REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

historia



Część XVI: Era Ramóna Calderóna

1. Sezon 2006/2007

Początkiem nowej ery w historii Realu Madryt nie mogło być nic innego jak wybory na prezydenta, które odbyły się 6 lipca 2006 roku. Do walki stanęło kilku kandydatów. Do najważniejszych zaliczano Juana Palaciosa, Juana Miguela Villara Mira oraz Ramóna Calderóna. Każdy z nich składał obietnice w rodzaju sprowadzenia Luísa Figo sprzed kilku lat, którego obiecał kibicom Florentino Pérez. Fanów ostatecznie najbardziej skusiły zapowiedzi Calderóna – zobowiązał się on zakontraktować Cesca Fàbregasa i Arjena Robbena z Chelsea oraz Ricardo Kakę z AC Milan. Zwyciężył niewielką (niecały 1%) różnicą głosów z Juanem Palaciosem i otrzymał od socios mandat na realizację swojego projektu.

Lato 2006 roku upłynęło pod znakiem Mundialu w Niemczech oraz afery Calciopoli we Włoszech. W jej wyniku Juventus został zdegradowany do Serie B. Real Madryt był jedną z kilku drużyn, które skorzystały na tym wydarzeniu. Do Królewskich dołączył trener Starej Damy – Fabio Capello, a także dwóch zawodników tej drużyny – Emerson oraz Fabio Cannavaro. Klub pozyskał też Ruuda van Nistelrooya, José Antonio Reyesa (wypożyczenie w zamian za wypożyczenie Baptisty) oraz Mahamadou Diarrę z Olympique Lyon. Odeszli natomiast wspomniani już Zidane, Baptista, Gravesen, Woodgate, Pablo García, a także wychowankowie – Arbeloa, Jurado i Juanfran. Wszystko to sprawiło, że kadra diametralnie różniła się od tej z poprzedniego sezonu. Należy jednak zwrócić uwagę, że nie została zrealizowana żadna z trzech obietnic nowego prezesa. Nikt z trójki – Robben, Fabregas, Kaká – nie dołączył w tym okienku do Realu Madryt.

Start sezonu znów wywołał mieszane uczucia. Co prawda Królewscy po czterech kolejkach ligowych mieli na koncie 10 punktów (trzy zwycięstwa i jeden remis), ale Liga Mistrzów znów wylała kubeł zimnej wody na zawodników Los Blancos (porażka z Lyonem 2:0 na wyjeździe). Od tego momentu huśtawka nastrojów, towarzysząca kibicom w tym sezonie, poruszała się coraz szybciej, osiągając szczyty w momencie, gdy wydawało się, że bardziej dramatycznie już być nie może. Przeciętne wyniki w lidze (remis z Atlético i Getafe) Real przeplatał świetnymi meczami i wielkimi zwycięstwami. Jednym z tych ostatnich było zwycięstwo nad odwiecznym rywalem – Barceloną – w meczu ligowym na Santiago Bernabéu. Królewscy po bramkach Raúla i van Nistelrooya pokonali nie mającą nic do powiedzenia w tym meczu Blaugranę.

Wydawało się, że od tej pory wszystko będzie się już układało po myśli Królewskich. Nic bardziej mylnego – marazm trwał, Real tracił punkty z o wiele niżej notowanymi rywalami (Celta Vigo, Recreativo) i to na własnym stadionie! W drużynie zaczęły rodzić się konflikty między trenerem a pozostałymi w klubie Galácticos. W styczniu z drużyny odszedł Ronaldo, a Beckham został odsunięty od składu – Capello tłumaczył to brakiem motywacji Anglika, który po sezonie miał odejść do ligi amerykańskiej. Był to też okres najgorszych wyników drużyny w trakcie sezonu. Real odpadł z Pucharu Króla, po kolejnym beznadziejnym dwumeczu z Betisem, a między 16. a 23. kolejką zdobył dziesięć punktów na 24 możliwe. Drużyna grała fatalnie, bez polotu i pomysłu, strzelała mało bramek, a jej „znakiem firmowym” stały się długie piłki od obrońców do van Nistelrooya czy Raúla, którzy nie byli w stanie nic z nimi zrobić. Chodziły pogłoski, że po tym fatalnym okresie włoski trener Realu podał się nawet do dymisji, ale Calderón jej nie przyjął, tłumacząc, że nie ma żadnego innego nazwiska w zanadrzu.

Jedynym pozytywnym aspektem pierwszych dwóch miesięcy 2007 roku było sprowadzenie trzech młodych zawodników z Ameryki Łacińskiej – Fernando Gago, Gonzalo Higuaína i Marcelo. Piłkarze ci mogli budzić nadzieje, że będą w przyszłości stanowili o sile nowego Realu Madryt. Cała trójka dość szybko zaaklimatyzowała się w drużynie Los Blancos.

W trakcie powolnego wychodzenia z kryzysu przyszło Realowi Madryt zmierzyć się w 1/8 finału z Bayernem Monachium, który wtedy nie był w szczycie formy. 20 lutego Real wygrał pierwszy mecz 3:2. Miał nawet szansę na dwubramkową zaliczkę przed rewanżem, ale w ostatnich minutach do siatki trafił Mark van Bommel – były piłkarz Barcelony – i poprawił wynik swojego zespołu przed meczem w Monachium. Real w lidze dalej tracił punkty i wydawało się, że ponownie na długi czas przed końcem rozgrywek mistrzostwo zostanie przesądzone. Można było odnieść wrażenie, że jeśli ktokolwiek jest w stanie przerwać dominację Blaugrany w lidze, mogła to być tylko Sevilla, która dzielnie dotrzymywała kroku Dumie Katalonii. W tej atmosferze doszło do rewanżu Realu z Bayernem. Przeszedł on do historii głównie z powodu bramki, którą Bayern Monachium strzelił w mniej niż 10 sekund. Real stracił niewielką zaliczkę z pierwszego meczu, zanim kilku zawodników Królewskich zdążyło przebiec 20 metrów. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 2:1, Real odpadł, a Roberto Carlos ogłosił, że po sezonie również opuści Los Blancos – katastrofa.

W tej smutnej atmosferze, którą cechowała także (a może i przede wszystkim) bezsilność, przyszło Realowi ponownie zmierzyć się z Barceloną – tym razem na jej boisku. Sytuacja w tabeli nie wyglądała co prawda tak fatalnie jak w poprzednich latach (na 13 kolejek przed końcem Real tracił pięć punktów do Barçy i sześć do liderującej w tabeli Sevilli), ale absolutnie nic nie pozwalało sądzić, że nagle nastąpi przełamanie. 10 marca 2007 roku na Camp Nou został rozegrany bardzo dobry mecz – emocjonujący, porywający, trzymający w napięciu do ostatniej minuty. Innymi słowy, mecz godny miana Derbów Europy. Niestety Real nie był w stanie pokonać Barcelony z rozszalałym Messim na czele i spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3 (bramkę wyrównującą w ostatnich minutach strzelił właśnie genialny Argentyńczyk).

Do tego momentu wydawało się, że będzie to sezon jak kilka ostatnich – pełen porażek, rozczarowań i zawodów. Do tego momentu wszystko układało się w jeden spójny i podparty licznymi faktami wniosek – Real Madryt nie był zdolny wygrywać trofeów, a dominacja Barcelony potrwać miała jeszcze wiele lat. Do tego momentu poddałoby się wiele drużyn. Nie bez powodu jednak Real Madryt jest najlepszym klubem XX wieku i najbardziej utytułowanym klubem na świecie.

Od tamtej bowiem chwili rozpoczęła się zakrojona na szeroką skalę kampania medialna na temat ligowej remontady i zdobycia trzydziestego mistrzostwa Hiszpanii. Ówczesne wyliczenia zwiastowały zdobycie 77 punktów (10 zwycięstw i 2 remisy w ostatnich dwóch meczach), które wraz z Trofeo Pichichi dla van Nistelrooya miały dać Realowi Madryt upragniony tytuł. Wtedy też kibice z całego świata mogli wysyłać do klubu listy i maile z motywacją dla piłkarzy i odpowiedzią na pytanie „Dlaczego to Real Madryt wygra w tym sezonie ligę?”. Wtedy zaczęły się dziać rzeczy magiczne…

Już pierwszy mecz z tej „parszywej dwunastki” okazał się być swoistym preludium do tego, co mieliśmy przeżywać na ostatniej prostej sezonu. Na Bernabéu Real pokonał Gimnastic po bardzo ciężkim meczu. Królewscy wygrali 2:0 dzięki wielkiej zmianie, jaką dał Robinho zaraz po przerwie (po pierwszej połowie było 0:0). Redaktorzy RealMadryt.pl w podsumowaniu meczu stwierdzili: „Robinho wszedł i pozamiatał” – nic dodać nic ująć. W następnym meczu – znowu emocje. Real pokonał co prawda na wyjeździe Celtę 2:1, ale zwycięską bramkę strzelił dopiero w 83. minucie, po długim szturmowaniu bramki rywala. Dalej też nie było łatwiej.

Po dość gładkim zwycięstwie nad Osasuną na własnym stadionie (2:0), przyszedł mecz, który można określić tylko jednym mianem – skandal. To prawda, że Real nie grał w nim wybitnie; to prawda, że miał problemy z konstruowaniem akcji. Prawdą jest też, że mimo to prowadził na wyjeździe z Racingiem Santander 1:0. I wtedy „interweniować” postanowił sędzia, który wydrukował gospodarzom dwa rzuty karne – Real Madryt przegrał 1:2! Od tamtej pory stało się jasne, że jeśli cel postawiony przed drużyną po meczu z Barceloną miał być zrealizowany, Królewscy w ostatnich 8 kolejkach nie mogli już ani razu stracić punktów.

Real jednak nie poddawał się. W meczu z Valencią przeprowadził jedną z najpiękniejszych akcji sezonu, a van Nistelrooy strzelił chyba najpiękniejszą bramkę w karierze – 1:0! Po wyrównaniu Morientesa wydawało się, że sympatyczny, były już, napastnik Królewskich znowu odbierze im tytuł. Tak się jednak nie stało – Real zwyciężył po golu Ramosa. W następnej kolejce Blancos dosłownie przejechali się po Athleticu Bilbao, serwując Baskom cztery bramki na ich własnym stadionie. Na tym jednak skończyły się „łatwe i przyjemne” mecze w tamtym sezonie.

33. kolejka – ważny mecz z Sevillą. Real znów musiał odrabiać straty – ostatecznie wygrał 3:2, jednak wynik ten sprawił, że Królewscy w lidze musieli zdobyć więcej punktów, gdyż w dwumeczu to rywale okazywali się lepsi.

34. kolejka – jeden z najbardziej magicznych wieczorów ostatnich lat. Blancos podejmują u siebie Espanyol, po pierwszej połowie przegrywają 1:3. Nikt nie policzy, ilu kibiców wstało wtedy z foteli, uderzyło pięścią w stół i zajęło się czymś innym, nie mając już nadziei na tytuł. Wszyscy oni musieli być lekko zdziwieni, gdy „dla formalności” godzinę później sprawdzili wynik. Real odrobił straty i wygrał ostatecznie 4:3, dzięki zwycięskiej bramce Gonzalo Higuaína! Po tym meczu Królewscy zasiedli na fotelu lidera. W następnej kolejce Recreativo pozazdrościło Espanyolowi dreszczowca i również postraszyło wielki Real, który wygrywał 2:0, a nagle musiał zmierzyć się z faktem, że w 86. minucie było już 2:2. Jednak poza tym, że ten Real był wielki, był także niesamowicie waleczny. Po kontrze Higuaína i Gago zwycięską bramkę strzelił Roberto Carlos. 3:2 dla Realu i lider obroniony! W następnym meczu Deportivo postawiło ciężkie warunki, ale Los Blancos ani myśleli oddawać im pola i ostatecznie wygrali 3:1. Wydawało się, że emocje muszą już opaść. Że to za dużo jak na jeden sezon. Że to jest po prostu statystycznie niemożliwe. Wszyscy, którzy tak sądzili, byli w błędzie.

I w tym momencie naprawdę nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odesłać Was do filmu pod tytułem „More than a Hollywood Drama”. Obejrzeć go można w serwisie YouTube. Słowa nie są w stanie tego oddać… Real Madryt po niesamowitym meczu i remisie 2:2 z Realem Saragossą ostatecznie utrzymuje fotel lidera. Był to chyba jedyny moment w historii, gdy kibice Królewskich na tę jedną chwilę mogli podpisać się pod transparentem kibiców Espanyolu o treści „Jest tylko jeden Raúl – Tamudo”. Napastnik drugiej drużyny z Barcelony strzelił dwie bramki Dumie Katalonii, doprowadzając w ostatnich minutach do remisu, który dał Realowi fotel lidera na kolejkę przed końcem. Nie pomogła zaciekła postawa Saragossy, która nie dała sobie wyrwać remisu. Nie pomogła „Ręka Boga” Messiego, który oszukał sędziego w praktycznie identyczny sposób jak niegdyś Diego Maradona. Nic nie pomogło. Bóg był wtedy po stronie Realu Madryt. Swój mecz zremisowała także Sevilla, tracąc praktycznie szanse na tytuł.

W ostatniej kolejce nie mogło obyć się bez dreszczowca. Real po pierwszej połowie przegrywał z Mallorcą 0:1 na własnym stadionie. Na domiar złego na początku drugiej części gry kontuzji doznali Beckham i van Nistelrooy, którzy byli czołowymi zawodnikami Królewskich w końcówce sezonu. Na boisko weszli Higuaín i Reyes – rezerwowi. I wtedy ponownie zdarzył się cud. Najpierw Robinho zagrywa do Higuaína, ten odgrywa do Reyesa, a Hiszpan pakuje piłkę obok prawego słupka bramki Moyi – 1:1. Niedługo później Robinho huknął zza pola karnego, ale bramkarz Mallorki kapitalnie sparował piłkę na rzut rożny. Dośrodkowanie z tego rzutu rożnego na bramkę zamienia Mamadou Diarra! 2:1 dla Realu Madryt! Stadion eksploduje, komentator krzyczy „Hala Madrid! Hala Madrid!”, Iker Casillas wybucha płaczem i wrzeszczy z całej siły „VAMOS!”. Magia jest obecna na Bernabeu. Po chwili kropkę nad „i” stawia Reyes, strzelając bramkę nad 3:1.

W tak dramatycznych okolicznościach Real Madryt zdobył trzydziesty tytuł mistrza Hiszpanii. Był to sezon wielu porażek, wielu smutnych chwil, także wielu pożegnań (po sezonie lub w jego trakcie odeszli Roberto Carlos, Beckham, Helguera, Pavón, a także sam Fabio Capello). Był to jednak jeden z najbardziej niezapomnianych sezonów dla każdego kibica Królewskich. Los Blancos wręcz wyrwali tytuł Barcelonie, rozdzierając jej serce, pozbawiając nadziei na jakiekolwiek trofeum w tamtym sezonie (Barça wcześniej odpadła z Ligi Mistrzów i Pucharu Króla). Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo wyszarpane głównemu rywalowi w ostatnich minutach. Real Madryt w tych finałowych dwunastu kolejkach La Liga robił to nieustannie. Ostatecznie nie zdobył 77 punktów, a tylko 76, ale nie ma to znaczenia – wystarczyło. Nie da się opisać emocji, które towarzyszą kibicowi Realu Madryt, gdy widzi swojego kapitana – Raúla Gonzaleza Blanco – z czerwoną płachtą, wykonującego tradycyjne ruchy matadora; gdy widzi szczere łzy szczęścia Ikera Casillasa, który w trakcie sezonu wznosił się na wyżyny ludzkich zdolności, gdy widzi Helguerę, Roberto Carlosa, którzy wiedzieli od dawna, że opuszczą Real Madryt i dlatego ten tytuł tak wiele dla nich znaczył. Jest to niesamowite przeżycie, nawet jeśli siedzi się w domu i ogląda to wszystko w telewizji. „I ja tam byłem, miód i wino piłem…” – wątpię, żeby nawet nasz narodowy wieszcz potrafił to opisać.

Drugą pozytywną informacją w tym sezonie były sukcesy sekcji koszykarskiej, która również zdobyła mistrzostwo kraju, pokonując w finałowych meczach oczywiście FC Barcelona. Koszykarze Real Madrid Baloncesto dorzucili jeszcze Puchar ULEB (koszykarski odpowiednik Pucharu UEFA, dzisiejszej Ligi Europy), który był pierwszym europejskim tytułem Królewskich od kilkunastu lat.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu kibice Realu mogli patrzeć w przyszłość z nadzieją. Po raz pierwszy od dawna Blancos zapewnili sobie spokojne lato. Real Madryt potrzebuje bowiem trofeów jak tlenu, a gdy ich nie ma, dusi się i traci siły. Sezon 2006/2007 skończył okres prawie czterech lat, w ciągu których kapitan Królewskich nie wzniósł w górę ani jednego pucharu. Oby taka zła passa nigdy się nie powtórzyła.

2. Sezon 2007/2008

Drugi sezon prezydentury Ramona Calderóna to kolejna rewolucja kadrowa. Do najważniejszych wzmocnień klubu należało sprowadzenie Gabriela Heinze i Portugalczyka Pepe na obronę oraz Holendrów – Sneijdera i Robbena (prezes wreszcie spełnił jedną ze swych obietnic sprzed roku) do pomocy. Za darmo do zespołu dołączyli także: Javier Saviola z odwiecznego rywala, Barcelony, Christoph Metzelder z Borussii Dortmund oraz polski bramkarz – Jerzy Dudek, niechciany w Liverpoolu. Do klubu doszedł także kolejny Holender – Royston Drenthe. Do składu po rocznym wypożyczeniu z Arsenalu wrócił Júlio Baptista.

Liczne były także odejścia z klubu. To okienko transferowe można ostatecznie uznać za koniec Ery Galácticos w Realu Madryt. Klub opuścili bowiem Roberto Carlos i David Beckham (wcześniej byli to Figo, Zidane, Owen i Ronaldo) – zarząd zdecydował się nie przedłużać z nimi umowy. Z Los Blancos pożegnali się także wieloletni gracze pierwszego składu – Iván Helguera i Francisco Pavón, a także liczna grupa innych piłkarzy, którzy rzadziej lub częściej pojawiali się w podstawowej jedenastce lub na ławce rezerwowych – Emerson, Woodgate, Cicinho, Diogo, Pablo García, Raúl Bravo czy Álvaro Mejía. Nie zdecydowano się na wykupienie z Arsenalu José Antonio Reyesa. Nowym trenerem został Bernd Schuster – były zawodnik Królewskich i trener rewelacyjnego w poprzednim sezonie Getafe (Niemiec doprowadził mały klub spod Madrytu do finału Pucharu Króla oraz zajął z nim dziewiąte miejsce w lidze).

Real Madryt niewątpliwie wzmocnił się przed nowym sezonem. Obawy budziły jednak kolejne ogromne zmiany w kadrze, przez co obawiano się braku stabilizacji i zgrania w drużynie. Niektórzy krytykowali także stworzenie „kolonii” Holendrów w Madrycie – aż czterech zawodników Królewskich pochodziło z tego kraju.

Na początku sezonu przyszło Królewskim zmierzyć się z Sevillą o Superpuchar Hiszpanii. Dwumecz ten obnażył wszelkie trudności, które wiążą się z budową drużyny od podstaw. Dobrze zorganizowana i zgrana Sevilla nie dała szans Realowi Madryt i w dwumeczu pokonała go w sumie 6:3, aplikując Blancos pięć bramek w rewanżu na Santiago Bernabéu. Królewscy zmarnowali tym samym szansę na kolejne trofeum.

Na szczęście później było już tylko lepiej. W pierwszych siedmiu kolejkach Primera División zdobyli aż 19 punktów, dzięki czemu już na początku sezonu zapewnili sobie pewne prowadzenie w tabeli. Udało się także przełamać złą passę przegranych pierwszych meczów w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Tym razem Real Madryt pokonał w pierwszej kolejce Werder Brema, rozpoczynając drogę po awans do fazy pucharowej. Mocno cieszyła dobra postawa nowych nabytków – Pepe, Sneijdera czy Robbena. Do formy wrócił Raúl, a van Nistelrooy dalej strzelał bramki jak na zawołanie. Dobrze w drużynę wkomponowali się także zawodnicy rezerwowi, tacy jak Saviola, czy Metzelder. Jak strzela się bramki, przypomniał sobie także Júlio Baptista.

W ciągu kilku miesięcy Schuster stworzył maszynkę do strzelania bramek i zdobywania punktów – zwłaszcza w lidze. Szczególne wrażenie robiły wysokie zwycięstwa na wyjeździe z Villarrealem (5:0 dla Królewskich) i Valencią (5:1). W Lidze Mistrzów po raz pierwszy od kilku lat udało się awansować z pierwszego miejsca, co dawało nadzieję na słabszego rywala w 1/8 finału i przerwanie fatalnej passy.

Wisienką na torcie udanej pierwszej połowy sezonu miało być zwycięstwo nad Barceloną. Po 16 rozegranych kolejkach Real Madryt liderował w tabeli ligi hiszpańskiej z 38 punktami na koncie. Druga Blaugrana miała o cztery oczka mniej. Prasa spekulowała, że ewentualne zwycięstwo Królewskich praktycznie zapewni im tytuł mistrza Hiszpanii. 23 grudnia 2007 roku drużyny spotkały się na Camp Nou. Barcelona w swoim stylu naciskała na gości, atakowała wszelkimi możliwymi siłami, ale podwójna garda, za którą schowany był Lew z Madrytu, rozbijała wszelkie ataki Ronaldinho i spółki, czekając na dogodny moment. W 36. minucie Bestia dała o sobie znać. Júlio Baptista, grając na pierwszy kontakt z Ruudem van Nistelrooyem, pięknie przerzucając piłkę nad obrońcami Barcelony, doszedł do dogodnej sytuacji strzeleckiej. Huknął jak z armaty i piłka zatrzepotała w okienku bramki Victora Valdésa. Okazało się, że była to jedyna bramka w tym meczu i Królewscy mogli świętować zwycięstwo nad odwiecznym rywalem na jego własnym stadionie (pierwsze takie od 5 lat). Dodatkowym smaczkiem był fakt przerwania passy Barcelony bez porażki u siebie, która trwała prawie 2 lata! Jakiż piękny prezent sprawili swoim kibicom na Święta Bożego Narodzenia gracze Królewskich!

W styczniu, mimo trudnego terminarza, Real nadal osiągał dobre wyniki w lidze (komplet punktów w czterech meczach – z Saragossą, Levante, Atlético i Villarrealem). Nie udało się natomiast awansować do ćwierćfinału Pucharu Króla. W dwumeczu 1/8 finału lepsza okazała się Mallorca (Real polegał dwukrotnie – u siebie 0:1 i na wyjeździe 1:2). Wydawało się, że jest to szczegół, który nie może zagrozić sukcesowi Królewskich w tym sezonie.

Luty i marzec ujawniły jednak wiele słabości drużyny. Real Madryt popadł w kryzys, który trwał przez prawie całe dwa miesiące. Ich wynikiem były liczne straty punktów w lidze – Real przegrał w tym okresie aż pięć meczów, wygrywając pozostałe cztery. Na możliwych 27 punktów Królewscy zdobyli zaledwie 12. Dzięki słabej postawie rywali (Barcelony i Villarrealu) udało się jednak utrzymać prowadzenie w lidze i po zwycięstwie z Sevillą na własnym stadionie 30 marca 2008 roku Real wciąż miał aż 6 punktów przewagi nad drugą w tabeli Żółtą Łodzią Podwodną i siedem nad trzecią Barceloną.

Niestety w Lidze Mistrzów kryzys ten kosztował Królewskich awans do ćwierćfinału. Już po raz czwarty z rzędu Real Madryt odpadł w 1/8 tych najważniejszych rozgrywek w Europie. Tym razem lepsza okazała się Roma, która zwyciężyła 2:1 na własnym stadionie, a 5 marca 2008 roku po kapitalnym uderzeniu Alberto Aquilaniego ostatecznie wyeliminowała Real przy takim samym wyniku. Dwumecze stały się przekleństwem Blancos. Zwłaszcza Realowi Madryt nie było łatwo odrabiać straty. Zawodnikom, którzy mieli świadomość, że rozgrywają nie 90 a 180 minut, włączała się blokada psychiczna, którą niezwykle trudno było przełamać kolejnym trenerom Królewskich.

Po lutowo–marcowym okresie kryzysu Real Madryt wrócił do formy z pierwszej połowy sezonu i ponownie masowo gromadził punkty. Po 33. kolejce miał aż 10 punktów przewagi nad drugim Villarrealem (trzecia Barcelona traciła do Królewskich 11 oczek). Mistrzostwo było już przesądzone. Teraz rozpoczął się wyścig o coś innego…

Mniej więcej od połowy kwietnia rozpoczęły się spekulacje, czy uda się Realowi zapewnić sobie mistrzostwo przed rewanżem z FC Barcelona na Santiago Bernabéu. Chodziło o tradycję, kultywowaną w Hiszpanii od lat, w myśl której, jeśli dany zespół zdobywał mistrzostwo na kilka kolejek przed końcem rozgrywek, wszystkie zespoły, z którymi grał następnie, tworzyły mu szpaler, bijąc brawo, oddając mu tym samym hołd. Z oczywistych względów, przy tak ogromnej rywalizacji obu klubów, szpaler taki, wykonany przez graczy Barcelony wobec piłkarzy Realu Madryt, byłby dodatkowym „trofeum” dla wszystkich kibiców Los Blancos.

Królewscy pewnie kroczyli po realizację tego dodatkowego celu, pokonując ekipy Racingu Santander i Athleticu Bilbao. Ostatnią przeszkodą na drodze do chwały był mecz wyjazdowy z Osasuną. Gospodarze postawili bardzo twarde warunki. Emocje towarzyszyły kibicom do końca spotkania. W jego trakcie czerwoną kartkę otrzymał Fabio Cannavaro, a w 83. minucie karnego na bramkę dla Osasuny zamienił Punal. Wtedy właśnie Królewscy przypomnieli sobie, jak wygrywa się tytuły mistrzowskie – walką do końca. Najpierw Robben w 87. minucie, następnie Higuaín w 89. – 2:1 dla Realu Madryt! Mistrz zostaje w stolicy! Barcelona będzie musiała oddać hołd zwycięzcom! Ogromna radość towarzyszyła piłkarzom, szczególnie Casillasowi. Realowi nie udało się obronić tytułu od czasów pamiętnej Piątki Sępa z drugiej połowy lat 80-tych.

7 maja 2008 roku FC Barcelona po raz drugi w swej historii zmuszona została do utworzenia szpaleru dla Realu Madryt. Królewscy wyszli w składzie: Casillas – Ramos, Pepe, Heinze, Marcelo – Diarra, Gago, Guti, Sneijder, Robben – Raúl. Cały proceder trwał 15 sekund, ale ileż radości przyniósł wszystkim związanym z Realem Madryt. Po rozpoczęciu meczu Blancos udowodnili, że są godni miana mistrza i rozbili w puch drużynę Franka Rijkaarda, który po tym sezonie pożegnał się z katalońskim klubem.

W ostatnich dwóch meczach Real Madryt zremisował 2:2 (wyjazd do Saragossy) i w obfitującym w bramki meczu pokonał na własnym stadionie Levante 5:2. Na tym zakończył się sezon 2007/2008.

Była to kampania na pewno udana dla Realu Madryt. W świetnym stylu udało się obronić tytuł mistrzowski. Dodatkowo cieszyły dwa zwycięstwa ligowe nad Barceloną, a także wisienka na torcie – szpaler. Niepokoił natomiast fakt niemocy piłkarzy Realu Madryt w dwumeczach. Królewscy odpadli z niżej notowanymi rywalami zarówno w Copa del Rey (Mallorca) jak i Lidze Mistrzów (AS Roma). Kibice coraz bardziej pragnęli niezdobytego już od sześciu lat Pucharu Europy. Miał to być cel na nadchodzący sezon.

3. Sezon 2008/2009

Czerwiec i lipiec roku 2008 upłynęły pod dwoma hasłami – Euro i Cristiano Ronaldo. Do początku sierpnia trwała saga z Portugalczykiem w roli głównej. Ostatecznie, po ponad 60 dniach spekulacji, CR7 obwieścił, iż zostaje w Manchesterze United na kolejny sezon. Sytuacja nie mogła się rozwiązać gorzej dla Realu Madryt. Zbulwersowany chęcią zastąpienia go innym piłkarzem Robinho ogłosił, że chce odejść z klubu, a groźnej kontuzji doznał Wesley Sneijder. Brazylijczyk w końcu odszedł do Manchesteru City za 43 miliony euro (rekord sprzedaży Realu Madryt). Klub opuścili także Júlio Baptista, Roberto Soldado, Javier Balboa i ostatecznie Antonio Cassano oraz Pablo García i Esteban Granero.

Wydawało się, że w wyniku tak licznych odejść klub sprowadzi również topowych zawodników na ich miejsce. Nic bardziej mylnego. Klub kupił za 15 milionów euro Rafaela van der Vaarta. Transfer ten rozbudził apetyty kibiców. Spekulowano o Davidzie Villi czy Santiago Cazorli. Żaden z tych zawodników nie dołączył jednak do drużyny Królewskich. Real kupił za to na obronę Ezequiela Garaya, jednak ten został od razu wypożyczony do swojego macierzystego klubu – Racingu Santander – na jeszcze jeden sezon. Środek pomocy został wzmocniony dwoma wychowankami, których Real odkupił po uprzedniej sprzedaży – Javim Garcíą i Rubenem de la Redem. Swoje obawy wyrażali kibice, ale także Bernd Schuster – Niemiec stwierdził, że nie dostał transferów, o które prosił.

Rewolucji dokonał za to FC Barcelona. Z klubu odeszło wielu legendarnych zawodników, takich jak Ronaldinho czy Deco, a także członkowie szerokiej kadry – Zambrotta, Thuram, Oleguer, Dos Santos, czy Edmilson. W ich miejsce sprowadzono młodych, głodnych sukcesów zawodników: Alvesa, Keitę, Piqué, Caceresa czy Hleba. Trenerem został były piłkarz Blaugrany – Josep Guardiola. Czas miał pokazać, że to Barcelona lepiej wykorzystała okres letni…

W sierpniu Realowi przyszło zmierzyć się z Valencią w Superpucharze Hiszpanii. I cóż to był za dwumecz! Na Estadio Mestalla popularne Nietoperze ograły Real Madryt 3:2. Na Santiago Bernabéu działy się rzeczy niewiarygodne. Real, przegrywając i grając w dziewiątkę, odrobił straty i ostatecznie wygrał 4:2 po bramkach van Nistelrooya, Ramosa, de la Reda i Higuaína! Wielka remontada i radość z ostatecznego sukcesu! Ósmy Superpuchar Hiszpanii wpadł w ręce najlepszego klubu XX wieku.

Niestety potem było już tylko gorzej. Pierwsza połowa sezonu upłynęła pod szyldem licznych kontuzji zawodników Realu – wspomniany już Sneijder, ale także Ruud van Nistelrooy, Pepe czy Diarra. Blisko tragedii było w meczu Copa Del Rey z Realem Unión, gdy w 13. minucie zasłabł i zemdlał Ruben de la Red. Okazało się, że był to jego ostatni oficjalny mecz w barwach Królewskich, zawodnik z powodu problemów z sercem musiał zakończyć karierę – w tamtym dwumeczu Real Madryt skompromitował się i odpadł z rozgrywek już na etapie 1/16 finału.

słabiony Real grał kiepsko, często tracąc punkty. O ile po pierwszych 10 kolejkach tracił do liderującej Barcelony tylko dwa punkty, to po 14 serii spotkań było to już dziewięć oczek. W Champions League tylko łatwi rywale uchronili Los Blancos przed kompromitacją. Real przegrał co prawda dwukrotnie z Juventusem, ale pokonał także dwukrotnie Zenit i BATE Borysow, co dało mu awans. W tej sytuacji, po porażce z Sevillą 3:4 na własnym stadionie, Bernd Schuster został zwolniony z Realu Madryt. Spekulowano, że drugim z powodów zwolnienia Niemca był wywiad, jakiego udzielił po meczu z drużyną z Andaluzji. Trener Królewskich stwierdził w nim, że zwycięstwo z Barceloną jest niemożliwe.

Nowym trenerem został Juande Ramos. Hiszpan od razu stanął przed nie lada wyzwaniem. Pierwszym meczem ligowym, w którym przyszło mu prowadzić Real Madryt, było… El Clásico. 13 grudnia lepsza okazała się Barcelona. Mecz był spotkaniem bez historii. Wynik 2:0.

W tym momencie, po 15 kolejkach La Liga, Barcelona miała aż 12 punktów przewagi nad Realem Madryt. Każdy inny zespół poddałby się w tej chwili, jednak Królewscy postanowili gonić odwiecznego rywala i spróbować dokonać niemożliwego.

W zimowym okienku transferowym Real Madryt wzmocnili: holenderski napastnik – Klaas Jan Huntelaar i francuski defensywny pomocnik – Lassana Diarra. Dobrze wkomponowali się oni w drużynę i wydatnie pomogli jej w uzyskaniu niesamowitych wyników w lidze. Władze Realu dopatrywały się kluczowego momentu sezonu ligowego w rewanżu z Barceloną na Santiago Bernabéu. Między spotkaniem na Camp Nou a rewanżem należało rozegrać 18 meczów z innymi rywalami. Real spisał się w nich wprost wyśmienicie. Na 18 meczów Królewscy wygrali aż 17 i zremisowali jeden, zdobywając tym samym 52 punkty na 54 możliwe! Pozwoliło to zmniejszyć przewagę Dumy Katalonii z 12 do czterech oczek przed drugim Klasykiem.

Cieniem na ten fantastyczny okres położyły się dwa wydarzenia. W styczniu dziennik MARCA ujawnił, że prezes Realu Madryt Ramon Calderón przy głosowaniach na Walnym Zgromadzeniu korzystał z „pomocy” i głosów osób, które nie miały prawa być na sali. Dodatkowo ujawniono wiele innych nieścisłości przy innych głosowaniach i poddano w wątpliwość wynik samych wyborów na prezesa. W związku z tym 16 stycznia 2009 roku Ramon Calderón podał się do dymisji. Stery tymczasowo przejął Vicente Boluda. Postanowiono też rozpisać nowe wybory w czerwcu.

Drugim wydarzeniem, tradycyjnie już, była porażka w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Lepszy tym razem okazał się Liverpool, który najpierw pokonał Real Madryt 1:0 na Santiago Bernabéu, a następnie upokorzył drużynę Królewskich na Anfield Road, aplikując jej 4 bramki, samemu nie tracąc żadnej. Był to już piąty raz z rzędu, gdy klub, który aż dziewięciokrotnie zdobywał Puchar Europy, nie był w stanie awansować do ćwierćfinału. Czarna seria trwała.

Niemniej jednak do rewanżu na Santiago Bernabéu z Barceloną Królewscy podchodzili w dobrych humorach, po fantastycznej serii spotkań. Zwycięstwo pozwoliłoby, na cztery kolejki przed końcem zmagań ligowych, zbliżyć się do rywala na jeden punkt. Wciąż była duża szansa na trzecie z rzędu mistrzostwo. 2 maja 2009 roku obie ekipy rozpoczęły mecz, który przeszedł do historii. Niestety jest to dla nas, kibiców Realu Madryt, historia smutna. Zaczęło się dobrze, bo od gola Gonzalo Higuaína w 14. minucie, ale potem rozpoczęło się piekło. W pierwszej połowie Barcelona zaaplikowała Królewskim trzy bramki, ci odpowiedzieli jedną. W drugiej połowie stosunek bramek był dokładnie taki sam. Wynik? 6:2 dla Barcelony, która wykoleiła wielki Real Madryt na jego własnym stadionie. Blaugrana po prostu przejechała się po drużynie Królewskich, wdeptując ją w ziemię. Piłkarze Dumy Katalonii byli lepsi w każdym aspekcie gry i zasłużenie praktycznie zapewnili sobie tytuł mistrzowski.

Był to wielki cios dla wszystkich madridistas, także dla piłkarzy. Do końca sezonu Real Madryt przegrał wszystkie mecze, kończąc rozgrywki na drugim miejscu, tracąc aż 9 punktów do Barcelony. Później okazało się, że Duma Katalonii zwyciężyła także w Lidze Mistrzów oraz Pucharze Króla, stając się pierwszą hiszpańską drużyną, która zdobyła potrójną koronę.

Najważniejszym wydarzeniem tego sezonu była jednak dymisja Ramona Calderóna i rozpisanie nowych wyborów na czerwiec. Dotychczasowy prezes uznawany jest do dziś za postać kontrowersyjną w historii Realu Madryt. Z jednej strony wytykane mu są malwersacje przy głosowaniach i wyborach, a także zrobienie z Realu drużyny zwyczajnej, bez galaktycznego błysku, która cechowała Galácticos Florentino Péreza. Z drugiej strony był człowiekiem, który przerwał fatalną passę klubu, który przez cztery lata (trzy pełne sezony) nie zdobył żadnego trofeum. To za jego prezydentury Real Madryt dwa razy z rzędu zdobył tytuł ligowy, co poprzednio miało miejsce aż 18 lat wcześniej. Odbudował także dobre relacje z FC Barcelona, Hiszpańską Federacją Piłkarską czy UEFA. Czytelnikom pozostawiam ocenę Calderóna jako prezesa i jako osoby…

Tekst: Sebastian Sułkowski
Opieka readakcyjna: Zuza.