REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

aktualności

Aktualności (64) powiązane z gorącym tematem Bananowy Madryt

2017.08.21, godz. 16:31, Banan

Bananowy poniedziałek: Heroina

Fot. Getty Images

Przyznam szczerze, że dość długo zastanawiałem się, czy poruszać ten temat. Przed napisaniem pierwszego słowa w tekście takim, jak dzisiejszy trudno bowiem wyzbyć się obaw, że koniec końców wyjdzie się na dziwaka albo nie zostanie się zrozumianym/nie do końca precyzyjnie uda się wyrazić własne myśli. Z drugiej strony jednak – komu mogę wyznać coś podobnego jak nie wam. No i kiedy, jeśli właśnie nie teraz, gdy znajdujemy się w położeniu pozwalającym nam na zajmowanie się problemami pierwszego świata.

Postanowiłem przerzucić się na Getafe.

Liga Mistrzów 2015/16, Superpuchar Europy 2015/16, Klubowe Mistrzostwo Świata, mistrzostwo Hiszpanii 2016/17, Liga Mistrzów 2016/17, Superpuchar Europy 2016/17, Superpuchar Hiszpanii za kilka chwil kolejne Klubowe Mistrzostwo Świata. Widzisz go za każdym rogiem, w każdej lodówce z wyjątkiem tych marki Beko, świeci po oczach jaśniej niż słońce w zenicie. Sukces, wszędzie sukces.

Sukces, który jednak w pewnym momencie zaczyna przypominać uzależnienie od heroiny (sam co prawda nie ćpałem, ale tak to sobie wyobrażam) – z początku daje ci niesamowitego kopa, fruwasz gdzieś w okolicach stratosfery, latasz sobie na chmurkach jak w endingu Muminków. Później jednak z każdą kolejną szprycą chodzi już głównie o to, by doprowadzić się do stanu normalności, by poczuć ulgę, by uniknąć dyskomfortu.

Z przykrością sam przed lustrem i przed wami muszę przyznać, że oglądając mecze Królewskich osiągnąłem właśnie ten etap, w którym sukces nie daje mi radości, a jedynie pozwala uniknąć dokuczliwości. Kiedyś zastanawiałem się, jak to jest być kibicem Barcelony, która zgarnia sześć trofeów. Teraz już wiem – to najgorsze uczucie na świecie. To stan, w którym nie możesz tylko musisz. W którym nawet największy triumf sprowadzany jest do miana zwyczajnego spełnienia powinności. Po raz kolejny dobitnie uświadomiłem to sobie po zdobyciu superpucharu w dwumeczu z Barceloną. Trofeum, które ustrzegło mnie przed utrudnionym zasypianiem, lecz które nijak z rana było w stanie wpłynąć na moje lepsze samopoczucie.

Jasne, cały czas potrafię przeżywać mecze w taki sposób, że momentami ze stresu najchętniej zakryłbym oczy (wtedy zazwyczaj wychodzę wychodziłem na papierosa). W trakcie finału Ligi Mistrzów nawet przy wyniku 3:1 na 10 minut przed końcem wciąż drżałem niczym przed ustną maturą z polskiego. Po ostatnim gwizdku jednak zamiast ponownego przekonania się o tym, gdzie znajduje się limit możliwej do osiągnięcia przez istotę ludzką radości – jak chociażby przy zdobyciu Décimy – poczułem zwyczajną – no właśnie – ulgę. Ulgę, która pozwoliła mi po prostu na drugi dzień wybrać się w niezmąconym niczym humorze na zaplanowaną wcześniej wizytę do domu Chopina w Żelazowej Woli. Gdy na miejscu wsłuchiwałem się w ukochanego poloneza As-dur, wygrany finał Ligi Mistrzów był już schowany gdzieś głęboko z tyłu głowy. Zwyczajnie odhaczony z listy rzeczy do zrobienia. O tym, jak bardzo zbyt częsty sukces wypacza u mnie emocje przekonałem się w ostatnich miesiącach kilkukrotnie.

Często podkreślam – czasami może i za często – że równą miłością darzę dwie drużyny: Real Madryt i Arkę Gdynia. Udział żółto-niebieskich w eliminacjach do Ligi Europy po raz pierwszy od niemal 40 lat i zwycięstwo po bramce na 3:2 w doliczonym czasie przeciwko mającemu być absolutnie poza zasięgiem Midtjylland potrafiły dać mi więcej radości niż mistrzostwo Hiszpanii. Odpadnięcie po bramce w 93. minucie pozwoliło mi z kolei poczuć większą dumę niż trzeci w ciągu czterech lat triumf Realu w Lidze Mistrzów. Wiadomo, mówimy tu o zupełnie różnych realiach. Kontrast ten pozwala mi jednak wyczuć mniej więcej, gdzie szukać granicy między przesytem i niedosytem.

We wszelkiego rodzaju życiowych sytuacjach na każdym kroku słyszymy, że prawdziwą sztuką nie jest wspięcie się na szczyt, lecz utrzymanie się na nim. I choć uważam, że jest to teza trudna do podważenia, to jednak budzi to we mnie mniej emocji niż samo dążenie na samą górę. To w jakiś sposób smutne, że wyżej zajść już nie możesz. Że jeśli już, może być co najwyżej gorzej.

Podejrzewam, że gdybym był piłkarzem Realu (choć latami żyłem w iluzji, dziś już wiem, że brakowało raczej sporo), miałbym kompletnie odmienny punkt widzenia, jednak z perspektywy kibica, nieco tęsknię za tymi wszystkimi targającymi nami przez lata sztormami, które nawet mecze z drużynami z dolnej połówki tabeli pozwalały oglądać na zupełnie innym poziomie emocji. Obecnie jest dla mnie najzwyczajniej w świecie... zbyt idealnie. Zbyt spokojnie. Przez 15 lat Real Madryt zdążył mnie przyzwyczaić przecież do przeżywania stanów, które spokojem nazwałbym dopiero gdyby przyłożono mi pistolet do głowy. Fajnie znajdować się po stronie zwycięzców. Gorzej jednak, gdy zwycięstwo powoli zaczyna smakować jak woda.

Taka jest właśnie cena, jaką przychodzi mi płacić (i kto wie, może nie tylko mi?) za kibicowanie najlepszemu obecnie klubowi świata. Jeśli ktoś uważa, że sympatyzowanie z zespołami ze światowego topu, jest łatwe, z przykrością muszę stwierdzić, że nie – jest cholernie trudne. Dla jednego, będzie trudne ponieważ by zobaczyć w akcji swoją ukochaną drużynę z wysokości trybun będzie musiał zakroić nieco szersze przedsięwzięcie niż skasowanie biletu w tramwaju, dla kogoś innego – takiego jak chociażby ja – ponieważ niezależnie od tego, czy mecz zakończy się zwycięstwem czy też porażką, zawsze będzie źle.

No nic, już dawno pogodziłem się z tym, że przynajmniej w moim świecie niemożliwe jest osiągnięcie pełnej harmonii. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że gdy tylko nadejdą gorsze dni – nawet jeśli na chwilę obecną trudno to sobie wyobrazić, naturalną koleją rzeczy nadejść przecież muszą – bez cienia wątpliwości z rozrzewnieniem będę przypominał sobie czasy, w których świat leżał u stóp ekipy Zidane'a, a skrót z finału w Cardiff będę oglądał w zapętleniu.

Cóż, w dupie się od dobrobytu poprzewracało.

* * *

Pół godziny dzielnej gry Betisu, zaraz gol na 1:0 dla Barcelony, sekundę później setka dla gości i – jakżeby inaczej – w konsekwencji Katalończycy trafiają na 2:0. Zawsze ta sama nadzieja, prawie zawsze ten sam końcowy efekt i ten sam zawód. To akurat nie zmieniło się wcale a wcale. A może po prostu w całym tym wariactwie gdzieś pozacierały mi się granice i stałem się zwyczajnym antykibicem?

Tak czy owak, najważniejsze, że zdaniem hiszpańskiej prasy Messi nie chodzi uśmiechnięty.

* * *

Następnym razem bez narzekania. Obiecuję.

Komentarze [43]

REKLAMA

2017.08.14, godz. 15:50, Banan

Bananowy poniedziałek: Superpucharowych (luźnych) przemyśleń kilka

Fot. Getty Images

Niedzielny występ Crisitano stanowił podręcznikowy przykład tego, jak powinno się piec kilka pieczeni na jednym ogniu oraz jak we właściwy sposób gospodarować cenny czas.

Dwadzieścia minut – właśnie tyle spędziłem wczoraj na obejrzeniu nowego odcinka Dragon Balla Super. W zbliżonym czasie Ronaldo potrafił tego samego dnia załadować gola z innej planety, pokazać milionom ludzi więcej niż nienaganną sylwetkę po urlopie oraz szybciutko zawinąć się do płaczących w domu dzieci. Zrobił swoje i zajął się innymi rzeczami, tak to powinno w praktyce wyglądać.

Portugalczyk miał jednak ten komfort, że doskonale wiedział, iż koledzy doskonale dadzą sobie bez niego radę. Gol Marco Asensio w debiucie w rozgrywkach był przecież z góry wkalkulowany w ostateczny rezultat. Samo trafienie Hiszpana – najwyższa klasa. Asensio musiałby chyba zacząć codziennie ćpać heroinę, by ostatecznie nie zostać wielkim piłkarzem.

Nie napiszę jednak, że jest on dla mnie murowanym kandydatem do wygrania w przyszłości Złotej Piłki. W przeszłości zbyt często miewałem chybione prognozy. Ostatni strzał kulą w płot? James Rodríguez.

* * *

Miliony złośliwych wypowiedzi, doszukiwanie się we wszystkim antykatalońskiego spisku, prowokujące gesty przy każdej nadającej się do tego okazji, aura nienawiści żywiona względem Królewskich sięgająca najdalszych planet układu słonecznego oraz – co najistotniejsze – przykładanie ręki do największych sportowych kompromitacji Realu w XXI wieku.

Każdy z nas zgodziłby się pewnie ze stwierdzeniem, że obecnie nie ma na świecie drugiego zawodnika budzącego wśród kibiców Los Blancos równie nieprzyjemne odczucia, jak Gerard Piqué. I choć potrafię żywić olbrzymią niechęć wobec niektórych piłkarzy, to jednak paradoksalnie Piqué zawsze bardzo sobie ceniłem, szczególnie w aspekcie sportowym.

Gracze tak poświęcający się dla swojej drużyny i darzący swój klub bezgraniczną miłością to w dzisiejszych czasach gatunek na wymarciu. Oczywiście, jest to miłość ślepa, często zacierająca się z nienawiścią względem odwiecznego rywala, jednak wciąż stanowiąca wartość wyższą niż całowanie herbu chińskiego klubu podczas prezentacji.

Mimo całego mojego uznania (nie mylić w żadnym wypadku z sympatią) uważam jednak, że na tak parszywy występ jak wczorajszy Piqué zwyczajnie sobie zasłużył. Nawet jeśli staram się bowiem postrzegać futbol w nieco mniej prostolinijny sposób, to jednak w takich chwilach bardziej niż kiedykolwiek po prostu czujesz to, po której stronie barykady stoisz.

Poza tym, postawa obrońcy Barcelony idealnie wpasowuje się w wyznawaną przeze mnie teorię, że zła energia zawsze prędzej czy później powraca. Dlatego też na polskich stadionach nigdy nie śpiewam „strzelcie rwą gola” oraz ogólnie staram się być dla wszystkich miłym człowiekiem.

* * *

Pytania o to, czy Barcelona zrobi Realowi szpaler przed pierwszym gwizdkiem starcia na Camp Nou były równie oczywiste, jak to, że przed finałem Pucharu Króla, w którym udział bierze Barcelona, zaraz pojawi się stos artykułów na temat rozgrywania spotkania na Santiago Bernabéu. Podgrzewanie atmosfery w taki sposób jest całkowicie normalne i raczej nie widzę w tym nic nadzwyczajnego, ot typowe dla Hiszpanów gierki.

Szpaleru – co do przewidzenia – ostatecznie nie było i – moim zdaniem – bardzo dobrze. Jaki byłby sens uskuteczniania podobnego gestu po wygraniu przez Królewskich trofeum, które Barcelony w ogóle nie dotyczyło? Równie dobrze Real mógł skorzystać z okazji, że pierwszy mecz był rozgrywany na Camp Nou i zrobić Katalończykom szpaler za triumf w Pucharze Gampera. Tego typu szpaler jedynie zepsułby piękne wspomnienie z 2008 roku. Jasne, życie wspomnieniami nie jest najlepszym podejściem (łatwo się mówi!), ale psucie ich bez powodu również pozbawione jest większego sensu.

* * *

Czas na odsłonięcie w pokoju pamiątkowej tablicy. Wczoraj po raz pierwszy w życiu zgodziłem się bowiem ze słowami komentującego mecz Realu Madryt Leszka Orłowskiego. Choć zdanie dotyczącego tego, że „każde ustawienie bez Isco będzie złym ustawieniem” raczej nie przyczyni się do odkrycia położenia Atlantydy, to jednak nawet tak błaha oczywistość w kontekście Realu Madryt w jego ustach nabiera wyjątkowego smaku.
Szczerze mówiąc, czasem – paradoksalnie – tęsknie jednak za jego komentarzem, nawet pomimo faktu, że na Eleven słucha się go bardzo przyjemnie.

* * *

Już dziś wiadomo, że zbliżające się wielkimi krokami ligowe zmagania znów będą trzymały w napięciu do ostatniej chwili. Wczoraj dobitnie uświadomił mnie o tym pewien Bask w żółtej koszulce. Cóż, w jednym kraju testuje się z powodzeniem VAR, w innym – wciąż tkwi w lesie. Nieraz zastanawiam się, czy za całym tym technologicznym zacofaniem nie stoją media, które przy perfekcyjnym gwizdaniu z dnia na dzień straciłyby połowę tematów na czołówki.

Jeszcze korzystając z okazji – nie, panie Mourinho, gdyby w miniony wtorek sędziowie mogli zobaczyć powtórki, gola Casemiro wcale by nie cofnięto.

* * *

PS Nawet po wczorajszej lekcji poglądowej udzielonej przez Cristiano koniec końców wcale tego Dragon Balla Super nie żałuję. Kto nie ogląda, ten za Barceloną trąba.

Komentarze [22]

REKLAMA

2017.08.07, godz. 13:46, Banan

Bananowy poniedziałek: O pakcie z diabłem, największym wzmocnieniu i ryzyku

Fot. Getty Images

Niestety mam już taką przypadłość, że przedsezonowe cyrki objazdowe po Stanach, Australii czy Chinach nie potrafiłyby mnie zainteresować nawet gdyby naprzeciwko Królewskich stanęła drużna z Królkiem Buggsem i Michaelem Jordanem w składzie. Po prostu – nie umiem zarwać nocki dla towarzyskiego meczu i już. Jutro jednak wreszcie nadejdzie czas na w miarę poważne granie. Nawet jeśli Superpuchar Europy wciąż nie budzi u mnie emocji porównywalnych do starcia z ligowym przeciętniakiem, to jednak dwumiesięczna rozłąka z ekipą Zizou i tak sprawia, że na potyczkę z United mam już zakupiony zapas chrupek orzechowych (najmniej szkodliwe).

Jako człowiekowi, który w piłce bardzo lubi snuć wszelkiej maści narracje i doszukiwać się smaczków, wtorkowe starcie po prostu nie może też nie przypominać mi o czasach, gdy w Realu Madryt trenerem był pewien Portugalczyk. Rządy José Mourinho przypadły w moim życiu na czasy, gdy potrafiłem z kumplem niemal pobić się przy Klasykach rozgrywanych na Plejstejszyn, do Bydgoszczy pociągiem jeździło się koło czterech godzin, wykładowcy okłamywali mnie, że tkwi we mnie potencjał, instytucja zwana grzebieniem była mi średnio znana (co przy dłuższych włosach owocowało średnimi walorami wizualnymi), a palec w oku Tito Vilanovy wyznaczał mi drogę.

Z biegiem czasu człowiek uczy się jednak samodzielnego myślenia, dojrzewa, nie widzi wszystkiego wyłącznie w białych i czarnych odcieniach oraz zaczyna zauważać rzeczy, o których istnieniu wcześniej nie miał bladego pojęcia. Dlatego też dziś, w przeddzień starcia z Manchesterem United, gdy przypominam sobie o pobycie Mourinho w Realu Madryt, jest mi głupio z powodu tego, jak wąskie miałem spojrzenie na świat.

Można uparcie nazywać go wybitnym psychologiem, takimi a nie innymi zachowaniami ściągającym presję ze swoich piłkarzy. Można powtarzać, że to wszystko po prostu niekończąca się słowna gierka z rywalami. Można mówić, że to twardy gość trzymający swoich piłkarzy za jaja. Ja jednak wolę napisać wprost to, co dziś myślę – etap Mourinho w Madrycie był najbardziej wstydliwym, jaki pamiętam odkąd kibicuję Królewskim. To był etap, w którym Real Madryt zamiast łączyć, dzielił. Dziś jako świadomy kibic, daleki od haladzieciakowania, viscałebkowania i biegania z pistoletem na kulki za dzieciakami w koszulkach Atlético, łapię się za głowę, gdy wracają do mnie obrazki z tamtych lat.

Jak miało się okazać z biegiem czasu, da się jednak osiągać wspaniałe wyniki z gościem, który na konferencjach jeszcze ani razu nie powiedział nic ciekawego i którego autobiografia byłaby zapewne jedną z najnudniejszych książek od czasów "Nad Niemnem". Fajnie, że – przynajmniej na razie – minęły czasy, gdy zdobycie pojedynczego mistrzostwa, pucharu i superpucharu kraju przy jednoczesnym paleniu za sobą wszystkich mostów i toczeniu walki z całym wszechświatem odeszło już w niepamięć.

Tak, zdaję sobie sprawę, że przed Mourinho Real przez kilka lat taplał się w błocie, szczególnie w Lidze Mistrzów, gdzie w 1/8 Królewskich wyeliminowałyby chyba nawet Dzieci z Bullerbyn. Będę się jednak upierał, że bardziej niż wyprowadzeniem z ziemi egipskiej, z domu niewoli było to podpisanie paktu z diabłem. Diabłem, który zapisane w cyrografie ustalenia odhaczał jedno po drugim.

Za jedno Mourinho jestem mimo wszystko niebywale wdzięczny – za to, że dzięki niemu Arka Gdynia z miejsca mogła zacząć eliminacje Ligi Europy od trzeciej rundy. Nie wiem dokładnie, jak Portugalczyk to wykombinował, ale wyszło idealnie. Wypad na wyjazd do Danii na mecz żółto-niebieskich z Mydtjylland to z pewnością coś o czym będę pamiętał przez wiele lat. A że w 93. minucie mogłem poczuć się jak kibic Atlético? Cóż, kibicowanie takiemu klubowi jak Arka Gdynia ma tę zaletę, że od czasu do czasu pozwala gloryfikować piękne porażki.

* * *

Największe wzmocnienie Realu Madryt? Ani gość, który czwartą żonglerkę na prezentacji robił na wślizgu, ani też człowiek, przez którego Włosi po EURO U-21 do teraz patrzą czy coś nie przelatuje im między nogami. Za największe wzmocnienie w moim odczuciu należy postrzegać przenosiny Neymara do PSG.

Po części budzi ono we mnie radość, a po części smutek. Z jednej strony bowiem nasz największy rywal stracił grajka absolutnie nie do zastąpienia, z drugiej – nawet pomimo stania po drugiej stronie barykady zawsze do Brazylijczyka czułem jakiś sentyment. Neymar był tak naprawdę jedynym graczem, którego gole dla Barcelony jakoś nie doprowadzały mnie do furii, gdy z pianą na pysku czekałem na kolejne potknięcie Blaugrany.

Wrażliwość względem prawdziwej sztuki wygrywała z wszelkimi klubowymi podziałami. Tak czy owak, nawet Neymar nie ma takiej mocy sprawczej, bym dzieki niemu zaczął nagle fascynować się ligą francuską czy tym bardziej oglądać Ligue 1 wyłącznie dla jednego zawodnika. Choć początkowo zastanawiałem się, jak taki piłkarz w ogóle może spojrzeć w kierunku PSG, to jednak z czasem doszedłem do wniosku, że ocenianie słuszności jego wyboru kompletnie mija się z celem. Nie moja piaskownica, nie moje zabawki.

Co do jednego jestem jednak pewien – liga hiszpańska bez niego nie będzie tym samym. Tym niemniej, muszę przyznać, że wreszcie choć trochę ustąpiła we mnie złość spowodowana faktem, że Brazylijczyk zamiast do stolicy Hiszpanii przeniósł się do stolicy Katalonii.

* * *

Jeśli już o wzmocnieniach mowa, wypadałoby się odnieść też do ewentualnego transferu Kyliana Mbappé. Ponad 150 baniek za gracza mającego za sobą jeden sezon w poważnej piłce to szaleństwo? W czystej postaci. Czy Real takim posunięciem dużo by ryzykował? Moim zdaniem – bardzo dużo, przynajmniej finansowo. Czy zatem Mbappé powinien trafić do Madrytu? Skoro już tak się na niego uparli i zamiast niego ma na Bernabéu nie zawitać żaden napastnik – niech przychodzi.

Z mojej kieszeni na ten transfer Real i tak nie wyłoży przecież nawet złamanego eurogrosza, a mimo wszystko wciąż większym ryzykiem jest pozostanie w kadrze z napastnikiem o formie chwiejnej niczym krok miejscowego zawadiaki po kilku ruskich oranżadach oraz młokosem z niecałymi 400 minutami na koncie w zespole, który w Bundeslidze utrzymał się dopiero w barażach.

Najwyżej Francuz nie odpali, świat chwilę się pośmieje, a za kilka lat Kylian zostanie hitem transferowym Korony Kielce i wzorem Miguela Palanki zostanie przez trenera pogoniony z drużyny za przyjście w klapkach na klubowy posiłek. Jakkolwiek jednak spojrzeć, bardziej perspektywicznego napastnika na tę chwilę pozyskać się jednak po prostu nie da. Kot w worku, ale chociaż rasowy.

* * *
No nic, znowu będę męczył was co poniedziałek. Nawet jeśli komuś zacznę tym na nowo uprzykrzać życie, w egoistyczny sposób i tak będę powtarzał, że było warto. Trzeba coś robić, by życie znów nabrało kolorów.

Komentarze [88]

REKLAMA

2016.05.16, godz. 16:32, Banan

Bananowy poniedziałek: Romantyczne niepowodzenie

Fot. RealMadryt.pl

Wściekłość? Łzy rozczarowania? Poczucie bezsilności? Nie. Nie tym razem. Choć Barcelona zdobyła mistrzostwo, a futbol pokazał, że mimo wszystko nieraz nie wychodzi poza nawiasy zdrowego rozsądku, wcale nie uważam, że ta romantyczna pogoń Realu Madryt za czymś, co przecież w teorii nie miało prawa się spełnić, koniec końców okazała się klęską. Pewnie, że przez moment naprawdę uwierzyłem, że może nam się udać. Jasne, że po kolejnych wpadkach Barcelony niesamowicie się cieszyłem, o czym zresztą już pisałem jakiś czas temu. Zgodzę się też, że brak mistrzostwa w przypadku Realu Madryt ma pełne prawo rozczarowywać. Oczywiście, że szkoda dziwnie potraconych na przestrzeni sezonu punktów. Szkoda Betisów, Gijónów, Málag, Valencii…

Mimo wszystko nie potrafię jednak głośno przyznać, że w ostatecznym rozrachunku daliśmy dupy. Po prostu nie potrafię. Choć sam długimi momentami narzekałem na wszystkich i na wszystko, choć snułem katastroficzne wizje i spodziewałem się najgorszego, choć byłem pewien, że ta drużyna nadaje się co najwyżej do tarcia chrzanu, na koniec zawstydziła mnie ona w najpodlejszy możliwy sposób – przypomniała mi w najmniej spodziewanym momencie, za co ją najbardziej kocham. Dziś – mimo że z mistrzostwa znowu nici – jest mi z tego powodu głupio.

Jest mi głupio, ponieważ minione półtora miesiąca pozwoliły mi cieszyć się futbolem tak, jak nie doświadczałem tego od dawna. Na nowo obudziła się we mnie chłopięca naiwność, która pozwalała mi wierzyć, że Real Madryt jest zdolny do wszystkiego. Nawet wtedy, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jest już po zawodach. Nie, nie zapominam tego, co działo się na przełomie grudnia i stycznia. Nie wymazałem również z pamięci srogiego łomotu od Barcelony z końcówki listopada. To nie takie łatwe. Postrzegam to jednak dziś po prostu jako jeden z elementów romantycznej historii. Zakończonej porażką (rzecz jasna tylko na krajowym podwórku), lecz zarazem pięknej. Futbol od zawsze był dla mnie bowiem czymś, w czym liczyły się przede wszystkim silne doznania, niejednokrotnie wykraczające poza zwykłe skakanie do góry po wygranych i marudzenie po porażkach. To niesamowite, jak przeładowana pieniędzmi i próżnością piłka jest w stanie mimo wszystko obudzić w człowieku jakieś głębsze refleksje.

Dziś czuję się trochę tak, jak po pamiętnym dwumeczu z Saragossą w Pucharze Króla, w którym najpierw przegraliśmy na wyjeździe 1:6, a następnie na Santiago Bernabéu zabrakło nam jednej bramki do awansu. Czy byłem wówczas rozczarowany, zły? Nie, byłem dumny. Wiem, to niedorzeczne, że po tym jak eliminuje cię nieporównywalnie słabszy i biedniejszy zespół przepełnia cię duma. Ale o to właśnie w tym wszystkim chodzi – by rozum nie brał góry nad sercem. By nie starać się tłumaczyć niektórych spraw na logikę i nie rozpatrywać większości kwestii zero-jedynkowo. Zwycięstwo, remis, porażka, tytuł, brak tytułu... nie, to w gruncie rzeczy nie do końca tak.

Ligę kończymy z podniesioną głową. Bez wstydu. Bez szyderstw ze strony kibiców rywali. Po godnej Realu Madryt walce. I – przede wszystkim – z nadzieją na lepsze jutro. Na lepsze jutro, które nadejść może już za niecałe dwa tygodnie. Jestem dziwnie przekonany, że w Mediolanie zobaczę tę drużynę, w której zakochałem się lata temu. Nie pytajcie skad, po prostu to wiem.

* * *

Nieraz się zastanawiam, czy na lepsze nie wyszłoby mi ograniczanie się do pisania o rzeczach, co do których można mieć pewność, oczywistych – że Cristiano strzeli gola z Espanyolem, że Bale odniesie w którymś momencie sezonu kontuzję, że Danilo wykona sto wrzutek w pole karne, że Lucas Vázquez będzie walczył za trzech albo i czterech, że Isco wykona kółeczko, że Getafe utrzyma się w Primera División... Nie byłoby w tym jednak absolutnie żadnej zabawy, zero emocji.

Pewnie nieraz jeszcze się srogo pomylę po czym będę chciał się zapaść pod ziemię, ale – do cholery – to jest Real Madryt. Tu nie ma mądrych. Raz chwalisz, raz przeklinasz, dajesz porwać się dynamice rzeczywistości, a na koniec, nabierając już pewnej perspektywy, we wszystkim i tak dostrzegasz porywającą historię. Często niezależnie od końcowego rezultatu. Tak to już jest. Chyba że naprawdę jestem ostatnim chodzącym po tej planecie futbolowym romantykiem.

Komentarze [27]

REKLAMA

2016.05.02, godz. 16:09, Banan

Bananowy poniedziałek: Los nierówno rozdał (?)

Fot. RealMadryt.pl

Pewnie nie raz i nie dwa każdy z nas w głębi duszy przeklinał fakt, że jego ukochany klub znajduje się na drugim końcu kontynentu, a z Hiszpanii tak naprawdę bliżej do Afryki niż do Polski. Dlaczego to, co dla wielu z nas wciąż pozostaje niespełnionym marzeniem, dla kogoś innego jest codziennością? Dlaczego urodziliśmy się w kraju, w którym Liga Mistrzów po raz ostatni gościła, gdy szukaliśmy pod szafą nocnika? Dlaczego jedni rodzą się w piłkarskim raju, zaś inni na futbolowej prowincji? Los nierówno rozdał. Zdecydowanie.

Z każdym dniem coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że to, co uważamy za nasze przekleństwo, w gruncie rzeczy jest błogosławieństwem. Żeby trafić do raju, najpierw należy przeżyć swoje na ziemskim padole. Gdybyśmy się w nim urodzili, nie byłby on już rajem, lecz szarą codziennością. W najlepszy sposób uświadomiłem to sobie po wygranym w zeszłym sezonie 3:1 Klasyku na Santiago Bernabéu. „Siadaj, bo zasłaniasz!”, usłyszałem od jednego z siedzących za mną kibiców, gdy szliśmy z akcją na bramkę rywala. Jeszcze kilka rzędów w tył panowie w garniturach spokojnie popijali sobie kawkę, podczas gdy ja z poddenerwowania odpalałem papierosa za papierosem.

Po wyjściu ze stadionu czułem, że jeśli jeszcze tylko przyprowadzę do mojego przyciemnionego apartamentu jakąś pannę, będę miał mocnego kandydata na najlepszy dzień w życiu (ostatecznie nie przyprowadziłem – przyp. red). W przypływie euforii zadzwoniłem do domu, by podzielić się wrażeniami. Średnio obchodziło mnie nawet to, że międzypaństwowe kosztują złoty trzydzieści za minutę. Gdy już skończyłem konwersację, rozejrzałem się dookoła. Ludzie się cieszyli, no bo wiadomo – wygraliśmy Klasyk. Fajnie. Tak czy inaczej nie byłem w stanie oprzeć się wrażeniu, że... jakieś to takie mdłe i bez wyrazu. Trochę tak, jak gdyby wszyscy byli już myślami przy niedzielnym spacerze po Retiro. Jak gdyby odhaczony został, może nie przykry, ale jednak obowiązek. No bo z Barceloną trzeba wygrywać. Żadna to łaska ze strony piłkarzy.

Tak to jednak się dzieje, kiedy do dobrobytu jesteś przyzwyczajony od zawsze. Idziesz poskubać słonecznik, zjeść kanapkę, wypić kawę, od czasu do czasu przyklasnąć, od czasu do czasu gwizdnąć. W 85. minucie wyjdziesz ze stadionu, bo potem kolejki w metrze. My wielkie mecze mamy tu od zawsze, mało jest rzeczy, których byśmy nie widzieli. Jak było trzeba, gwizdaliśmy na Zidane'a. Jeśli Cristiano sobie odpowiednio zasłuży, zrobimy to samo. Cała filozofia. To nie my jesteśmy tacy piękni, to inni w porównaniu do nas są tak brzydcy.

Zadajmy więc sobie pytanie: Czy rzeczywiście jesteśmy tak pokrzywdzeni przez los? Czy naprawdę od małego chcielibyśmy być przyzwyczajeni do picia najdroższego szampana i narzekania, że dziś jakoś on nam nie wchodzi? Cała zabawa tkwi w tym, żeby spełniać marzenia, nawet jeśli dla drugiego człowieka są one czymś normalnym. Kiedy musisz przezwyciężyć szereg trudności, by do czegoś dojść, doceniasz to potem znacznie bardziej. Gdy w Madrycie spotykałem się z polskimi kibicami Realu, często padało pytanie, czy chodzenie nieraz dwa razy w tygodniu na mecz Królewskich nie stało się dla mnie już czymś normalnym. Nie, nie było czymś normalnym ani przez moment. Wiedziałem bowiem, że pewnego dnia trzeba będzie wrócić w rodzinne strony. Wiedziałem, że tego, co widzę dziś, za rok prawdopodobnie już nie zobaczę.

Zgnuśnienie to w moim odczuciu jedna z najgorszych rzeczy, które mogą dotknąć człowieka. Cieszmy się więc, że nas ono nie dopadnie.


Komentarze [24]

REKLAMA
 

- Wszystkie aktualności -

archiwum

gorące tematy

profil

Pamiętaj, że sposób wyświetlania Aktualności i Komentarzy zawsze możesz dostosować do swoich potrzeb!

- Twój profil -

reklama

Sklep Realu Madryt

dołącz do nas



reklama