REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

aktualności

2016.06.01, godz. 21:58, Paczi / RealMadryt.pl

RealMadryt.pl w Madrycie: Jak wyglądał Madryt w finałowy weekend?

Fot. RealMadryt.pl

– Nie mogę już wyjść do baru z madridistą, rozumiesz? Na kawę, piwo, to niemożliwe. To nie żadna odwieczna nienawiść, mam dużo znajomych, którzy są za Realem, ale od dwóch lat każde wspólne wyjście kończy się tak samo. Na początku jest normalnie, ale w końcu przychodzi temat 93. minuty. No i koniec wieczoru – Juan, kibic Atlético, tamten finał z Lizbony oglądał w barze, nie załapał się na Calderón. Gola Ronaldo z karnego już nie widział: – Wyszedłem z baru, byłem w drodze na autobus i zadzwonił do mnie kolega. Żebym poczekał, bo trafił Cristiano i on już też wychodzi – ale jest przekonany, że w Mediolanie będzie inaczej. Musi być, drugi raz już czegoś takiego nie przeżyje.

– Finał o La Décimę oglądałem na Bernabéu. 93. minuta to najpiękniejszy moment w moim kibicowskim życiu. Nigdy wcześniej i nigdy później nie krzyczałem tak głośno, jak przy bramce Ramosa. A ze mną przeżywało to osiemdziesiąt tysięcy ludzi, wyobraź sobie ten hałas – Adrián jest spoza Madrytu, ale w stolicy studiuje. Teraz w ogóle nie będzie mógł oglądać meczu, zostaje mu śledzenie wyniku na telefonie. – Ale wygramy, jestem przekonany. Real to drużyna stworzona do finałów, możemy z nimi przegrywać, remisować w lidze, ale przyjdzie finał i wygramy.

***

Pierwszym miejscem przypadkowych spotkań kibiców Realu z fanami Atléti w sobotę 28 maja jest stacja metra Alonso Martínez. To stąd odjeżdża linia 10, której pociągi pełne ludzi w białych koszulkach zatrzymają się na stacji Santiago Bernabéu. To też punkt przesiadkowy dla fanów drugiej madryckiej drużyny. Stąd linią numer 4 dojadą do Palacio de Deportes, czy jak kto woli Barclaycard Center. To właśnie tam w tym roku zbierają się, by wspólnie oglądać finał, bo od niedzieli na Calderón będą już trwały przygotowania do koncertu Paula McCartney’a. To z jednej strony szkoda, ale z drugiej wpisują się w plan zmian Cholo – nic nie może być tak, jak dwa lata temu. Nie wiadomo, co wtedy przyniosło pecha, więc na wszelki wypadek trzeba zmienić wszystko.

Madryt żył tym finałem. Po raz drugi w historii stał się piłkarską stolicą Europy. Po raz drugi w historii w finale najważniejszych rozgrywek na kontynencie miały zagrać dwie drużyny ze stolicy Hiszpanii. Już gdy było wiadomo, kto spotka się ze sobą w decydującym meczu, na fasadzie Casa de Correos, dziś urzędu Regionu Autonomicznego Madrytu na Puerta del Sol pojawiły się flagi z herbami obu drużyn. Gdy już kogoś w Madrycie obchodzi piłka nożna, to nie ważne, czy tego dnia będzie za Realem czy za Atlético – fakt, że miasto po raz kolejny ma dwie ekipy w finale napawa dumą każdego madrytczyka.


Piłką nożną żyją wszyscy, nawet ci w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Na transmisję meczu dla bezdomnych zdecydował się kościół San Antón w centrum miasta. Kościoły to jedne z ostatnich miejsc, w których można mnie spotkać, ale ten akurat jest „interesujący”. Po pierwsze, ma wi-fi, toaletę i inne cuda. Po drugie, można się w nim… wyspowiadać do tabletu. Nie spróbowałem, ale podobno postawiony przy konfesjonale tablet ma specjalną aplikację, która całkowicie zastępuje księdza. Jednak kościół przede wszystkim pomaga bezdomnym. Ojciec Ángel, który zajął się organizacją wydarzenia w jednym z wywiadów mówił: – Tydzień temu wybrałem się do baru, żeby obejrzeć finał Pucharu Króla. Poproszono, mnie żebym coś zamówił, bo inaczej będę musiał opuścić lokal. No to jak mieliśmy nie puścić u siebie dla bezdomnych finału Ligi Mistrzów, skoro z każdego innego miejsca by ich wyproszono?

Podobno kościół był pełny, nie wiem, bo w tym czasie byłem już na Bernabéu. Wejściówki rozeszły się wszystkie, spodziewałem się pełnego stadionu. Jednak pogoda odstraszyła kibiców. Było zimno, niecałe 15 stopni, wiał wiatr i padał deszcz. Jednak ci, którzy już zdecydowali się przyjść, byli spragnieni finału. Spragnieni goli Realu Madryt. Na czterech telebimach, ustawionych na środku boiska wyświetlano bramki z każdego dziesięciu finałów wygranych przez Królewskich. Każda następna bramka wywoływała okrzyk radości, a największą euforię, co prawda nie aż taką jak dwa lata temu, wywołała bramka Sergio z Lizbony.

Murawa była już przygotowana na ewentualne świętowanie. Od wyjścia z szatni do miejsca, w którym stały telebimy prowadził zielony chodnik. Kontury murawy wyłożono diodami, które podświetlały się co jakiś czas, jakby na próbę. Gdzieś tam wewnątrz stadionu, w jednym z magazynów zapewne czekały już setki kilogramów fajerwerków. Wystarczyło tylko wygrać.

Tym razem kapitan nie kazał długo czekać na radość. Stadion eksplodował i chciał eksplodować jeszcze wiele razy. Piłkarze dawali ku temu powody, co jakiś czas pod bramką Oblaka było naprawdę groźnie. Ale gol nie nadchodził, a zamiast euforii rósł stres. Po fatalnej pierwszej połowie rewanżu z Bayernem, Atlético dużo lepiej zagrało w drugiej. Tego samego spodziewało się Bernabéu. Ale zagrożenie i tak przyszło wcześniej, niż sobie wyobrażano. Na szczęście Griezmann obił poprzeczkę, ale z minuty na minutę robiło się coraz gorzej. Real nie umiał dobić rywala, a Atlético w końcu wyrównało. W dogrywce Królewscy nie mieli sił, Bale i Ronaldo ledwo chodzili po boisku. W końcu jednak największy stres – karne.

Nie chciałem patrzeć, gdy do piłki podchodził Lucas Vázquez. Ale skoro chłopak, który jeszcze w styczniu był na wylocie z klubu, miał do siebie takie zaufanie, dlaczego ja miałbym mu nie ufać? Zaufało mu całe Bernabéu, a Lucas nikogo nie zawiódł. Po tym karnym uwierzyłem, że ta Liga jest do wygrania. Później już trafiał każdy. W końcu do piłki podszedł Juanfran. W momencie jego strzału zacięła się transmisja. Kibice zaczęli gwizdać. Gdy wszystko wróciło do normy zobaczyliśmy już tylko szczęśliwego Navasa i stadion wybuchł. Spiker nie wiedział, co mówić. Zaczął skandować imię bramkarza, za chwilę okazało się, że Juanfran trafił w słupek. Potem sprawę załatwił Ronaldo. „La Undécima jest tutaj”, wyświetlono na telebimach. Gdy Ramos wznosił puchar w Mediolanie, na Bernabéu odpalono fajerwerki. Przedsmak niedzielnej celebracji. Ten wieczór się nie kończył, dopiero się zaczynał. Zabrzmiało głośno: „Idziemy na Cibeles!”

***

Ponad siedem godzin czekali niektórzy kibice na Plaza de Cibeles. W zimnie i deszczu. Gdy pierwsi z nich dotarli na plac, Real Madryt nie opuścił jeszcze nawet San Siro. Ja zjawiłem się na placu po siódmej. Kibice wchodzili na latarnie i przystanki autobusowe. Niektórzy czekali jak najbliżej fontanny. Inni ustawiali się na Paseo de Recoletos, bo to z tej strony mieli wjechać piłkarze. W tle zataczali się nietrzeźwi kibice, niektórzy leżeli już pijani na trawie w śmieciach zostawionych przez innych. Podszedł do mnie pijany chłopak w koszulce Królewskich. Zaciekawiły go barierki na Recoletos: - Przepraszam, czy tędy będzie przejeżdżał dziś Real Madrid Club de Futbol? – zapytał. – Nie, tak sobie stoimy – odpowiedziałem z uśmiechem, ale za chwilę zrobiło mi się trochę głupio, bo chłopak mi uwierzył i sobie poszedł.




W końcu przyjechali zawodnicy, odkrytym autobusem, pomimo deszczu (zdjęcie 1 i zdjęcie 2) . Podobno swój wkład miał w tym Arbeloa – inni chcieli przyjechać wygodnie, pod dachem, ale Álvaro postawił na swoim. Nie wyobrażam sobie, gdyby mieli przyjechać innym autobusem, to odebrałoby magię tego wydarzenia. Już i tak przez wschodzące słońce klimat był inny niż sobie wyobrażałem, ale nikt nie narzekał. Cómo no te voy a querer pojawiało się wiele razy, chociaż niektórzy jeszcze się nie przyzwyczaili i śpiewali por décima vez, a raz usłyszałem nawet novena.

W niedzielę wieczorem zawodnicy pojawili się na stadionie. Przepraszali, że nie przyjechali się punktualnie, ale ponoć nie było to możliwe. Kibice mogli się niecierpliwić, ale celebracja sprawiła, że o wszystkim innym zapomnieli. Piłkarze wchodzili podświetlonym chodnikiem, po obu stronach telebimów wyświetlały się ich numery i nazwiska . Największe owacje zebrali Pepe, Marcelo, Ronaldo. I oczywiście kapitan. Ramos, który nareszcie mógł wnieść puchar na Bernabéu, który wreszcie był głównym bohaterem całego widowiska. Zatrzymał się w połowie drogi, położył puchar na ziemi i uklęknął przed nim. Liga Mistrzów była mu coś winna, tak mówił niedawno. Dziewięć lat gry w tych rozgrywkach bez dojścia do finału, pięć sezonów z rzędu kończąc na 1/8. W końcu – dwa finały, dwa zwycięstwa, dwa gole. Na scenie podczas celebracji z jednej strony było widać u niego wielkie emocje, z drugiej – pełne opanowanie, jak przy wykonywanym karnym. Po nim i po Zizou każdy z zawodników dziękował publiczności osobiście. Byli tacy, co mieli mniej do powiedzenia, jak Kroos czy Bale, ale też tacy, którzy do mikrofonu się wyrywali. – A ja właśnie chcę mówić, mam dużo do powiedzenia – powiedział Ronaldo i zaczął dziękować kibicom – A ta biała koszulka zajebiście mi pasuje – zakończył, co wzbudziło ogromny aplauz. Po nim publiczność zaczęła skandować dość obraźliwe słowa w kierunku Pique (które zresztą on sam kierował na jednej z celebracji do Realu Madryt).



Ale piłkarze tego nie podchwycili. To była ich chwila radości, w którą nie trzeba mieszać nikogo innego. Udowodnili właśnie, że są najlepsi w Europie i słowne przepychanki nie były nikomu potrzebne. Marcelo wolał wyrywać się do śpiewania nowej wersji hymnu, Ramos w tym czasie komentował to, co widział na ekranie. – Jest Roberto, Roberto, wrzutka do Zizou, Zizouuuuu! – to oczywiście o finale w Glasgow. Fajerwerki na ekranach, fajerwerki nad stadionem.

***

Adrián był w niedzielę na celebracji. Wrócił do Madrytu, tego nie mógł sobie odpuścić. W sobotę udało mu się obejrzeć serię karnych. Mówił, że tylko tak gadał, że był przekonany o zwycięstwie. Tak naprawdę nie ma w ostatnich latach drużyny, której bałby się bardziej niż Atlético. Dla Juana to marne pocieszenie. Jego jeszcze od soboty nie spotkałem. No i nie wiem nawet, czy będzie się chciał jeszcze w ogóle kiedyś ze mną zobaczyć.


REKLAMA

Zobacz inne aktualności powiązane z gorącym tematem Liga Mistrzów 2015/16

Komentarze

2016.06.02, godz. 00:20, Ronaldovva
Dobrze że Álvaro postawił na swoim jeśli chodzi o przyjazd na Cibeles
2016.06.01, godz. 23:38, artur15165
Ramosik94
wynocha!
2016.06.01, godz. 23:38, Emperador
"Stąd linią >numer 4< dojadą do Palacio de Deportes, czy jak kto woli Barclaycard Center". Numer "4" ciągle ich prześladuje :D
2016.06.01, godz. 23:13, Ramosik94
Wiem, że nie artykuł o tym, ale bardzo mnie ciekawi co Cristiano? przecież gościa na boisku od 80 minuty nie było i niby kontuzji nie ma? jak w wieku 31 lat w 80 nie miał prądu, to co będzie w wieku 32? 60? w wieku 33 połoa? w 36 będzie tak wykończony że wisła kraków musiałby sie grubo zastanowić aby wziąc tego dziadka do siebie
2016.06.01, godz. 22:18, Arsenal Madrid
Zazdroszczę. :)

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze!

REKLAMA

archiwum

gorące tematy

profil

Pamiętaj, że sposób wyświetlania Aktualności i Komentarzy zawsze możesz dostosować do swoich potrzeb!

- Twój profil -

reklama

Sklep Realu Madryt

dołącz do nas



reklama