REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

aktualności

Aktualności (92) powiązane z gorącym tematem RealMadrid.pl w Madrycie!

2016.05.27, godz. 12:06, Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: Sala kinowa, basen... co jeszcze skrywa „bunkier” Królewskich?

Fot. RealMadryt.pl

Wchodzimy do rezydencji zawodników pierwszej drużyny Realu Madryt. To tu piłkarze przyjeżdżają przed każdymi zajęciami, przygotowują się do treningów, relaksują się. W drzwiach mijamy Garetha Bale’a, który jako jeden z ostatnich skończył udzielać wywiadów podczas otwartego dla mediów dnia w Valdebebas. Nie wiem, jakim modelem samochodu przyjechał, ale wiem, że jeśli akurat dziś wybrał Audi, to jego auto będzie stało tuż pod drzwiami. Taka bowiem jest zasada – pierwszy, najbliższy wejścia parking jest zarezerwowany dla piłkarzy pierwszej drużyny, którzy przyjechali autem sponsora. Reszta musi zostawiać auta na drugim parkingu i ma dłuższą drogę do przejścia. Ale nikt tu nikogo nie zmusza do przyjeżdżania autem z czterema kółkami w logo. Co innego na przedmeczowym zgrupowaniu – na Bernabéu każdy już musi przyjechać swoim Audi.


***

We wtorek przed finałem Ligi Mistrzów Real Madryt zorganizował Open Media Day, czyli, jak nietrudno się domyślić, trening otwarty dla mediów, konferencję trenera oraz strefę mieszaną, gdzie zawodnicy rozmawiali z dziennikarzami. Dodatkowo każdy chętny mógł wziąć udział w oprowadzaniu po miasteczku sportowym Realu Madryt. Miała to być atrakcja głównie dla zagranicznych dziennikarzy, ale skorzystał z tego prawie każdy z 300 redaktorów.

Zaczynamy w niedawno wybudowanej hali, w której trenują koszykarze. Spodziewałem się, że za chwilę zostaniemy zarzuceni informacjami o kosztach budowy, nowoczesnych technologiach, ale rzucono w nas jedynie ostrzeżeniem, by nie wchodzić na parkiet. Szliśmy wyznaczonym chodnikiem do drugiego wyjścia, gdzie czekały już na nas klubowe buggy. Moglibyśmy przejść obok hali i różnicy by nie było. Jakby koszykówka w ogóle nie miała znaczenia, mimo że w ostatnim czasie to koszykarze mają na swoim koncie więcej trofeów.


To samo na Estadio Alfredo Di Stéfano . Wchodzimy na murawę, przewodniczka informuje nas o tym, że swoje mecze gra tu Castilla (no proszę!). Nie zna jednak pojemności stadionu, więc na stronie mówię ciekawskiemu dziennikarzowi z Włoch, że wejdzie tu sześć tysięcy osób. Wracamy do pojazdów, które naprawdę się przydają, bo miasteczko sportowe Realu Madryt jest ogromne. Podjeżdżamy pod szatnie, ale nie wchodzimy do środka. – Ale szkoda, że ten dostawczak akurat tu stanął, gorzej widać – mówi przewodniczka. No tak, było gorzej widać, ale budynek jak budynek. W środku szatnie ułożone są od najmłodszych roczników po miejsce dla pierwszego zespołu. Młodzi nie mogą wchodzić do nie swoich szatni, jedyną drogą jest awans w drużynie. Przejeżdżamy pod miejsce, w którym mieszkają canteranos spoza Madrytu lub Hiszpanii. A ja powoli zaczynam rozumieć wcześniejszy pośpiech.

Zmieniamy przewodniczkę, nowa ma nas wprowadzić w świat wychowanków. Rozpoczynamy od pokoju wspólnego – sofy, wygodne pufy, konsola z grami. No i najważniejsze – telewizor, a na ekranie klubowa telewizja, która akurat pokazuje retransmisję finału z Lizbony. Dalej jedna z sal, w których młodzi się uczą. Nie ma jednej tablicy – pokój dookoła otoczony jest jednym białym materiałem, po którym można pisać. To ma rozbudzać w dzieciakach kreatywność.

Najważniejsze widać jednak po drodze – prawie każdą ścianę zdobią zdjęcia wielkich legend Realu Madryt. Od Di Stéfano, przez Raúla i Zidane’a po Cristiano. Obok wspólne zdjęcie wszystkich cantenaros, którzy tworzą dziś pierwszą drużynę Realu Madryt i młodego Daniego Carvajala, który zakopał symboliczną pierwszą cegłę pod budowę ośrodka, w którym się znajdujemy. Prawie wszędzie telewizory, a w nich RealMadridTV. Czuję się trochę jakby władza zaprosiła mnie na oprowadzanie po fabryce. Jednak nie miałem zobaczyć pracujących dla wspólnego dobra robotników, ale przede wszystkim ideę, która przyświeca każdemu dzieciakowi, który tu trafi – liczy się tylko Real Madryt, ten klub jest wielki, najważniejszy; jesteś jego częścią i twoim celem jest ostatnia szatnia, ta pierwszej drużyny. Wchodzimy do jednego z dwuosobowych pokoi, standard o jakim niejeden student mógłby pomarzyć. Telewizor, a w nim oczywiście klubowa telewizja. – Pozwalamy im zmieniać kanały – mówi przewodniczka. To dobrze, bo już zaczynałem się czuć dziwnie.

Ostatnim punktem wycieczki jest budynek, który ma być wymarzonym miejscem dla każdego z dzieciaków. To tylko kilkaset metrów, młodzi pewnie nie raz obok niego przechodzili. A z drugiej strony to wiele lat ciężkiej pracy, na boisku i poza nim. Nie zawsze jest kolorowo (podobno niektórym kradnie się kanapki i buty). W swojej rezydencji (którą równie dobrze można nazwać bunkrem, nie ma tu wstępu nikt spoza świata Realu Madryt) piłkarze pierwszego zespołu mają do dyspozycji salę kinową, gdyby zachciało im się coś obejrzeć. Nie trudno się domyślić, co jest puszczane na dużym ekranie, gdy akurat nikt z sali nie korzysta.


Piłkarze mają swój własny salon gier. Dla maniaków wirtualnego świata są konsola i symulator wyścigów samochodowych. Na tych, którzy wolą pograć w rzeczywistości, czekają stoły do bilarda i ping-ponga oraz maszyna do gry w kosza. Symulator wyścigów nie wydaje się wygodny, zastanawiam się, czy to nie czasem on jest przyczyną ciągłych kontuzji Bale’a. Z kolei dalej wchodzimy do miejsca, w którym Bale wracał do zdrowia – basen. To tu nagrywano filmiki pływającego Walijczyka, który za chwilę miał już wracać na boisko. No ale później ktoś wymyślił treningi na piasku…


Całe pierwsze piętro zajmuje pierwsza drużyna. To jasne, że do pokoi zawodników nie mieliśmy wstępu. Ale na drugim piętrze jest wiele wolnych pomieszczeń, które mogliśmy obejrzeć. Każdy wygląda tak samo – czy Ronaldo, czy Lucasa Vazqueza. Różni się jedynie gabinet trenera – jest dwa razy większy.

– Zgadniecie, na czyje życzenie musieliśmy go powiększyć? – zapytał przewodnik, też specjalnie wyznaczony do pokazania nam rezydencji.
– José Mourinho – odpowiedzieli prawie wszyscy.
– Nie muszę już nic dodawać.

Wychodzimy z rezydencji, parking Audi prawie pusty, został jeden samochód. Dalej jednak widzimy auto, które wyróżnia się na drugim miejscu postoju. Czarne Ferrari, zapewne należące do Cristiano. Portugalczyk nie ukończył treningu tego dnia, zszedł do szatni wcześniej niż koledzy. Mimo to najprawdopodobniej wyjedzie z Valdebebas ostatni. Zrobi wszystko, by w sobotę być gotowym w stu procentach. Nie odpuści finału, jak sam mówił, najważniejszego meczu w życiu.

Komentarze [5]

REKLAMA

2016.05.06, godz. 10:07, Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: Zakończyć to na Cibeles

Fot. RealMadryt.pl

We wtorek i w środę niczego nie chciałem bardziej niż madryckiego finału Ligi Mistrzów. Sezon zbliża się do końca, a ja chciałem poczuć, że żyję w stolicy Hiszpanii, która przez jeden dzień będzie stolicą piłkarskiej Europy. Dlatego we wtorkowy wieczór ściskałem kciuki za Atlético, chociaż jeszcze w trakcie pierwszej połowy wydawało się, że Bayern zmiażdży zespół z Calderón. Gdybym był fanem Los Colchoneros pewnie wyszedłbym z baru już przy karnym Müllera. Ale inni zachowali spokój, mieli przecież w bramce Oblaka. Natomiast przy karnym Torresa na pewno skończyłbym z zawałem.

Jeszcze przed tym spotkaniem swoją konferencję prasową przed meczem z Realem miało City. Chociaż właściwie można powiedzieć, że miał ją Pellegrini, bo do Gaëla Clichy’ego padły może dwa pytania. Pellegrini mówił między innymi, że zawsze jest dobrze wrócić na Bernabéu, bo ma z tym miejscem wiele dobrych wspomnień. Być może on ma, ale kibice Realu Madryt raczej nie. Z jego kadencji w pamięci zostały mi przede wszystkim odpadnięcie w 1/8 Ligi Mistrzów z Lyonem czy podmadrycki Alcorcón, który Jerzemu Dudkowi trafił cztery gole w Pucharze Króla.

Tymczasem stadion na dzień przed meczem był już prawie gotowy na widowisko. Granatowe naklejki z napisem Road to Milaninformowały każdego, o co toczy się gra. Logo piłki z czarnych gwiazdek przypominało czasy sprzed piętnastu lat, gdy mecze Ligi Mistrzów były jedynymi spotkaniami Realu, które mogło się oglądać w telewizji. Gdy wrzesień oznaczał początek szkoły, ale jakoś dało się to przeżyć, bo razem z jesienią przychodził do nas hymn Champions League. Tym razem mecz o finał najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywek miałem oglądać z trybun Santiago Bernabéu, a nie z pokoju oblepionego plakatami Królewskich.




W środę w Madrycie było gorąco i nie chodzi mi tylko o piłkarską atmosferę. Był to jak dotąd najcieplejszy dzień w roku, temperatura zbliżała się do 30 stopni. Na ponad dwie godziny przed meczem pod Bernabéu gromadzili się nie tylko ci, którzy mieli wejściówkę na spotkanie. Przychodził każdy, kto chciał przywitać podjeżdżających pod stadion piłkarzy. – Wyjeżdżają z Valdebebas, jeszcze trochę im to zajmie – mówił siebie kibic obok mnie, który oglądał na tablecie klubową telewizję. Inni czekanie umilali sobie przyśpiewkami. Za południową trybuną, tradycyjnie, Ultras Sur, do którego przyłączali się przypadkowi fani. Kilkadziesiąt metrów dalej inni już ustawiali się na zakręcie w oczekiwaniu na autobus. Tysiące ludzi, którzy nie wyobrażają sobie innego scenariusza niż madrycki finał w Mediolanie.

Jeszcze przed meczem Bernabéu pokazało Pellegriniemu, co o nim myśli. Chilijczyk został wygwizdany prawie tak głośno, jak swego czasu Danilo. Ci kibice, wiele razy bardzo krytykowani za swoje podejście do piłkarzy, już na meczu z Wolfsburgiem pokazali, że potrafią przyjezdnej drużynie stworzyć piekło. Teraz dostawało się City. Grada Fans RMCF z południowej trybuny wielokrotnie podrywała cały stadion do dopingu. Tym najzagorzalszym fanom znów udało się wnieść na stadion setki gwizdków, których używali, gdy tylko City było przy piłce. A za nimi gwizdało całe Bernabéu.

Ale u kibiców można było wyczuć niepokój i napięcie. Real wygrywał tylko jedną bramką, każdy gol przeciwnika dawałby mu awans. – No dobra, teraz w drugiej dokładamy im trzy i do końca już na spokojnie – słyszałem głos jednego z kibiców za mną, który sam chyba nie wierzył w swoje słowa i wypowiadał je tylko po to, żeby się uspokoić. Oczywiście więcej bramek nie było, a napięcie rosło. Różne były sposoby na znalezienie jego ujścia. Pierwszym był wspomniany doping, ale w takich sytuacjach nie trudno o wahania nastrojów i głośne wspieranie Realu szybko przeistaczało się w: - Cristiano, nie wkurwiaj mnie! – i za Ronaldo można tu podmienić każdego piłkarza oprócz Navasa. Kibice nie mogli znieść, że Real Madryt wygrywa tylko 1:0 z tak słabym przeciwnikiem.




Ostatecznie jednak udało się Królewskim dowieźć to prowadzenie do końca. Stadion eksplodował. Zwykle na trybunach pojawiają się puste miejsca już na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem, Hiszpanie wychodzą, żeby uniknąć kolejek w metrze. W środę jeszcze dobry kwadrans po ostatnim gwizdku nie wyszedł nikt. Fani dziękowali piłkarzom, piłkarze fanom. A gdy już zawodnicy znikli w szatni, a stewardzi zaczęli poganiać opieszałych kibiców, którzy jeszcze chociaż chwilę chcieliby zostać na Bernabéu, impreza przeniosła się pod stadion. Ludzie po prostu stali na ulicach i śpiewali. Miasto zareagowało i obstawiło policją Cibeles, żeby uniknąć ewentualnego świętowania do rana. Miejmy nadzieję, że to tylko przełożenie fiesty o trzy tygodnie.

Komentarze [13]

REKLAMA

2016.04.22, godz. 11:45, Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: ¡Quiero más!

Fot. RealMadryt.pl

Nigdy jeszcze nie szedłem na mecz Realu Madryt, po którym mógłby zostać liderem. Od kilku dni hiszpańska prasa podgrzewała atmosferę przed środowymi pojedynkami, ale z drugiej strony trudno się jej dziwić. Wszystkie argumenty przychodziły z Katalonii – Barcelona w krótkim czasie roztrwoniła dwanaście punktów przewagi nad Realem. Od środowego poranka rozpoczęło się nakręcanie kibiców w Madrycie. Nie mogę ukryć, że sam trochę też się temu poddałem. Czy Real Madryt zostanie liderem w nocy z środy na czwartek? Atlético czeka trudny wyjazd do Bilbao, Barcelona gra co prawda z dużo słabszym Deportivo, no ale po tym, co pokazali ostatnio, można spodziewać się wszystkiego. Z takim nastawieniem madridismo czuwało do 20.

Przed dziewiątą wyszedłem z domu, rzuciłem jeszcze okiem na wynik w La Corunii – 2:0 dla Barcelony po pierwszej połowie. Ale nic straconego, pomyślałem, przecież w grudniu Depor odrobiło właśnie dwa gole i udało im się zremisować na Camp Nou. Drzwi mieszkania zamykałem z nadzieją. Po chwili byłem już pod Bernabéu. Przez silną ulewę ulice wokół stadionu były prawie puste, choć do meczu zostało jeszcze kilkadziesiąt minut. Większość kibiców weszła już na stadion, inni gromadzili się pod dachem przy wejściu do dyskontu, który za chwilę miał się zamknąć i trzeba było wykorzystać ostatnie chwile na przedmeczowe zakupy. Odbieram akredytację przy okienku w bramie numer 55, w telewizorze na górze pomieszczenia grało Atlético – 1:0 dla podopiecznych Simeone. – Znasz może wynik Barcelony? – zapytałem już bez żadnej nadziei w głosie panią Martę z biura prasowego. – Gdy spojrzeliśmy ostatni raz, wygrywała 4:0.

Wiedziałem już, że nie idę na mecz, w którym Real może przegonić lidera, tylko na kolejny z rzędu, w którym zagra o to, żeby do lidera nie stracić punktów. Jadę windą na 5 piętro, gdzie znajduje się trybuna prasowa. Dziennikarz, którego widzę tu pierwszy raz, sprawdza wynik na telefonie. – 6:0 dla Barcelony. Cztery gole Suáreza – no tak, to musiało w końcu nastąpić. W ostatnich meczach Suárez był wściekły. To zawodnik z tria MSN, o którym można było powiedzieć, że jeśli zawodzi, to w najmniejszym stopniu. Wściekłość narastała w nim z każdą świetną interwencją Navasa, Rulliego i w końcu Alvesa. No i Oblaka w rewnażu Ligi Mistrzów. Musiał w końcu rozładować to napięcie. Ale jednocześnie rozładował napięcie Santiago Bernabéu.

Na zawodników Realu wyniki Barcelony i Atlético nie miały wpływu, wiedzieli, że muszą wyjść i zrobić swoje. Zanim przystąpili do wykonywania zadania uczcili minutą ciszy ofiary trzęsień ziemi w Ekwadorze i Japonii. A mecz rozpoczął… Javier Fernández, który został niedawno mistrzem świata w łyżwiarstwie figurowym. Ale wiedziałem, że wśród jedenastu piłkarzy Królewskich, był jeden, któremu show Suáreza mogło podnieść ciśnienie. Ten, który nigdy nie odpuszcza, który gra najwięcej. Którego Zidane czasem chce oszczędzić, ale on się nie zgadza. Cristiano Ronaldo tuż przed pierwszym gwizdkiem, gdy wszyscy są już na swoich pozycjach, stoi przy prawej linii. To jego rytuał, zawsze ktoś ze sztabu musi podać mu bidon z wodą. Trochę się napije, trochę wyleje, część napoju posłuży do dopieszczenia fryzury. I można zaczynać.

Ale nie było w jego grze szaleństwa. Cały zespół grał spokojnie, to nie było spotkanie o życie, jak z Wolfsburgiem. Real robił swoje, jednak miał problemy z przebiciem się przez ustawione blisko siebie linie pomocy i obrony Villarrealu. Ale trybuny oczekiwały emocji. Kibice rozgrzani po meczu o być albo nie być w Champions League, nie mogli zaakceptować momentami nudnej gry z Villarrealem. Oczywiście nie gwizdali na wszystkich (oprócz Danilo, ale gwizdy w jego kierunku to już norma od pierwszego meczu z Wolfsburgiem). Ale na stadionie zapanowała po prostu cisza. Grupa dopingująca z południowej trybuny nie była w stanie poderwać reszty do głośnego wspierania Realu Madryt. Był to pierwszy piknik w moim życiu, na który wybrałem się o 22 w deszczową pogodę.

Gol Benzemy zdołał rozpalić trybuny, ale padający deszcz wygasił wszystko w przerwie. Real Madryt rozgrywał być może najlepszy mecz w sezonie. Świetny i niemal bezbłędny w każdej linii. I to nie z drużyną z końca tabeli, tylko czwartym zespołem w lidze. Z Villarrealem, który za chwilę będzie mierzył się z Liverpoolem w półfinale Ligi Europy i który w przyszłym sezonie najprawdopodobniej zagra w eliminacjach Ligi Mistrzów. Ale na kibicach, przekonanych jeszcze w środę rano, że idą na Bernabéu oglądać nowego lidera, nie robiło to żadnego wrażenia.

Wynik nie wystarczał jednak nie tylko kibicom. Swoje chciał dołożyć jeszcze Cristiano Ronaldo. Nie chodziło pewnie tylko o to, że Suárez strzelił niedawno cztery gole. On po prostu chce trafiać zawsze. Gdyby zależało to tylko od niego, biegałby z rozdartą koszulką do końca spotkania. Ale musiał opuścić boisko i zmienić koszulkę. I wszystko zdawało się być przeciwko niemu. Chciał szybko wrócić do gry, ale ludzie ze sztabu przynieśli mu… strój Sergio Ramosa. Kolejne kilka minut czekania przed powrotem. W końcu jednak musiał zejść ponownie. Poczuł ból mięśnia, wolał nie ryzykować i opuścił murawę. To była chyba najmądrzejsza decyzja Ronaldo i najpewniejszy Real Madryt, jakie widziałem w tym sezonie. Varane i Danilo byli po meczu zadowoleni. Ten pierwszy w strefie mieszanej jeszcze długi czas udzielał wywiadów swoim rodakom, w szczególności Fredowi Hermelowi z L’Équipe. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, wiedział, że cała drużyna wykonała przed chwilą świetną pracę.

Ale publiczności to nie wystarcza. Zawsze przed meczem, wychodzącym na murawę piłkarzom towarzyszy oczywiście hymn. Pieśń, której słowa ¡Hala Madrid y nada más! wpadają w ucho jak nic innego. Ta fraza powtarzana jest też po każdym golu Królewskich. Hala Madrid i nic więcej. Ale jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, gdy na stadionowych ekranach emitowane są reklamy sponsorów, padają inne ciekawe słowa. W jednym ze spotów kilku piłkarzy pierwszej ekipy mówi, że każdy kolejny dzień to dla nich nowe wyzwania. Reklamę kończy Cristiano Ronaldo jednym zdaniem: ¡Quiero más!. Chcę więcej. Portugalczyk chce więcej od siebie. Kibice na Bernabéu też chcą więcej. Chcą widzieć swoją drużynę jako lidera. Może będą mieli jeszcze na to okazję, zostały cztery mecze. Ale tylko jeden w stolicy Hiszpanii.


Komentarze [1]

REKLAMA

2016.04.18, godz. 13:41, Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: Dwa mecze na Estadio Alfredo Di Stéfano

Fot. RealMadryt.pl

Dotychczas hiszpańska Guernica, czy z baskijskiego Gernika, kojarzyła mi się tylko z jednym wydarzeniem i jego następstwami. W kwietniu 1937 roku niemieckie bombowce wspierające Franco niemal całkowicie zniszczyły to miasto podczas hiszpańskiej wojny domowej. Przebywający w tym czasie w Paryżu Pablo Picasso dowiedział się o tym z krótkiej notki w codziennej gazecie. Czarno-biała fotografia ruin Guerniki wywarła na nim ogromne wrażenie. Obraz stworzony na zamówienie republikańskiego rządu Hiszpanii (był jednym z dzieł pawilonu hiszpańskiego na wystawie światowej w Paryżu w 1937 roku) stał się symbolem wojennych okrucieństw. Trudno w to uwierzyć, ale w tamtym czasie nie spotkał się z uznaniem w rodzinnym kraju. Dotknięte wojną hiszpańskie społeczeństwo nie rozumiało abstrakcji Picassa. Potrzebowało realistycznego, z dzisiejszej perspektywy kiczowatego, wyrazu cierpienia – z rozlewającą się krwią. Po latach dzieło doczekało się zasłużonego uznania i jest dziś chlubą Muzeum Królowej Zofii w Madrycie i najbardziej rozpoznawalnym obrazem Picassa. A ja po latach dowiedziałem się, że w małej baskijskiej Guernice gra się w futbol.

Klub SD Gernika powstał w 1922 roku z inicjatywy grupy znajomych. Zebranie założycielskie odbyło się w powstałym niedawno teatrze Licero, a swoją siedzibę klub miał w znajdującym się obok barze. Rozwój klubu przerwało oczywiście bombardowanie z 1937, jednak drużyna została odbudowana. Musiała zostać, domagali się tego mieszkańcy Guerniki. W odradzającym się mieście, już za dyktatury Franco, klub piłkarski miał być nie tylko wspomnieniem lat sprzed wojny. W tym czasie piłkarze pochodzący z tego baskijskiego miasteczka odnosili sukcesy w Primera División w barwach Athletiku Bilbao, Espanyolu czy Realu Madryt. Mieszkańcy chcieli mieć u siebie choćby namiastkę wielkiego futbolu, która pozwoliłaby na chwilę zapomnieć o trudach życia w Kraju Basków frankistowskiej Hiszpanii. Tą namiastką SD Gernika pozostał do dziś. Nigdy nie grał na wyższym szczeblu rozgrywkowym niż Segunda División B. W mieście do dziś pamiętają Gorkę Iraizoza, który na początku obecnego wieku strzegł bramki ich klubu, by później zrobić karierę w La Lidze i stać się podstawowym bramkarzem Athletiku Bilbao.

W niedzielę Gernika przyjechała do Madrytu mierzyć się z Castillą. Zawodnicy gości pewnie chętnie zostaliby w Valdebebas na dłużej. Ciągle rozbudowywany ośrodek z kilkunastoma boiskami treningowymi robi wrażenie na każdym. Samego Estadio Alfredo Di Stéfano, na którym Castilla rozgrywa swoje mecze, nie powstydziłoby się wiele większych niż Gernika klubów. Wystarczy wspomnieć, że niewiele większą pojemność ma Ipurúa, na którym swoje mecze rozgrywa Eibar. Sześć tysięcy ludzi widziałem dotychczas tylko raz – na otwartym treningu pierwszej drużyny na początku roku. Gdyby Florentino, zmęczony sporami z miastem o rozbudowę Bernabéu, rzeczywiście zdecydował się wybudować nowy stadion w Valdebebas, musiałby chyba liczyć się ze spadkiem frekwencji. Droga z centrum miasta zajmuje godzinę, a z najbliższego przystanku metra trzeba jeszcze przejść prawie dwa kilometry, no chyba że uda się złapać kursujący co dwadzieścia minut (w tygodniu!) autobus. Na Bernabéu mam dziesięć minut metrem.

Tak naprawdę na Estadio Alfredo Di Stéfano rozgrywano dwa mecze. Pierwszy – na murawie. Drugi, który rozpoczął się pół godziny wcześniej – na smarfonach i tabletach. Pół godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego w Valdebebas swoje spotkanie z Valencią ropoczęła Barcelona. Gdy piłkarze Castilli wychodzili na murawę, po trybunach przeszło radosne: „Valencia! Valencia!” – pierwszy raz piłkę z siatki na Camp Nou musiał wyjmować Bravo. W starciu na murawie Castilla wyraźnie dominowała, ale nie potrafiła przewagi zamienić na bramkę, ciężko było nawet ze stwarzaniem sytuacji podbramkowych. Aktywny był Ødegaard, chociaż jego gra sprowadzała się do przyjęcia piłki na prawej stronie i schodzenia z nią do środka. Przyniosło to w pierwszej połowie jeden dobry skutek – w 44. minucie został sfaulowany w polu karnym, a jedenastkę na gola zamienił Mariano . Kilka minut później w meczu na smartfonach i tabletach Messi trafił na 1:2.

W 61. minucie meczu przez Di Stéfano przeszła prawie większa radość niż po bramce Mariano – zakończył się mecz na Camp Nou, Barcelona przegrała. Od razu przyjemniej oglądało się zmagania Castilli. Tym bardziej, że niecałe dziesięć minut później Mariano wykorzystał drugiego karnego. Publiczność na zapleczu zaplecza Primera División też czasem potrafi podnieść się z krzesełka. Nie mówię o dopingu, bez przesady, ale oprócz zwycięstwa Valencii i bramek Castilli największe emocje wywołują oczywiście błędy arbitra (które nie zawsze zresztą są błędami). A naprawdę gorąco jest już wtedy, gdy na sędziego gwiżdżą nawet ochroniarze.

Tymczasem Mariano rozgrywał własny mecz i w 78. minucie ładnym lobem podwyższył na 3:0 (po meczu pozował z piłką) . Chwilę potem został zmieniony przez Borję Mayorala , któremu Ramis dał w niedzielę odpocząć. Ødegaard kontynuował swoje zejścia do środka – rzeczywiście potrafi panować nad piłką, ale jego holowanie futbolówki w poprzek boiska zaczynało irytować widzów.

Kibice, którzy w niedzielę wybrali się do Valdebebas, chyba nie liczyli, że będą wracać do domu w tak dobrych nastrojach. Gernika nie była dla Castilli żadnym zagrożeniem i podopieczni Ramisa po tym zwycięstwie wskoczyli na pierwsze miejsce drugiej grupy Segunda División B. I co ważniejsze, walka o pozycję lidera stała się też realna dla pierwszej drużyny Królewskich.


Komentarze [1]

REKLAMA

2016.04.13, godz. 20:02, Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: Bernabéu może być piekłem

Fot. RealMadryt.pl

Estadio Santiago Bernabéu to wysoki stadion. Wie to każdy, kto choć raz w życiu widział na żywo mecz Realu Madryt na jego własnym obiekcie. Albo chociaż miał okazję zwiedzać stadion. Oglądanie meczu z najwyżej trybuny dla kogoś z lękiem wysokości byłoby niewielką przyjemnością. Nie wiem, ile dokładnie pięter, sektorów czy rzędów krzesełek ma stadion, ale we wtorek było to bez znaczenia. We wtorek Bernabéu miało mieć kręgi. Ostatnim, dziewiątym piekielnym kręgiem miała być murawa, na której zranieni Królewscy chcieli zemścić się na Wolfsburgu. Piłkarze już od kilku dni prosili kibiców o pomoc w zorganizowaniu piekła dla przyjezdnych. Sam nie wierzyłem w to, że Bernabéu, znane z wygwizdywania własnych zawodników, będzie nagle w stanie ponieść drużynę do remontady. Myliłem się.

Kotłowało się już dzień przed spotkaniem, ale za sprawą dziennikarzy. W poniedziałek sala konferencyjna ośrodka treningowego w Valdebebas była wypchana. Nigdy jeszcze, nawet przed Klasykami czy derbami Madrytu, nie widziałem tam tylu reporterów. Edu Aguirre z Chiringuito robił typową sondę wśród dziennikarzy, których pytał, czy Realowi uda się odrobić straty. Poprosił o wypowiedź nawet mnie, bo myślał, że jestem Niemcem. Niemców na sali nie brakowało, ale rzadko który znał hiszpański, więc Polak, od biedy, też mógł być. Na konferencji, oprócz trenera, pojawił się Luka Modrić, który obiecywał remontadę, jednak prosił też o wsparcie kibiców i cierpliwość. Zatłoczone sala prasowa i balkon dla mediów, z którego ledwo mogłem dojrzeć trenujących piłkarzy, były tylko przedsmakiem wtorkowego piekła.

Pogoda w dzień meczu w ogóle nie zapowiadała infernalnych wrażeń. W Madrycie lało od samego rana i obawiałem się, że deszcz może przeszkodzić chłopakom Zidane’a w odrobieniu strat. Ale także, że zniechęci kibiców do dopingu i zamieni mecz o życie w Lidze Mistrzów w kolejny piknik, tyle że oglądany w śmiesznych przeciwdeszczowych pelerynach. Nic z tych rzeczy. Gdy wchodziłem do metra, musiałem uciekać przed deszczem. Gdy wychodziłem (a od stadionu dzieli mnie tylko kilka minut) Bernabéu było już rozświetlone promieniami zachodzącego słońca. Dymiło się od rac, którymi fani przywitali przed chwilą autobus z zawodnikami Realu. Co ciekawe, pierwszy przedstadionowy krąg piekła stworzyli w większości ci, którzy na stadion wstępu nie mają – Ultras Sur. Ultrasi zostali później dłużej i na jednej z ulic pod południową trybuną odpalali race i intonowali przyśpiewki.

Gdybym był piłkarzem Wolfsburga, chciałbym jak najprędzej uciec z Bernabéu. Stadion rozkręcał się szybko, wystarczyła pierwsza dobra akcja Realu i zrobiło się naprawdę głośno. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby wszyscy kibice na tym stadionie machali szalikami i krzyczeli, wspierając Real. Z kolei każdy kontakt z piłką piłkarzy przyjezdnych spotykał się z potężnymi gwizdami, które skutecznie zagłuszały kilkutysięczną grupę kibiców z Niemiec. Dosyć szybko napięcia nie wytrzymał Draxler, który z całej siły kopnął piłkę w trybuny, co jeszcze nasiliło gwizdy. Po drugiej bramce Cristiano stadion oszalał. Fani z Grada RMCF zaintonowali „Całe Bernabéu skacze!” i ponad 70 tysięcy osób złapało się za ramiona i zaczęło skakać. Widok na tym stadionie niespotykany.

Deszcz pojawił się później nad Bernabéu, ale w ogóle nie ostudził nastrojów kibiców. Każdy krąg dodawał coś od siebie i stadion nadal niósł Real Madryt ku remontadzie. Murawa była mokra, ale nie przeszkadzało to Królewskim w grze. Wszystko było dokładnie zaplanowane, a każdy z zawodników ten plan w stu procentach realizował. Zmoczona trawa pomogła jedynie Cristiano w celebracji trzeciej bramki, gdy ślizgał się na kolanach w kierunku rogu boiska. Trybuny nie skończyły dopingu nawet po ostatnim gwizdku węgierskiego arbitra. Fani z południowej trybuny śpiewali nadal, gdy piłkarze od dawna byli w szatni, a pracownicy demontowali już bramki. Królewscy nie mogli zostawić tego bez odpowiedzi i wyszli z szatni jeszcze raz, już nie w korkach, ale w klapkach, i dziękowali za wsparcie po raz kolejny.

Piłkarze Wolfsburga odwiedzili we wtorek piekło. Wiedzieli już wcześniej, na co się piszą. Mimo to zabrakło im przewodnika i nie byli w stanie przeciwstawić się sile Bernabéu. Byli zagubieni, rzadko kiedy potrafili wyprowadzić dobrą akcję. A w dziewiątym kręgu czekał na nich prawdziwy Lucyfer, bestia najgorsza z możliwych – Cristiano Ronaldo.

Komentarze [8]

REKLAMA
 

- Wszystkie aktualności -

archiwum

gorące tematy

profil

Pamiętaj, że sposób wyświetlania Aktualności i Komentarzy zawsze możesz dostosować do swoich potrzeb!

- Twój profil -

reklama

Sklep Realu Madryt

dołącz do nas



reklama