REKLAMA
  • polski
  • english

Nie jesteś zalogowany! - Zaloguj się!

reklama

szukaj


 

aktualności

2014.11.06, godz. 13:04, Banan / RealMadryt.pl

Bananowy Madryt: Polski „weekend”

Fot. RealMadryt.pl

Dzisiejszy odcinek publikuję z małym poślizgiem spowodowanym dość sporą intensywnością wtorkowo-środowych wydarzeń. Starcie z Liverpoolem na Santiago Bernabéu będzie jedynie jednym z tematów, które chciałbym poruszyć. Bez zbytniego rozpisywania się we wstępie, po prostu tradycyjnie zapraszam do lektury.

Wtorek nie ograniczał się wyłącznie do wieczornego starcia z Liverpoolem. Do stolicy Hiszpanii wybrały się bowiem również dwie grupy kibiców z Polski. Około godziny 14.00 spotkałem się z delegacją przybyłą z moich rodzinnych stron, czyli Trójmiasta. Swoją obecnością Madryt zaszczyciła nasza współpracowniczka, prawdopodobnie największa fanka Raúla nad Bałtykiem (a może i nie tylko), Blanca Princesa, którą pilnie strzegło trzech innych reprezentantów północnej części Polski. Jako że do starcia z Liverpoolem pozostawało jeszcze sporo czasu, urządziliśmy sobie dość długi spacer po centrum miasta. Po wizycie na Puerta del Sol, Plaza Mayor i obejściu Pałacu Królewskiego, który choć wciąż prezentuje się okazale, dzisiaj jest w zasadzie jedynie utrzymywanym przez podatników pomnikiem architektury, udaliśmy się na... Vicente Calderón.

Choć samo umiejscowienie obiektu Atlético nad bardzo ładnie zagospodarowaną rzeką Manzanares, wśród deptaków i dróg rowerowych, podoba mi się znacznie bardziej niż krajobraz rozciągający się dokoła Santiago Bernabéu, przyglądając się stadionowi naszego rywala zza miedzy zdecydowanie da się zauważyć syndrom biedniejszego krewnego. Klubowy sklepik, mimo że oczywiście nie jest pozbawiony atrakcyjnych dla fanów Los Colchoneros gadżetów, w porównaniu z Tiendą Bernabéu wypada jednak jak osiedlowy sklep w porównaniu z halą spożywczą w hipermarkecie. Na miejscu postanowiliśmy spytać również o możliwość zwiedzenia stadionu. Sama wejściówka jest dwa razy tańsza niż na Tour Bernabéu (10 euro), jednak znudzona samotnością pani w kasie powiedziała nam, iż najbliższa wycieczka odbędzie się, gdy zbierze się odpowiednia liczba chętnych, czyli za... dwie godziny. Przyznam się bez bicia, że na Tour Bernabéu jeszcze nie byłem, ale chociażby przy zwiedzaniu w przeszłości Campo Nuevo czekać nie trzeba było wcale. Dość zagadkowym rozwiązaniem wydało mi się również umiejscowienie wejść dla dziennikarzy i VIP'ów w tunelu, przez który prowadzi droga przelotowa. Nad tunelem znajduje się natomiast słynna „ucięta” po rogach trybuna, która z zewnątrz prezentuje się naprawdę niecodziennie, dla mnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Teraz wróćmy do właściwej dla nas tematyki, czyli tej związanej z Realem Madryt. Przed potyczką z Liverpoolem nie sprawdzałem danych dotyczących spodziewanej liczby kibiców z miasta Beatlesów, jednak sądząc po tym, ilu kręciło się ich od rana po mieście, byłem przekonany, że pojawi się ich sporo. Tak też było. Po raz pierwszy miałem okazję skonfrontować z rzeczywistością wpajany zewsząd stereotyp angielskiego kibica. I muszę przyznać, że jest tak, jak miałem okazję widzieć to na filmach – podpici, głośni i, mimo wszystko, budzący sympatię. Fani The Reds czuli się jak u siebie. Podejrzewam, że jednym z powodów mogła być iście brytyjska pogoda, którą chyba ze sobą przywieźli, ponieważ jeszcze dzień wcześniej na ulice Madrytu wychodzić można było śmiało w koszulce z krótkim rękawem.

Sam mecz oglądałem z wysokości loży prasowej. Tym razem jednak moje stanowisko znajdowało się nieco wyżej, choć i tak nie zmienia to faktu, że widoczność jak zwykle była znakomita. Do akredytacji dołączono nawet kupon na catering, choć raczej dwie kanapki i mała butelka wody nie mogły równać się z tym, jak goszczono dziennikarzy przy okazji starcia Realu Madryt z Fiorentiną w Warszawie. Nigdy zresztą nie wątpiłem w opowieści o polskiej gościnności. Tak czy inaczej, nie będę przecież narzekał na to, że ktoś zadbał o to, żebym na meczu nie był głody i spragniony.

Spotkanie z Liverpoolem było moim pierwszym obserwowanym z trybun starciem Ligi Mistrzów i zarazem chyba jednym z najpewniejszych, zwycięstw 1:0 jakie widziałem. Po powrocie z Bernabéu byłem dość zdziwiony, że media zgodnie twierdziły, iż mecz był nudny i toczony w tempie sparingu, ponieważ na stadionie mi wydawał się on dość interesujący. Do ostatniej chwili liczyłem po cichu na to, że wieści o wystawieniu rezerwowego składu przez Brendana Rodgersa okażą się jedynie plotkami. Niestety, tym razem prasa się nie myliła. Całe szczęście, że na boisku w drugiej połowie zameldował się Steven Gerrard. Czułbym spory niedosyt, gdybym widział na żywo Liverpool i nie mógł jednocześnie podziwiać z bliska jego żywej legendy, którą, mimo ogólnej niechęci do The Reds, zawsze bardzo ceniłem. Trochę też żałowałem, że koniec końców na murawie nie pojawił się Mario Balotelli. To była prawdopodobnie ostatnia okazja, by zobaczyć go z bliska, gdy gra jeszcze w jakimś poważnym klubie.

W środę wraz z trójmiejską Fantastyczną Czwórką zdecydowaliśmy się udać na mecz koszykarskiej sekcji Realu Madryt w Eurolidze przeciwko Dinamo Sassari. Zanim jednak pojechaliśmy do Palacio de los Deportes, widziałem się z członkami stowarzyszenia Águila Blanca, którzy również wybrali się na przedwczorajszy pojedynek Los Blancos w Champions League. Choć spotkanie może nie było bardzo długie, przebiegało w niezwykle miłej atmosferze. Wspólnie zobaczyliśmy Pałac Królewski oraz zrobiliśmy sobie zdjęcie na tle znajdującego się nieopodal pomnika Jana Pawła II.

No i, tak jak obiecałem Damianowi, wrzucam nasze selfie ze spotkania na szczycie. Uprzejmie prosiłbym w tym momencie o powstrzymanie się od jakichkolwiek komentarzy dotyczących walorów estetycznych poniższego zdjęcia.

Wracając do sportowej części relacji, hala Palacio de los Deportes wypełniła się mniej więcej w połowie. Bilety jak na Euroligę były tanie – 10 euro. Niemniej rywal raczej nie należał do najmocniejszych. Nie owijając w bawełnę, koszykówką nie interesuję się niemal wcale. Oczywiście byłbym w stanie wymienić kilka nazwisk naszych zawodników, jednak nie zmienia to faktu, że jeśli chodzi o basket, jestem kompletnym laikiem. Tak czy inaczej oglądanie tej dyscypliny sportu na żywo jest jednak bardzo przyjemne. Osobne słowo należy się spikerowi, który buduje kapitalną atmosferę wokół meczu. Sposób w jaki prezentuje przed meczem zawodników oraz jak prowadzi konkursy w przerwie meczu jest niepodrabialny. Jak można było się spodziewać, na obiekcie koszykarzy pojawił się wczoraj również regularnie bywający w Palacio de los Deportes Pepe.

Mecz zgodnie z przewidywaniami bezproblemowo wygrali Królewscy. Myślę, że to chyba już czas, żeby powoli zacząć się interesować koszykarską sekcją naszego klubu. Co prawda obiecywałem sobie to już w marcu, jednak myślę, że teraz, będąc na miejscu, motywacja będzie znacznie większa. W końcu tak na dobrą sprawę to nie tylko sekcja piłkarska znajduje się w europejskiej ścisłej czołówce...

Na dziś to wszystko, na wasze (nie)szczęście kolejnego wpisu możecie się spodziewać już w ten weekend. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, być może zawrę nie tylko relację z meczu z Rayo lecz również z wizyty z pewnego miejsca nieco oddalonego od stolicy Hiszpanii.


REKLAMA

Zobacz inne aktualności powiązane z gorącym tematem Bananowy Madryt

Komentarze

2014.11.08, godz. 20:10, dyziek7
Widocznie nie doczytałem, mój błąd ;)
2014.11.08, godz. 16:17, dzizak3
dyziek7
Serio?
Przecież Banan jest tam na wymianie studenckiej, pisał o tym chyba w ostatnim wpisie.
2014.11.07, godz. 21:59, dyziek7
Banan,
czy mógłbyś przybliżyć koszt takiego wyjazdu do Madrytu? Przy takim wypadzie decydujesz się na nocleg czy powrót tego samego dnia?
2014.11.06, godz. 23:55, Banan
Hiszpanix

Chciałbym się wybrać, chociaż jeszcze nie wiem kiedy. Valle de los Caídos jest ponad 50km od Madrytu, również pozdrawiam :)
2014.11.06, godz. 20:08, Hiszpanix
Banan rozumiem, że wybierasz się do Valle de los Caídos? :)
Byłem tam kiedyś :) Dzięki, że dodajesz te wpisy i opisujesz Madryt, bardzo przyjemnie się je czyta :) Pozdrawiam!
2014.11.06, godz. 16:13, RikiKaKa8
Przede wszystkim bardzo dziekuje Bananowi, za to, ze dostarcza nam takie ciekawe lektury!
2014.11.06, godz. 14:47, Darszt93
Kepler niezła stylówka :D
2014.11.06, godz. 13:53, 19wojtas64
Pepe chyba z hasioka te wdzianko wyciągnął.
2014.11.06, godz. 13:31, pitun2410
Najpierw El Clásico, teraz Liverpool. Pozazdrościć :)
2014.11.06, godz. 13:25, Banan
Fakt, już jadę!
2014.11.06, godz. 13:25, Leszczu
A po co mu? Przecież nie żyje.
2014.11.06, godz. 13:24, Banan
Jak kupię garnitur.
2014.11.06, godz. 13:23, Leszczu
Kiedy relacja z grobu Franco?

Musisz być zalogowany, aby dodawać komentarze!

REKLAMA

archiwum

gorące tematy

profil

Pamiętaj, że sposób wyświetlania Aktualności i Komentarzy zawsze możesz dostosować do swoich potrzeb!

- Twój profil -

reklama

Sklep Realu Madryt

dołącz do nas



reklama