. Na wysokości zadania stanął prezes GEFCO Polska (pomysłodawcy imprezy) Bogdan Młynarczyk, który poinformował, że dostał sms od Zidane’a z informacją, że zagra w sobotę, ale w barwach FC Polska.

Nie wiem, ile osób uznało to za żart, a ile wzięło na poważnie. Nie zmienia to faktu, że wieść rozniosła się po Hiszpanach, którzy byli oburzeni tym faktem. Twierdzili, że Zinedine może grać tylko w Realu Madryt. Wyjaśniałem niemal każdemu z osobna, że to żart. Nie sądzę, aby mi uwierzyli, ale pewnie ktoś zadzwonił do Hiszpanii, do kogoś bardziej poinformowanego, i dopiero wówczas temat Francuza się skończył. Pojawił się za to inny. W brawach FC Polska miało grać aż pięciu czynnych piłkarsko zawodników oraz pięciu rodaków Zidane’a. Hiszpanie chyba po raz pierwszy zaczęli się bać o wynik. No cóż, zawsze podkreślali, że chcą wygrać każdy mecz. Zdawali sobie też sprawę ze słabości swojego składu, zwłaszcza w linii pomocy. Dyskusje na ten temat nie skończyły się aż do meczu.

W Krakowie w sobotę miało się odbyć wiele imprez. Jedną z nich był „Na rynek marsz" organizowany przez miasto wspólnie z Robertem Korzeniowskim. Konferencja prasowa tej imprezy zaczynała się tuż po zakończeniu naszej, tyle że piętro niżej. Siłą rzeczy musiało dojść do spotkania. Próbowałem przedstawić Hiszpanom naszego mistrza olimpijskiego, ale usłyszałem – „Korzeniowskiego to my znamy". Nie tylko znają z nazwiska. Obecny podopieczny Roberta jest kolegą Amaviski. Wymiana zdań, uścisków, gratulacji. Zanosiło się na to, że Hiszpanie zostaną na następną konferencję. Na szczęście do tego nie doszło, choć i tak pojawiły się opóźnienia w programie dnia. Nie pierwsze i nie ostatnie.

To nie Wawel, i nie Niepołomice, ale kopalnia soli zachwyciła Hiszpanów najbardziej. To było pierwsze (następne było w niedzielę) jak dotąd miejsce, gdzie nie było słychać rozmów o futbolu. Choć byli zmęczeni chodzeniem, to jednak z zapałem zadawali liczne pytania przewodniczce i robili kolejne zdjęcia. Bohaterem stał się Charlie, czyli Santillana. Gdy stał pod solną rzeźbą Jana Pawła II i czekał, aż któryś z kolegów zrobi mu zdjęcie, przewodniczka zaczęła opowiadać o tym monumencie. Gdy powiedziała „to jest Papież Jan Paweł II", Charlie wciąż stał jak wryty pod pomnikiem z twarzą skierowaną do wszystkich. Nic w tym dziwnego, że ktoś krzyknął „Nie, to Santillana". Wybuch śmiechu w całej grupie był tak głośny, że wszystkie inne grupy znajdujące się w tej samej komnacie spoglądały na nas ze zdziwieniem. Chyba tylko Charlie się nie śmiał, ale na pocieszenie przez resztę dnia koledzy wołali go „Papa Santillana" (Papież Santillana).

Podsumowaniem wieczoru miała być uroczysta kolacja u prezydenta miasta Krakowa, poprzedzona przemówieniami w sali obrad rady miasta. Wszyscy mieli być pod krawatami elegancko ubrani. Niektórzy uznali, że rozpięta koszula wystarczy za krawat. Coś w tym chyba jest, że Hiszpanie lubią sobie upraszczać życie. Uprościł sobie je także prezydent, który na kolację wystawił swoją zastępczynię. Po długim przemówieniu zrobiło się nudnawo. Zmienił to po raz drugi w tym budynku prezes Młynarczyk, który stwierdził, że wprawdzie może mówić przez 30 minut, ale ponieważ jeden z piłkarzy francuskich – Amara Simba – jest bardzo głodny, to będzie się streszczał. Następnie poprosił czarnoskórego Francuza, aby pokazał się wszystkim. „Wygłodniały" piłkarz wstał, choć na pewno nie było mu do śmiechu. Atmosfera stała się jednak luźniejsza. Kolacja okazała się zbyt wystawna. Nie było piwa ani chleba, więc Hiszpanie bawili się kiepsko. Poza tym mężczyźni skupiali się już na sobotnim meczu i towarzyskie rozmowy można było prowadzić jedynie z ich żonami.
Sobota zaczęła się dla organizatorów od problemów. Trzeba było znaleźć zaginiony bagaż jednego z francuskich piłkarzy. Jednak większym problemem były opóźnienia w lotach Butragueño. Ostatecznie ten wielki piłkarz doleciał głodny i zmęczony dopiero na mecz. Gdy przyjechaliśmy na stadion, spał na ławeczce w gabinecie masażysty. Amavisca zażartował, że pewnie Sęp znów się przewróci na piłce przy pierwszej akcji, jak to miało miejsce w roku ubiegłym. Przebieg meczu pokazał co innego. Wprawdzie Buitre nie został bohaterem meczu, ale razem z Amaviską wziął na siebie ciężar gry, gdy zespół znalazł się w tarapatach.

O meczu pisał nie będę, bo wszyscy albo widzieli w telewizji, albo czytali bardzo dobrą relację w tym serwisie. Obsługa spotkania generalnie się nie spisała. W Lodzi może byli nadgorliwi, ale wielokrotnie stanęli na wysokości zadania. W Krakowie pochwały zebrał tylko smok. Pluszowa, ogromna maskotka wywoływała wiele radości na twarzach zawodników, którzy chętnie robili sobie z nią zdjęcia. Mieć zdjęcie ze smokiem, to jak zobaczyć Neapol i umrzeć.
Na konferencji prasowej obecnych było dwóch Emiliów (jeśli tak można powiedzieć) oraz Ivan Perez. Ten ostatni był w tak ciężkim szoku z tego powodu, że ledwie wydukał parę słów. Wyciągnęliśmy go z korytarza, gdy okazało się, że Santillana nie może podejść po schodach. Uraz odniesiony w pierwszej połowie okazał się bolesny, ale w niedzielę, Charlie chodził z bandażem nie na nodze, ale na palcu. Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z dowcipem opowiadanym w jednej z reklam przez S. Tyma?

Sobotni bankiet był najeżony wzajemnymi podziękowaniami. Perez Garcia podszedł do mnie w pewnym momencie i powiedział, abym nie dawał mikrofonu prezesowi Młynarczykowi, bo wszyscy na sali są najedzeni. Nie mnie było o tym decydować, ale dobrze się stało, bo z ust szefa GEFCO Polska popłynęło zaproszenie dla gości z Hiszpanii na rok przyszły. Oby to zaproszenie przyjęli, bo dla każdego kibica Realu jeden dzień w roku staje się wyjątkowy. Wyjątkowy jest także dla dzieci chorych na dystrofię, którym GEFCO pomaga już od kilku lat. A propos dzieci. Hiszpanie pytali mnie często, co znaczy po hiszpańsku „chi chi". Dopiero z kontekstu domyśliłem się, że chodzi właśnie o dzieci. To pokazuje, jak często to słowo padało podczas różnych przemówień i słusznie zresztą.

Dziś niedziela, dzień wesoły, bo nie trzeba iść do szkoły. To stare, polskie powiedzenie z czasów, gdy jeszcze do szkoły chodziło się przez sześć dni w tygodniu, nie miało potwierdzenia w przypadku wizyty weteranów. Tego dnia wszyscy jechali do Oświęcimia. Jak uspokoić hałaśliwą i liczną grupę dorosłych Hiszpanów? Należy ich zaprowadzić na teren obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. To sarkastyczne porównanie pokazuje jednak, jak wielkie wrażenie wywarło na nich to, co zobaczyli. Każdy przeżywał to na swój sposób. Tam nie rozmawialiśmy o piłce. Było za to wiele czasu na dyskusje na temat historii. Zwłaszcza historii Polski, która interesowała ich ogromnie. Odniosłem wrażenie, jakby tam właśnie zaczęli ją rozumieć, choć przecież Auschwitz jest przede wszystkim miejscem kaźni Żydów. Obóz wywarł wrażenie także na małżeństwie Adepoju. On Muzułmanin, ona Chrześcijanka. Oboje czarni. Tych dwoje doskonale rozumiało, co znaczy nienawiść rasowa, czy religijna.

Powrót do Krakowa przebiegał spokojnie. Po obiedzie piłkarze podpisywali ostatnie piłki, zaś uczestnicy spotkania wymieniali się mailami. Niektórzy pierwszy raz widzieli się ze sobą i mieli okazję się poznać. Prowadzą własne życie, są porozrzucani po całym kraju, ale właśnie takie mecze są dla nich okazją do poznania się. Mają coś co ich łączy. Real Madryt. Choć nie wszyscy zagrali w pierwszym zespole.

Chciałem wykorzystać ten czas na wywiad z Butragueño, ale nie miałem sumienia. Był ogromnie zmęczony po sobocie. Udzielił tego dnia całej masy wywiadów, spał niewiele. W niedzielę wykorzystywał każdy kilometr jazdy, aby pospać. No cóż, ci ludzie stali się dla mnie kimś innym. Już nie są gwiazdami, ale zwykłymi ludźmi, którzy mają prawo do chwil słabości, jak każdy. A wywiad z Sępem kiedyś zrobię, bo warto. To wyjątkowy człowiek. Trochę się o nim dowiedziałem od reszty zespołu. Wiem na przykład, że ćwiczy jogę. No i ma wyjątkowego ojca, który mimo wielu, wielu wiosen na karku, po wielokroć był duszą towarzystwa nie tylko podczas tego pobytu, ale i ubiegłorocznego. Charakterami się od siebie bardzo różnią, ale o piłce obaj mówią z jednakowym błyskiem w oku.

Czy o czymś nie napisałem? Sporo by się znalazło, choć tekst jest i tak obszerny. Nie napisałem o czwórce karciarzy z Ivanem Perezem na czele, którzy wolne chwile spędzali na grze w pokera na orzeszki ziemne. Z tego powodu między innymi spóźnili się na sobotni bankiet. Nie napisałem o dyskotece w sobotni wieczór, na której tańczyć miały siłę tylko kobiety. Nie napisałem także, że nie bardzo mogli się dostosować do braku sjesty, przez co wieczorami byli bardzo zmęczeni. Nie napisałem też, że Amavisca czytywał w autobusie „Wyznania gejszy�?. Nie napisałem, bo tego wszystkiego pewnie nie dałoby się ogarnąć. Dlatego wybrałem to, co najważniejsze przez te cztery dni. Tego czasu wystarczyło na tyle, aby się zorientować, jak ważne dla nich są te mecze, aby spajać ich wszystkich w jedną wielką rodzinę. W Polsce jest wielu piłkarzy, którym się nie wiedzie w życiu, a ich kluby nie zrobiły nic, żeby im pomóc. Niestety mieli pecha, nie trafili do Realu Madryt.

Komentarze

2009.06.28, godz. 19:52, kruk1234
nom fajnie Extra :)

pozdro dla realu
2008.06.24, godz. 01:46, Quar
Extra :)
2007.07.18, godz. 21:26, Kuqi
No fakt. Na takie cos natrafiaja tylko szczęsciarze.
2007.07.04, godz. 10:28, Jetix
wyczes
2007.07.03, godz. 23:13, Cartman
No fajnie, ze Butragueno i Ramisowi tak do śmiechu było w Birkenau...
2007.07.03, godz. 21:26, Dominator.Dominator
nom
2007.07.03, godz. 18:13, Mario
Piękne :) Świetnie opisane i świetne zdjęcia. Dobrze, że są przerwy zrobione między zdjęciami i że takst tak fajnie napisany. Bardzo dobra praca, gratulacje i pozazdrościć tylko :)
2007.07.03, godz. 15:03, szmeh7
Kierownik drużyny Sanchez Barrios wraz z innymi oczekuje na wejśćie do obozu w Oświęcimiu. Butragueno chyba się jednak rozmyślił. - looknijcie na t o zdjęcie jak byłe m w oświecimiu siedziałem tam gdzie Amavisca ;D;D
2007.07.03, godz. 14:48, ciacho91011
Dzięki za opisanie nam czterech dni REALU MADRYT w POLSCE YO NYGA (:
2007.07.03, godz. 14:25, PiterL
dzieki za info, ale tez sam wszedlem! ;) spoko gierka
2007.07.03, godz. 14:22, wslk
GENIALNE:) Prawdziwy profesjonalista to pisał:)
2007.07.03, godz. 14:14, Zibo12
Bardzo mili panowi mi sie wydaja ;d
2007.07.03, godz. 14:03, zola_huta356
Szkoda, że nie mogłem być na tym meczyku...
2007.07.03, godz. 13:59, Bonk
musisz ją wypakować winrarem...
Potem idziesz do tego folderu msz taką zieloną ikone z nazwą netsoccer, wchodzisz do niej... jak ci wyskoczy np. okienko z update to dajesz update-jakiaś nowa rzecz jest w grze.... i potem po raz kolejny uru**amiasz gre netsoccer jak ci sie skończy update i dajesz jezyk Polski potem tworzysz zawodnika logujesz sie i wchodzisz na jakiś serwer- dajesz trening u góry i wbijasz na coś....:]
Myśle że zrozumiałeś :P Ja jak to miałem 1 raz to sam jakoś wszedłem!
2007.07.03, godz. 13:53, mario800
:)
2007.07.03, godz. 13:52, PiterL
jak uru**amia sie ta gre?
2007.07.03, godz. 13:50, patryk_real
fane:P
2007.07.03, godz. 13:46, Bonk
Fajnie:]
Netsoccer - wpiszcie w googlach i ściągnijcie, super gra piłkarska, a do tego malo zajmuje coś koło 8mb, gra sie na myszce lub na klawie i jest po Polsku :]

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze!

reklama

Sklep Realu Madryt

dołącz do nas



reklama